piątek, 14 kwietnia 2017

Od Izy

-Nas jest niewielu!-wtrącił obużony i zmartwiony Jan.
-Jeżeli dobrze to rozegramy to się uda. Przynajmniej nie zginie nas wielu tak jakby to było jakbyśmy nic nie robili!-wtrącił rozgniewany Wojtek.
-Ja będę walczyć-wtrąciłam.
-A nie jesteś za młoda?-zapytał Zygmunt który nie był zadowolony z naszych planów.
-Nie mogę siedzieć i nic nie robić. Dalej nie dam rady tak.-obużyłam się.
-Izka dobrze mówi.-powiedział Leszek uśmiechając się do mnie.
Byłam na tajnym spotkaniu w piwnicy w jednej z kamienic. Szykowaliśmy się do powstania. Wywózki były juz codziennością. Getto powoli robiło się puste, albo nas wywozili albo zabijali. Musieliśmy coś z tym zrobić.
Leszek i ja byliśmy najmłodsi. Odkąd dołączyłam do tajnej organizacji zaczęłam się z nim spotykać. Był miły i zabawny. Lubiłam go, tylko lubiłam. Wiedziałam jednak, że on darzy mnie uczuciem innym niż kolega darzy koleżankę.
Ja nadal gdzieś w myślach miałam Janka, którego nie widziałam już bardzo długo. Nie dopuszczałam do siebie jednak myśli o tym, że może coś mu się stało. Miałam nadzieje, że po prostu przestał się mną interesować, że przestało mu zależeć. Wolałam to niż myśl, że może nie żyje albo go aresztowali.

***

Było ciemno jak wracałam do domu. Leszek chciał mnie odprowadzić jednak zdecydowałam iść sama.  Niemieccy żołnierze kręcili się po drogach. Ukrywałam się w cieniu aby mnie nie zobaczyli. Gdzieś w oddali słyszałam strzały. Ciekawe kogo tym razem bezdusznie pozbawiali życia. Marzyłam o tym aby wszyscy Ci bandyci zdechli oraz Ci którzy z nimi się bratali.
Pomyślałam o Zosi. Dla mnie była już obca. Bolał mnie kiedyś fakt że mnie zdradziła. To że jest egoistką dbającą o to aby jej było dobrze. Cieszyłam się że juz jej nie zobaczę, miałam taką nadzieję.
Kiedy zbliżałam się do kamienicy w ktorej mieszkałam zobaczyłam zapalone światła. Zaniepokoiło mnie to. Babcia zawsze wieczorem pilnowała aby światła w naszym mieszkaniu były zgaszone, ponieważ nie chciała "kusić odwiedzinami" Niemców.
Zaczęłam biec zaniepokojona. Od razu zwróciłam uwagę na to, że drzwi wejściowe zą otwarte. Wszędzie na korytarzu leżały jakieś rzeczy.
-Nieee..-wyszeptałam i wbiegłam po schodach na piętro.
Drzwi od mieszkań były otwarte lub wyważone. Nasze też.
-Babciu!!! Tomku!!!-krzyczałam nawołując bliskich.
Szukałam ich wszędzie w nadzieji, że ukryli się i Niemcy ich nie znaleźli.
Niestety nigdzie ich nie było. Osunęłam się na ziemię płacząc.
Straciłam ich. Moich ostatnich bliskich. Zostałam sama.
Usłyszałam czyjeś kroki i głosy na korytwarzu. Niemcy.
Szybko się schowałam. Widziałam przez szparę jak wchodzą do kuchni.
-Po wszystkim trzeba przysłać kogoś do posprzątania.
-Yhm. -powiedział drugi i podszedł do okna-Zobacz, zaraz ich rozstrzelają.
-Żydowskie śmieci. Wreszcie będzie ich mniej.
Obaj stali przy oknie i patrzyli na drogę za kamienicą.
Usłyszałam strzały. Odbijały się echem w mojej głowie. Zamarłam.
Niemcy po chwili wyszli a kiedy tylko upewniłam się, że poszli wyszłam na chwiejnych nogach z kryjówki.
Podeszłam do okna. Zobaczyłam dziesiątki ciał ludzi, moich sąsiadów z kamienicy odkąd mieszkam na terenie getta, niektórych znałam od dziecka. Zobaczyłam niewyraźny krztałt kwiecistego materiału. Głuchy krzyk uwięzł w moim gardle a łzy przestały płynąć.
Najgorsze sny stały się rzeczywistością.

***

Chwiejnym krokiem szłam do kamienicy gdzie mieszłam Leszek z rodzicami. Zapukałam do drzwi. Nikt mi nie otwierał.
-Leszek!!!-krzyknęłam łamiącym się głosem.
Po chwili drzwi się otworzyły. Zobaczyłam go.
-Iza? Co się stało??
-Nie żyją. Zabili ich.-wypłakałam wpadając mu w ramiona.


Od Rose

  Nie było łatwe dla mnie trzymać ich, za plecami słysząc strzelaninę. Wiedziałam, że Michael nie zabije ich wszystkich. Weźmie większość na przesłuchanie, było to oczywiste. Chłopaki dobijali się do drzwi a Agata stała z tyłu i płakała.
-Czemu nam to robisz? - spytała zrezygnowana.
-Uspokójcie się, tak im nie pomożecie. - odparłam.
-Jesteś normalna?! Ten Niemiec zrobił ci pranie mózgu!
-Radzę wam, żebyście się uspokoili. Nie wypuszczę was dopóki oni się nie rozejdą.
-Co ty chrzanisz!? Zośka, jak Boga kocham, odsuń się albo ja cię odsunę!
-Jeśli wyjdziecie od razu zginiecie. Nawet nie dobiegniecie do budynku obok. Siadać i słuchać co mam do powiedzenia.
  W końcu ulegli, usiedli na krzesłach a ja obok nich.
-Nie bez powodu was zgarnęłam. Gdybym została w środku nie doszłoby do żadnej strzelaniny a tym samym ja miałabym kłopoty. Wolałabym uniknąć nieprzyjemnej rozmowy z Michaelem, a więc zabrałam was byście przeżyli i mogli potem odbić swoich. Ja ręki do tego nie przyłożę... nie mogę. Mam związane ręce. Jednak wy możecie to zrobić beze mnie.
-Oszalałaś? Jak sobie to wyobrażasz? Wejdziemy do gestapo niezauważeni, zabierzemy ich i normalnie wyjdziemy? - parsknęła Agata.
-Nie wiem jak to zrobicie... nie proście mnie o pomoc, bo nie mogę zrobić wiele. Ale jestem pewna, że może wam się udać.
-Jak my to zrobimy w trójkę?
-Nie takie rzeczy się robiło. - uśmiechnęłam się.
-Jak możesz być tak spokojna?
-Bo wiem, że może wam się to udać.
-Co z Jankiem? Oni wszyscy tam giną!
-Nie zginą. - odparłam pewnie.
-Jak to? Skąd wiesz?
-Michael ich nie zabije. Oczywiście, zrobi to, ale po czasie. Potrzebuje informacje, nie jest głupi i nie wybije wszystkich jak kaczki. To byłoby bezmyślne. Będą w gestapo przesłuchiwani, ja postaram się mieć z nimi jakiś kontakt ale to prawie niemożliwe. Nie będę mogła utrzymywać z nimi stałego kontaktu... to byłoby podejrzane.
-Zależy ci tak bardzo na własnym bezpieczeństwie? Co się z tobą stało?
-Po prostu nie chcę żyć ciągle wojną. Staram się wam pomagać na tyle ile mogę.

  Gdy wszystko się skończyło otworzyłam im drzwi i przepuściłam by wyszli. Nie wiedzieli z początku co mają zrobić ze sobą, jednak ja podeszłam do nich powoli i złapałam za ramię Agatę.
-Będzie dobrze. Przemyślcie wszystko porządnie.
  Odeszłam by przygotować się na kolację.

  Siedziałam w pokoju szykując się na wieczór. Nie byłam przekonana co do tego wszystkiego, jednak co mi szkodzi. Musiałam się stawić i postarać by nie palnąć nic głupiego, jak to zwykle ze mną bywa. Ostatnio miałam wiele problemów, narastały z coraz większym tempem. Prześladowca na chwilę się ulotnił, ale to pewnie tylko kwestia czasu, większość ruchu jest właśnie w gestapo, część z nich jest skazana na śmierć, część może uda mi się wydostać... Serce skręcało mi na samą myśl, że mogą tam zostać skatowani.
  Użyłam jednych z lepszych perfum, którego dostałam od Michaela. Był genialny. Poprawiłam włosy i musiałam jeszcze ubrać odpowiednią sukienkę. Nie przywiązywałam wagi by wyglądać dziś zjawiskowo, moja głowa była zajęta innymi sprawami...

czwartek, 13 kwietnia 2017

Od Michaela

 Omawiałem z Liesel szczegóły dzisiejszej kolacji i listy gości, gdy do środka wpadła lekko zdenerwowana Zofia.
Zmierzyłem ją czujnym spojrzeniem.
- Coś nie tak Rose?
Spojrzała na Liesel, która właśnie wyrażała wzrokiem całą swoją niechęć.
- No cóż w takim razie zajrzę do Christiana - powiedziała po chwili.
- Nie musisz wychodzić - mruknąłem.
- Nie będę przeszkadzała - uniosła kąciki ust w kpiącym uśmieszku i ruszyła do drzwi. W progu odwróciła się przez ramię i obrzuciła spojrzeniem Zofię.
- Do zobaczenia wieczorem R o s e.
Zacisnąłem lekko zęby jednak nie dałem po sobie poznać, że aluzja Liesel wyraźnie mnie zaniepokoiła.  Przywołałem na siłę uśmiech na twarz.
- Chodź tu - poprosiłem.
Po chwili podeszła. Pociągnąłem ją na kolana i z lubością zanurzyłem się w jej włosach.
- Coś nie tak? - zamruczałem.
- Nie, wszystko w porządku - odpowiedziała po dłuższej chwili.
Doskonale potrafiłem wyczuć gdy ktoś kłamał, a zwłaszcza jeśli dobrze go poznałem. W tym momencie nie ulegało wątpliwości, że Zofia skłamała.
- Powiedz prawdę. Przecież widzę, że coś cię trapi.
- Michael, naprawdę wszystko jest w porządku - upierała się nadal - Czy to coś ważnego?
Oderwałem twarz od jej włosów i podążyłem za jej wzrokiem. Patrzyła na dokumenty.
- Hm... Te tu dotyczą nowych rozporządzeń w sprawie getta.
- A to? - mruknęła i podniosła kartotekę ze zdjęciem polskiego bandyty.
- Od dłuższego czasu rozpracowujemy ruch oporu. Niestety trzeba przyznać są dobrze wyszkoleni i nie tak łatwo ich namierzyć. Ostatnio jednak jeden z nich.. przeszedł na naszą stronę że tak powiem za moją namową - odparłem z dumą - Dzięki niemu wiemy, że ZWZ planuje w następny piątek atak na teatr w którym będzie odgrywany spektakl dla ważnych oficerów niemieckich. Na razie mamy nazwiska dwóch z nich - Tadeusza Sochackiego i Kamila Dobranowskiego.
Oczy Rose zaszła dziwna mgła. Wpatrywała się w zdjęcia tych partyzantów z nieodgadnionym wyrazem twarzy/
- Czemu ich jeszcze nie aresztowaliście? - mruknęła.
- Ponieważ wtedy złapalibyśmy tylko ich dwoje. O wiele bardziej opłaca się poczekać do piątku, a może nawet uda się schwytać ich przywódców?
Rose milczała.
- Znasz ich? - mruknąłem obserwując ją uważnie.
 W zasadzie byłem pewien, że tak. Sama tam należała przez pewien czas, więc musiała ich kojarzyć chociażby z nazwiska.
- Nie - odparła z pewnością w głosie. Ktoś inny by się na to nabrał - ktoś inny, ale nie ja.
- No cóż jeśli jednak sobie coś przypomnisz.. Będę czekał.
Rose nie odezwała się. Zobaczyłem na jej odkrytym ramieniu gęsią skórkę. Przejechałem po nim palcem.
- Idź już mam dużo pracy - mruknąłem po chwili - Przygotuj się na wieczór i czekaj na mnie.
Zofia wstała i ruszyła bez słowa do drzwi. Na progu rzuciła mi jeszcze zamyślone spojrzenie - i wyszła.

czwartek, 23 marca 2017

Od Rose

  Obiecałam sobie, że znajdę  Bartka za wszelką cenę. Gdy go dopadnę - już nie będzie odwrotu.Gdy siedziałam w gabinecie zszywając polskiej dziewczynce łuk brwiowy. Płakała za mamą, którą prawdopodobnie zabrali do gestapo.Bez chwili zastanowienia podjęłam się zadania wyciągnięcia stamtąd tej kobiety. To był odruch.
-Boli... chce do mamy...
-Daj mi godzinę a zobaczysz mamę, obiecuję. - uspokoiłam ją z uśmiechem. - Jak się nazywasz? - spytałam.
-Anna.
-A więc Aniu, nie bój się i pozwól mi załatwić tę sprawę. Mama będzie na pewno wolna jeszcze dziś.
  Nagle do gabinetu wparował Janek z chłopakami w tle. Wystraszona szybko zamknęłam drzwi i westchnęłam zła przemywając ranę dziewczynki kończąc ją zszywać.
-Słuchaj... musisz nas wysłuchać. - zaczął Kamil.
-Powinniśmy się gdzieś spotkać czy coś a nie tutaj, chłopaki... - wtrąciła Agata kurczowo trzymając się blisko Filipa.
-Nie, teraz trzeba to załatwić. - wtrącił jej narzeczony.
-Po kolei. O co chodzi? - spytałam ciągle zajmując się małą Anią.
-Słuchaj, musisz zacząć działać. - zaczął Janek.
  Wiedziałam co chcą powiedzieć. Kazałam wyjść pozostałym, został tylko Janek. Spojrzałam mu w oczy i zrezygnowana pokręciłam głową.
-Nie mogę wam więcej pomagać. Nie dziw się, że tak dawno nie mieliśmy kontaktu...
-Co? Jak to? Co ty teraz mówisz?
-Ktoś mnie chce wrobić. - szepnęłam. - Nie wiem czy to ktoś z ruchu, ale na pewno ten ktoś doskonale mnie zna...
-Miłosz? - spytał.
  Parsknęłam nerwowo śmiechem.
-Nim nie trzeba się już przejmować.
-Co to znaczy?
-Został uciszony raz na zawsze, jednak wciąż ktoś za mną chodzi, podsyła mi kwiaty do gabinetu z dziwnymi liścikami...
  Zmrużył oczy.
-Co to ma wspólnego do naszej współpracy?
-Że wuj Michaela skąd podejrzewa kim jestem. Jeśli jeszcze raz dostanie podobną wiadomość żarty się skończą. Jestem blisko tego, by pożegnać się ze światem... Musimy na ten moment przestać się widywać i kontaktować.
-Ruch chce żebyś nam pomogła w wyeliminowaniu Michaela. Tylko ty możesz nam w tym pomóc, tylko ty masz dostęp i tylko tobie ufa.
  Serce mi drgnęło. Zacisnęłam pięści i pogładziłam Anię po brązowych, grubych, rozpuszczonych włosach.
-Nie zrobię tego. - oświadczyłam. - Wydostanę Izę, zrobię co chcecie, ale nie mogę wam w tym pomóc. Ani wam na to pozwolić.
-Co ty wygadujesz? Zgrywasz się czy jak?
  Podeszłam bliżej do Janka i spojrzałam mu głęboko w oczy. Westchnęłam ciężko.
-Nie zależało to ode mnie... - zaczęłam niepewnie. - Janek, musisz mnie zrozumieć... traktuję cię jak bliskiego przyjaciela... Ja go... chyba go kocham...
  Spojrzał na mnie z niedowierzaniem.
-Kochasz szwaba? - wypalił.
-Poczekaj. - zatrzymałam go. - Nie myśl sobie, że cokolwiek mu powiedziałam o was. Nadal jestem tamtą Zośką... nadal liczy się dla mnie wasze życie. Jednak... ja jestem szczęśliwa, jestem bezpieczna w miarę możliwości i chcę być z nim, nie chcę innego życia... możesz tego nie rozumieć, jednak uwierz mi... ja naprawdę go kocham. I jeżeli postanowicie odebrać mi szczęście... załatwię wszystko tak, byście nawet nie mieli do niego dostępu na krok. Nie wydam was, choćbyście mieli rzeczywiście zamiar zabić Michaela. Jednak uszanujcie mnie i moje uczucia. Bo co jak co, trochę się zmieniłam. Liczy się dla mnie moje szczęście, bezpieczeństwo Adama i moje. Chcę tak żyć, zapominam chociaż trochę o wojnie. Jednak nie mogę dłużej wam pomagać jeśli wy chcecie dac mi w twarz i zabrać co moje. Michael jest mój, i nie ma mowy o żadnych próbach ataku na niego, bo przysięgam, że wywołacie większą wojnę niż ta teraz. Nie zrobię wam krzywdy, nigdy bym tego nie zrobiła jednak uważajcie na to co robicie. Iza wyjdzie w ciągu tego tygodnia, czekaj na mój znak by ją odebrać. Teraz żegnam. Odezwij się jak otrzeźwiejecie.
  Wyszedł bez słowa, a ja zaraz za nim. Tylko, że do gestapo.

  Będąc tam wszyscy mnie już doskonale znali. Nie było problemem wejść w każdej chwili do gabinetu Michaela, żołnierz który stał pod drzwiami nawet nie śmiał mnie zatrzymywać. Jednak tym razem obeszło się bez proszenia Michaela o uwolnienie matki dziewczynki. Skierowałam się do kogoś zupełnie innego...
-Wejść. - usłyszałam głos Christiana.
  Nawet nie zdążył skończyć słowa, już stałam w środku właśnie domykając drzwi.
-Pomyliłaś gabinety... - zaczął.
-Przyszłam do ciebie.
-Czyżbyś miała do mnie jakiś interes? Wybacz, nie do mnie z twoimi problemami, jakiekolwiek je masz.
-A jednak myślę, że dobrze, że wpadłam. - rozsiadłam się na fotelu.
  Spojrzał na mnie zaskoczony.
-Pozwoliłem Ci usiąść? To mój gabinet, nie Michaela.
  Wyśmiałam go prosto w twarz i spojrzałam na swoje czerwone paznokcie, po czym wymierzyłam w niego spojrzeniem zabójcy.
-Powiedziałeś coś wujowi Michaela o tym kim jestem?
-A co? Tak szybko przejrzał na oczy kim jesteś?
-Słuchaj... nie wiem, czy jesteś tak ślepym szwabem, czy po prostu mnie nie lubisz, albo obydwa, nie ważne... odpowiedz mi tylko, czy cokolwiek mu wspominałeś.
-Powiedziałem jedynie, że dziwne, że taka kobieta wzięła się znikąd w życiu Michaela. Tym się zainteresował.
  Zaśmiałam się.
-Uważaj co robisz, bo może cię zaboleć. - odparłam z lekkim uśmiechem i podeszłam do drzwi. Złapałam za klamkę, nagle Christian uderzył rękami w drzwi i zablokował mnie i wyjście przez drzwi.
  Spojrzałam się na niego spokojna i odwróciłam w jego stronę.
-Czego chcesz jeszcze? - spytałam.
-Jeśli dowiem się, że zraniłaś mojego przyjaciela, że wydałaś go ruchowi, że twoi polscy przyjaciele cokolwiek planują z twoim udziałem na Michaela... zniszczę cię. - uśmiechnął się. - I on nawet mnie nie powstrzyma, żeby wymierzyć ci sprawiedliwość.
-Sprawiedliwość należy się takim jak ty. Którzy zaczynają wojny i mordują niewinnych ludzi w ich własnym kraju.
-Taka z ciebie patriotka? Jakoś nie przeszkadza patriotce to, że pieprzy cię szwab... - zaśmiał się a ja wściekła uderzyłam go w twarz.
  Zacisnął zęby.
-Jak śmiesz do mnie tak mówić...? - wycedziłam.
-Jemu tylko o to chodzi. Myślisz,że on do ciebie cokolwiek czuje? - zaśmiał się. - Jesteś taka naiwna...
  Wściekła odepchnęłam go z trudem i wyszłam do gabinetu Michaela.

Od Janka

- Musimy ją wyeliminować - powiedział po dłuższej chwili Bartek - Razem z tym szwabem.
Wszyscy popatrzyliśmy na niego zdumieni.  Kwapisz uniósł brwi.
- Przepraszam, ale ty chyba nie mówisz o Zofii? - spytałem podnosząc się.
- Tak właśnie o niej mówię - odparł unosząc wyzywająco podbródek - Zofia Nowacka nas zdradziła. Jest teraz po stronie szkopów i pewnie chętnie dzieli się z nimi informacjami na nasz temat.
- Oczywiście, bo ty wcale nie robisz po ich stronie - prychnąłem.
- To co innego. Ja u d a j e Niemca, żeby wyciągnąć przydatne informacje.
- Zofia robi to samo - odparłem z przekonaniem, a w tle usłyszałem pomruki poparcia.
- Nie wierzę, żeby Zosia przeszła na ich stronę - wstała Agata. Filip pociągnął ją za rękę żeby usiadła, ale wyrwała się - Mamy z nią regularny kontakt, poza tym..
- Mamy? Mamy? - spytał nieoczekiwanie Filip - Kiedy ostatni raz się zjawiła?
Agata popatrzyła na niego z zaskoczeniem przemieszanym z wyrzutem. Zapadła cisza, Wszyscy zwrócili spojrzenie ku mnie, bo wiedzieli, że ostatni raz to ja miałem kontakt z Zosią.
- Cóż.. Nie miałem z nią kontaktu przez 2 tygodnie, ale to jeszcze nic nie znaczy..
- Podobno pracuję w szpitalu. N i e m i e c k i m - wtrącił z satysfakcją Bartek - Kapitanie mamy wystarczająco dużo dowodów na jej zdradę, myślę, że..
- Twoje dowody są śmieszne - przerwałem mu - Teraz prawie każdy szpital jest niemiecki.
- Miłosz podałby ich więcej. Na własne oczy widział jak Nowacka szła z Michaelem Heydrichem do restauracji dla szwabów pod rękę.
- To nic nie znaczy. Mogła chcieć po prostu zachować pozory - dodał dotąd milczący Kamil, a Michał poparł go pomrukiem.
- I chyba nie możemy zapomnieć o tym, że Miłosz nas wydał. Skąd wiadomo, że nie zrobi tego drugi raz? - wtrąciła Halszka, która od momentu jego zdrady, była na niego wyjątkowo cięta.
- Miłosz był torturowany. Myślę, że to ewidentnie łagodzi jego winę.
- Zosia nie powiedziała nic, a również była torturowana - uparcie obstawiałem przy swoim.
- Tak? To jak wytłumaczysz ostatnie aresztowanie Władka?
Aniela milczącą i wpatrującą się w okno, lekko drgnęła. Odwróciła się i spojrzała na Bartka z oczami pełnymi wyrzutu i łez. Dzień przed jego aresztowaniem, Władek jej się oświadczył. Była naprawdę szczęśliwa. Próbowała poruszyć niebo i ziemię by go odzyskać - niestety Kwapisz był nieugięty i kazał czekać.
- Zośka nawet dobrze go nie znała - dorzucił Grzesiek - Jeśli miałaby na nas donieść, dawno by nas już nie było.
- Dobrze.. Ale w takim razie jak Czarny wytłumaczysz, że Iza dalej tkwi w gettcie? Przecież tak obiecywała pomoc..
Zacisnąłem zęby. Wiedziałem że sukinsyn w końcu sięgnie po ten argument.
- Iza już za parę dni stamtąd wyjdzie - odparłem z przekonaniem.
- Możliwe. Nie wnikam. Ale przez kogo musiała tyle przecierpieć w burdelu? Janek - nie musisz tego przed nami ukrywać. Każdy to wie.
Wściekły potoczyłem spojrzeniem po zebranych. Niektórzy wbili zmieszany wzrok w podłogę lub sufit. Dziewczyny popatrzyły na mnie ze współczuciem, a Bronek i Michał dali mi spojrzeniem znać, żebym się nie przejmował.
- Tak łatwo im odpuścisz? - ciągnął dalej Bartek - To przez nią ten szkop umieścił ją tam. Gdyby nie ona, Iza dalej pracowała w fabryce.
- I pewnie dużo wcześniej zmarła by z powodu przemęczenia - dodał zgryźliwie Bronek.
- Wolałbym umrzeć z przemęczenia niż dać się pieprzyć szwabom - odparł.
Po tych słowach nie wytrzymałem. Zrobiło mi się ciemno przed oczami. Nawet nie wiem kiedy doskoczyłem do niego i pchnąłem go na stolik z zastawą należącą do matki Halszki. Gdy się rozbiła, dziewczyna krzyknęła - zresztą nie tylko ona. Nawet nie słyszałem głosów innych gdy padł mój pierwszy cios. Kątem oka zobaczyłem obok Kamila. Myślałem, że będzie mnie próbował powstrzymać, ale on niespodziewanie sam uderzył Bartka.
- Nigdy więcej tak o niej nie mów - wysyczał.
- Panowie uspokójcie się natychmiast! - krzyknął Kwapisz, jednak my dopiero przestaliśmy obkładać Bartka gdy odciągnęli nas chłopacy.
Rzucił nam wściekłe wspomnienie tamując krwotok z nosa.
- Dobra sory za tą Izę - rzucił po dłuższej chwili - Ale moje zdanie co do Zofii się nie zmienia. Myślę, że powinniśmy się z nią spotkać i wyznaczyć jej warunki - albo umożliwi nam dostęp do tego szwaba, albo zginie razem z nim.

wtorek, 21 marca 2017

Od Rose

  Nie wiem czy to co powiedział Michael w jakikolwiek sposób mnie pocieszyło. Na pewno jakoś podniosło na duchu, jednak jedyne co mogłam zrobić to czekać w obawie, że ktoś może w każdej chwili zniszczyć moje życie. Wtuliłam się nagle w Michaela, a on po chwili objął mnie delikatnie. Nie potrafiłam myśleć co by było, gdyby ruch podjął się jednak pozbycia się Michaela. Nie pozwoliłabym na to... byłabym wtedy w trudnej sytuacji... - między młotem, a kowadłem...
-... i nie przejmuj się Liesel... - dodał szeptem.
  Westchnęłam tylko i machnęłam ręką odsuwając go od siebie.
-Mam inne zmartwienia niż twoja rozemocjonowana, niewyżyta siostrzyczka.
  Nagle wpadł mi do głowy pewien pomysł. A raczej pewna osoba, która już kiedyś wydała mnie gestapo... ktoś z ruchu, a tą osobą był nie kto inny jak Miłosz.
  Uśmiechnęłam się nagle i szybko podeszłam do swojej teczki w której miałam parę dokumentów pacjentów. Przejrzałam je i szukałam Miłosza we wszystkich nazwiskach. Szukałam tam, gdzie dokumenty wydawały mi się podrobione, a było ich jeden na milion, to jak szukanie igły w stogu siana.
-Czego szukasz? - spytał zainteresowany Mich.
-Ehm... patrzę, czy nie ma tu takiego jednego... obiło mi się o uszy, że jakiś tutaj jest...
-Ale kogo masz na myśli?
-Gość z ruchu, miałeś go kiedyś w gestapo... wydał mnie. Może nie pamiętasz... ale uciekłam z nim kiedyś. On zwiał, nikt śladu po nim nie widział...
-Odłóż to na potem, dość chyba się dziś nadenerwowałaś, co?
-Nie, tylko sprawdzę i dam sobie spokój.
-Myślisz, że polak byłby w papierach niemieckich?
-Mógł podrobić. - spojrzałam na niego z nadzieją.
-Poznasz go? Mógł się zmienić.
-Mężczyzną trudniej przejść taką przemianę, uwierz mi. - zaśmiałam się.
  Pierwszy raz od kilku dni naprawdę zaśmiałam się szczerze. Jednak zaraz spochmurniałam widząc kogoś bardzo podobnego do Miłosza. Wzięłam do ręki dokument i przyglądałam mu się.
  Michael również rzucił okiem, czy może przypadkiem kogoś takiego nie kojarzy.
-Podejrzewasz go o to śledzenie?
-Nie mam pojęcia jaki miałby w tym cel...
-Może wkupić się na nowo w łaski ruchu. - mruknął.
-Tylko dlaczego chciałby w to mieszać mnie?
-Podobno cię nie lubił... w czasach gdy jeszcze byłaś z nim w jednej celi.
-Racja... ale nie mogę ich podejrzewać... Niektórzy z ruchu nie zgodzili by się na to by działać na nie moją korzyść...
-Może się co do nich mylisz.
  Spiorunowałam go wzrokiem a on podniósł w obronie ręce.
-Dobra,dobra nic już nie mówię. - parsknął.
  Pokręciłam głową z lekkim uśmiechem i zamyśliłam się powracając do dokumentów.

  Poranek jakby oklapł i postanowił trwać kilka lat. Nie pamiętałam, kiedy ostatnim razem minuty i godziny dłużyły mi się tak nieznośnie. Starałam się znaleźć sobie tyle zajęć, ile tylko mogłam by nie myśleć o prześladowcy. Jednak nic nie dawało mi spokoju. Michael był w gestapo, księżniczka Liesel smacznie spała ze względu na wczesną godzinę, a Adam zaraz miał szykować się do szkoły.
  Poleciłam Marcie by zajęła się nim wyjątkowo. Zawsze ja rano budziłam go, robiłam mu śniadanie... jednak teraz coś musiałam zrobić by zabić czas.
  W szpitalu wchodząc do siebie starałam się jakoś odreagować. Wiem, że to dziwne by zrelaksować się porządnie idąc do miejsca w którym dzieje się najwięcej nieszczęścia, jednak tylko tam mogłabym odreagować.
   Siadając za biurkiem nie zauważyłam kolejnego listu. Zacisnęłam zęby zła. Był tak samo podobny do poprzedniego i napisane było na nim ''Do Rose''.
  Wściekła nawet go nie otworzyłam, skierowałam się do przyjaciela ojca. Z impetem weszłam do jego gabinetu, w którym popijał herbatę zszywając jakąś kobietę. Zacisnęłam w dłoni kopertę z listem i pokazałam mu to.
-Jakim prawem ktoś wszedł do mojego gabinetu? - wysyczałam.
-Jestem zajęty, przyjdź za...
-Teraz mi powiedz kto to był! - zażądałam zdenerwowana.
-Rose, nie mam pojęcia o czym mówisz.
-Ktoś mnie prześladuje, ktoś za mną łazi... ktoś musiał mieć klucz i wejść i zostawić list, nikt nie widział...
-Musiało być wcześnie rano, w takich godzinach nikogo nie ma na korytarzach...
-Pieprzysz! - zaśmiałam się nerwowo. - W naszych czasach korytarze są puste?! Kto to był?
-Gdybym wiedział od razu zostałby poprowadzony do odpowiedzialności. To jest niedopuszczalne, jednak nie mam pojęcia o tej sprawie.
  Wściekła wyszłam i wróciłam do gabinetu spoglądając na kopertę. Szybko ją otworzyłam i przeczytałam.

        Nie szukaj winnego, bo źle to się skończy. Widzę każdy twój ruch. Lepiej, żebyś uważała na to co mówisz i robisz, Z. 

  Zgniotłam list i włożyłam go do torebki. Podparłam czoło i spojrzałam w blat biurka. Cała się trzęsłam doprowadzało mnie to do szału. To co mogą ze mną zrobić jak tylko dowiedzą się kim jestem... nie przeżyłabym pierwszych sekund gdyby odebrali mi wszystko co mam. Znowu.
  Gdy jednak siedziałam w gabinecie szpitalnym, po dłuższym czasie usłyszałam telefon. Zmęczona nawet nie miałam ochoty odbierać, jednak podeszłam i podniosłam słuchawkę.
-Witaj skarbie. - usłyszałam głos Michaela. - Chyba mam kogoś dla ciebie.
-Kogo? - spytałam lekko rozkojarzona.
-Przyjedź do mnie to się dowiesz. Nasz kierowca już czeka pod szpitalem.
-Co? - spytałam zaskoczona i wyjrzałam przez okno na ulicę.
-Po prostu przyjedź.
  Wydawał się spokojny, rozbawiony i trochę zirytowany. Zebrałam się, zamknęłam gabinet i wyszłam na zewnątrz. Gdy tylko byłam w gestapo podążyłam w stronę gabinetu Michaela. Nie umknęło mojej uwadze, że jak zwykle będąc tu niektórzy wlepiają we mnie wzrok. Tym razem nie byłam obojętna, drażniło mnie wszystko, nawet to co nie miało znaczenia.
  Weszłam do środka i zobaczyłam stojącego Miłosza. Z brodą, całkowicie inny. Jednak było w nim coś takiego, co mówiło od razu że to on.
  Spojrzałam na Michaela zaskoczona.
-Skąd on się tu... - zaczęłam.
-Nie było trudno go znaleźć.
  Był wystraszony. Nie miał pojęcia co się dzieje i dlaczego ''współpracuję'' ze szkopem.
-Zośka...?
-Powiedz co wiesz o Bartku. Gdzie on jest. - zażądałam.
-Nie wiem. - odparł obojętnie. - Cholera go wie, nie mamy z nim kontaktu...
-Wstąpiłeś do ruchu?
-I ty tak otwarcie przy tym brudnym Niemcu tak mówisz?! - oburzył się. - Jesteś taka sama jak oni. Janek kłamał, jesteś zwykłą zdradziecką dziwką. - parsknął.
  Nie wytrzymałam, wzięłam pistolet który leżał na biurku Michaela i wycelowałam w Miłosza.
-Ty nawet nie umiesz strzelać. - parsknął.
-To patrz.
  Strzeliłam w kolano, upadł krzycząc przeraźliwie.
-Nie umiem strzelać,mówisz? Mogę poprawić...
-Nie!
-To wyśpiewaj wszystko tak jak wyśpiewałeś o mnie gdy ostatnim razem tu byłeś.
-Rose... - zaczął Michael.
-Nie! - przerwałam mu zdenerwowana. - Mów Miłosz, co wiesz!
-Nie dopuszczają mnie do informacji... ale... Bartka ostatnio widziałem jak kręcił się obok szpitala... nie wiem w jakim celu... ale on ma tam wujka, więc tam przychodzi...
-Co jeszcze wiesz? Gdzie on teraz może być?
-Skąd mam wiedzieć?!
  Michael odebrał mi pistolet i spojrzał na mnie pobłażliwie. Ja, zła, zdeterminowana i przerażona wyciągnęłam kolejny list który dziś dostałam. Kucnęłam przy Miłoszu i pokazałam mu go.
-Kojarzysz charakter pisma? - spytałam ostrzej.
  Milczał, zastanawiając się.
-Mów, albo on - wskazałam na Michaela - zajmie się tobą odpowiednio.
-Dobra... dobra... podobny do Bartka, ale jest nieco inny... trochę jak Filipa... nie wiem...
-To się lepiej dowiedz, bo stracisz jedną z części ciała, jasne?
-Ciągle mówię prawdę... nie powiem konkretnie... bo nie wiem, ale to pomieszane pismo...jakby któryś z nich pisał na zmianę...
-Co oni kombinują... - szepnęłam sama do siebie i wstałam.
  Podałam Michaelowi list.
-Kolejny dostałam dziś rano.
  Spojrzał na niego i zaklął pod nosem.
-Co z nim zrobimy. - wskazał na Miłosza.
-Rób z nim co chcesz, nie obchodzi mnie to. Może jeszcze Ci coś powie...
  Westchnęłam, pocałowałam go czule i wyszłam.
  Co się dzieje...? Czemu ktoś się mnie tak uczepił i co wyprawia Filip i Bartek?

Od Michaela

  Gdy wróciliśmy do domu kazałem Marcie zaparzyć Zofii ziół na uspokojenie. Lekko roztrzęsiona siedziała w kuchni, gdy gosposia uwijała się przy blacie. Mina Marty wyraźnie wskazywała na to że jak najszybciej chciała się dowiedzieć co się stało, jednak dałem jej wzrokiem znać, by na razie o nic nie pytała.
- Kochanie posłuchaj - przykucnąłem przy niej - O nic się nie martw. Włos ci z głowy nie spadnie póki ze mną jesteś. Szybko się dowiemy kim jest ta osoba.
- A co jeśli przeze mnie coś ci się stanie? - spytała cicho.
Uśmiechnąłem się pod nosem.
- Od kiedy zaczęłaś się tak o mnie martwić?
Już otwierała usta żeby odpowiedzieć gdy do kuchni weszła Liesel w swoim drogim futrze i szalach. Oddała torebkę swojej służce i z westchnieniem ulgi opadła na krzesło.
- Jestem taka zmęczona. Ta próba była dziś naprawdę wyczerpująco. Marto zaparz mi herbaty proszę - rzuciła.
Liesel miała przedwczoraj dać występ i wczoraj wyjechać, jednak jego termin został przełożony na za 2 dni ze względu na to, że aktor grający głównego bohatera ciężko się rozchorował i nowy zastępujący go, szybko musiał opanować swoją rolę.
- Już panienko, skończę tylko przygotować napar panience Rose.
Liesel uniosła brwi i spojrzała na Zofie. Dobrze znałem ten wzrok. Nie była przyzwyczajona by na coś czekać albo komuś ustępować.
- Stało się coś? - spytała słodkim głosem ze skrywanym uśmieszkiem.
Dobrze znałem swoją siostrę i o ile z początku była pozytywnie nastawiona do Rose, teraz uległo to zmianie.
Byłem prawie pewny, że jej nie lubiła. Zastanawiałem się tylko dlaczego.
Zofia przeniosła umęczony wzrok na mnie.
-Wszystko w porządku - mruknęła w końcu.
- Ah tak... Cóż, zwłaszcza twoja mina o tym dobitnie świadczy - odparła ironicznie.
Rose popatrzyła na nią zaskoczona.
- Liesel - wtrąciłem z lekką przyganą.
- Tak braciszku? - uśmiechnęła się niewinnie do mnie - Ja chciałam tylko pomóc..
- W czym chcesz pomagać? - mruknąłem
- Cóż... Różnie to bywa gdy gra się jednocześnie na dwóch frontach - odparła rozbawiona podnosząc się.
Zaskoczony spojrzałem na nią, a Rose zacisnęła wargi.
Zadowolona efektem jaki wywołała ruszyła do drzwi.
- Marto - zwróciła się na progu do przysłuchującej się uważnie wszystkiemu w milczeniu gosposi - Podziękuje ci jednak za tą herbatę. Zaraz przyjedzie po mnie Christian. Napije się czegoś na mieście.
- Razem ze swoją narzeczoną? - wtrąciła nagle Zofia mierząc Liesel spojrzeniem.
Moja siostra spojrzała na nią z doskonale ukrytym zaskoczeniem. Uśmiechnęła szeroko jak gdyby nigdy nic - mimo to znałem ją wystarczająco dobrze, żeby zobaczyć w jej oczach satysfakcję i jakiś nowy zamiar.
Uwielbiała wyzwania, a każdego kto stawał jej na drodze uwielbiała wprost eliminować.
- Federice dziś coś wypadło. Natomiast jutro na wspólnej kolacji z wujem Albertem ma być. Mich, mówił ci o tym prawda?
- Tak - mruknąłem.
- Nie słyszałam natomiast - ciągnęła dalej - Żebyś t y była zaproszona.
Oburzony spojrzałem na nią.
- Liesel co cię dziś ugryzło? - zareagowałem ostro - Rose również dostała zaproszenie takie samo jak ty.
Siostra patrzyła na mnie przez dłuższą chwilę, jakby miała coś powiedzieć. Po chwili jednak widocznie się rozmyśliła, bo obdarzywszy Rose spojrzeniem wyższości bez słowa wyszła z pokoju.
- Niech panienka się nie przejmuje - szepnęła Marta podając wystarczająco już przygnębionej Zofii napar - Panienka Liesel miewa czasem takie dni.
Owszem było to prawdą, jednak wyczuwałem, że chodziło tu o coś więcej. Czyżby Liesel czegoś się domyślała ?
Było to absolutnie wykluczone. Zachowaliśmy wszelkie środki ostrożności, a z Christian został parokrotnie poinformowany, że gdyby pisnął słowem na temat jej prawdziwej tożsamości, ciężko by mi się naraził. Jeśli jednak... Nie, starałem się o tym nie myśleć. I tak mieliśmy już wystarczająco problemów.
- Michael, czy ona czegoś przypadkiem nie podejrzewa? - szepnęła Rose jakby czytając mi w myślach.
- Nie, jestem pewny, że nie - odparłem z udawanym przekonaniem - Rose staraj się nie wchodzić jej w drogę. Za parę dni wyjedzie i pewnie długo jej nie zobaczysz.
- Czemu mnie nie lubi? Wydawało mi się, że z początku złapałyśmy dobry kontakt..
- Liesel taka jest - mruknąłem. Nie chciałem wprost powiedzieć, że jej najgorszą cechą charakteru była właśnie dwulicowość.
Widząc jej przygnębioną minę ruszyło mnie trochę serce. Podszedłem do niej, złapałem ją za rękę i spojrzałem głęboko w oczy.
- Zosiu niczym się nie przejmuj. Szybko znajdziemy tego, kto cię śledzi i wysłał ten list. Poniesie surową karę - zacisnąłem szczęki w myślach postanowiwszy, że sam się nim zajmę - Liesel szybko wyjedzie, a co do Rudnickiej zaczniemy działać. Obiecuje ci to - szepnąłem i pocałowałem ją w czoło.