wtorek, 28 lutego 2017

Od Rose

Byłam załamana. Nie chciałam w to uwierzyć, że nie potrafiła tego zrozumieć. Michael w aucie objął mnie ramieniem a ja tylko szlochałam bez nadziei że kiedyś to się zmieni.
  Mialam dość. Zabolało jakby ktoś wyrwał mi serce, przez moment nawzajem siebie zraniłyśmy.
-Miałeś rację. - szepnęłam. - Nie powinnam tam przychodzić. Ani się z nią widywać. Jedź jak najszybciej do domu. - zwróciłam się do kierowcy. - Chce stąd wyjechać jak najszybciej...
  Michael nawet nie ukazał zadowolenia z przebiegu sytuacji. Doskonale wiedziałam, że się cieszy, że tak to się wszystko potoczyło. Ale i tak został mi tylko on... I brat.
  Iza nie zrozumie tego, że robiłam to wszystko dla niej i dążyłam do doprowadzenia jej na wolność przy pomocy Michaela. Jednak rozumiałam, że inaczej po prostu nie mógł. Jeśli wszystko wyszło by na jaw, co zrobił i że uratował polke od śmierci a zydowce oszczędził o wiele więcej dni...
-Michael... Przed wyjazdem możesz załatwić... Żeby jej nikt tam nie dotykał...? - szepnęłam przez łzy.
-Już dość zrobiłem, Rose. Nie widzisz jak ona Cie potraktowała? Skopała to co dla niej wywalczyłaś...
-Ja nic nie wywalczyłam. Nie jest bezpieczna i się tak nie czuję. Proszę chociaż parę dni bez dotykania jej... Błagam...
-Dobrze. - westchnął. - Ale nie obiecuję.
  Iza nie wie jaki on jest... Ze jest inny dla mnie i mimo że wydaje mi się czasem, że nie ma serca... To ja wiem ze je gdzieś tam ma... Ale jako szkop trudno mu jest nawet pokazać uczucia... Do czegokolwiek i kogokolwiek... Oni są inni niż Polacy. Ta wojna jest bez sensu, miałam pomagać w ruchu a jestem przeciwko nich... Może powinnam nic nie robić i po prostu się odsunąć na dobre?
  Nie. Nie mogłam nawet przez chwilę myśleć o tym czy oni wszyscy żyją i jak sobie radzą. Nie umiem o nich zapomnieć i przestać się o nich martwić. Zrobiłbym wszystko by byli bezpieczni. Najbardziej Iza. Tak mi zależy, by nic jej się nie stało... Postanowiłam, że po powrocie sama zadbam o to, by wyszła stamtąd cało. Musiałam najpierw poruszyć ten temat z Michaelem... Ale to za jakiś czas... Po powrocie z Norwegii...
  Nie wiem czemu Michael był dla mnie ważny. Od miesiąca zauważam to czego wcześniej nie widziałam. Nie był ważny dlatego, że oszczędził mnie u brata. Ale dlatego, że było w nim coś takiego czego nie umiałam nazwać a przed czym nie mogłam się oprzeć. Powoli zaczynałam widzieć moje rosnące uczucia do niego i po dzisiejszym bólu jaki zadała mi przyjaciółka miałam już dość opierania się. Jednak Michael musiał zrozumieć jedno... Ze mając mnie przy sobie nie mógł nawet mnie traktować jak niewolnicę. Nie wiem nawet kim dla niego jestem... Ale skoro dalej żyje to chyba muszę być ważna a z jakiegoś powodu mnie przy sobie trzyma...

poniedziałek, 27 lutego 2017

Od Izy

Obudziłam się szlochając. Ledwo co otworzyłam oczy. Skuliłam się na łóżku na myśl o ostatnich wydarzeniach.
Czułam się strasznie. Głowa mi pulsowała a wszystko widziałam troche rozmazane.
Bardzo mocno uderzyłam się w głowe kiedy upadłam..
Wspomnienia tego wszystkiego sprawiły że na prawde poczułam się jeszcze gorzej.
Kobieta która była "głową" Puffu otworzyła drzwi i podała mi jedzenie.
-Jak głowa?
Spojrzałam na nią mając ochotę ją zabić.
Jak kobieta kobiecie może zrobić coś takiego?!?! Jak mogła pozwolić na to wszystko.. Jak mogła na to patrzeć..
Wyszła a ja spojrzałam na jedzenie.
Byłam głodna lecz było mi niedobrze. Wolałam jednak nie jeść. Nie teraz.
Jedyne co teraz robiłam to płakałam.
Wcześniejsze spotkanie z Jankiem dało mi siłę, którą straciłam w jednej chwili.

***

Wieczorem słyszałam jak ktoś wchodzi do pokoju. Otworzyłam oczy.
-Iza??-usłyszałam łamiący się kobiecy głos.
Był mi dziwnie znajomy.
Dopiero po chwili ją rozpoznałam.
-Zośka??
Podbiegła do mnie i przytuliła mnie.
Byłam szczęśliwa.
Jednak to szczęście długo nie trwało kiedy zobaczyłam kto stoi przy drzwiach.
Był to tamten Niemiec.
Spojrzałam na Zośkę. Była ładnie umalowana i uczesana. Miała na sobie eleganckie ubrania.
Widać było że nie żyło jej się źle.
Odsunęłam się od niej w momencie, jakby była trendowata. Dla mnie tak też było.
-A więc to prawda..-odparłam sucho.
-Co?? Jak się czujesz?
-Interesuje Cię to??-odparłam.
-Iza o co ci chodzi???-spojrzała na mnie zdezorientowana.
Zerknęłam na tego Niemca a potem znów spojrzałam na swoją.. Na Zośkę.
-Widzę że dobrze Ci się wiedzie. Dziwię się że tak możesz. Jesteś popsuta. Widzę że niczym się nie różnisz od nich.-mówiąc to ostatnie spojrzałam na Niemca- Dobrze Ci jest??? Kiedy my, POLACY umieramy na drogach, walcząc z tymi psami ty się z nimi bratasz?! Oni mordują codziennie niewinnych ludzi!!!
-Iza to nie tak..
-A jak?! Codziennie od kiedy Cię aresztowano zastanawiałam się co z tobą! Czy żyjesz!!! Przez to że chciałam Cię uratować trafiłam tu!!!! Bito mnie! Torturowano!! Poniżano!!! Głodzono!!!! A to wszystko przez to że chciałam...-zanilkłam na chwile- Nie potrzebnie, nie potrzebnie... -dodałam prawie szeptem.
-Iza..
-Wyjdź..-odparłam odwracając wzrok.
-Proszę.. Iza..
-Wyjdź!-odparłam mając łzy w oczach.
Niemiec podszedł do Zosi i zabrał ją.
Nie patrzyłam na nich kiedy wychodzili a kiedy tylko drzwi się zamknęły skuliłam się płacząc.
Chciałam umrzeć.
Moja przyjaciółka.. Zdradziła mnie. Nie wierzyłam w jej poświęcenie. Kiedy ona opływała w luksusach przy boku Niemca.. Niewini ludzie umierali. Bedąc z nim akceptowała ten fakt a przez to krew tych niewinnych ofiar miała i ona na rękach.
Mój cały świat rozpadł się na kawałki. Nie mogli mnie już bardziej zniszczyć. Jedyne co mnie posieszało to marna nadzieja że Tomek i babcia zostali stąd zabrani przez Janka.

****

Wieczorem znów miałam "odwiedziny". Znowu walczyłam usiłując nie dopóścić do tego aby mnie znów poniżyli...

Od Rose

Byłam wściekła. On chyba sobie robi żarty... Nie chciałam być tak traktowana, nie jak służąca. Postanowiłam, że nie pojadę a na oczy mnie nawet nie zobaczy.
  Chociaż zawsze pragnęłam na chwilę zapomnieć o tym horrorze który tu jest i wyjechać, zobaczyć upragnioną Norwegię...
Ale nie z kimś, kto traktuje mnie jak własność.
  Czekałam aż Michael wróci. Niecierpliwie przebierałam nogami, wystrojona w jedną z lepszych krótszych sukienek i wysokie czarne szpilki. Gdy usłyszałam Michaela nawet nie ruszyłam się z miejsca tylko czekałam aż zdziwiony ruszy głową i przypomni sobie o mnie.
-Marto a gdzie Rose?
-Na górze.
-Musze z nią porozmawiać... Zawolasz ją? Tylko tak by ten mały tu nie zszedł.
  Gdy pojawiłam się zza ściany spiorunowałam wzrokiem Niemca. Zaskoczony spojrzał na mnie od góry do dolu i zadowolony nagle kazał mi usiąść obok.
-Właśnie miałem po Ciebie wołać...
-Nigdzie nie jadę. - oświadczyłam.
-Nie interesuje mnie to...
-Przestań mnie tak traktować. Nie zasłużyłam na to by być Panią na posylki. Nie jestem byle jaką Niemką. Jestem rodowitą polką i jeśli nie przestaniesz mnie traktować z szacunkiem to...
-Gdybym Cie nie traktował z szacunkiem, dawno bys leżała obok rodziców.
  Zaszokowana jedynie spojrzałam mu w oczy podeszłam do niego i bez skrupułów uderzyłam go w twarz. Oczywiście nic nie poczuł, jednak musiałam to zrobić. Był jednak świnią. Po prostu umiał udawać perfekcyjnie. A ja dawałam się na to nabierać.
-Jesteś taki jak wszyscy. Nie masz uczuć, nie potrafisz nawet zrozumieć jak mi trudno przystosować się do obecnej sytuacji. Nie potrafisz okazać żadnych uczuć, współczucia czy czegokolwiek. Nie masz serca. Dla nikogo.
-Mordując tyle ludzi ile ja zrozhmialabys.
-Malo wam? Ile oni wycierpieli? Co oni wam..
-Rose nie musisz rozumieć...
-Wybijacie ich takimi metodami które... Są po prostu nie do przyjęcia! Słyszałam co zrobiłeś. Burdel. Dla tych biednych kobiet. Żeby tylko je upokorzyc.
-Bystra jesteś. - odparł oschle.
  Widziałam że próbuje się opanować od oddania mi za to że poprzednio sprzedałam mu w gębę. Należało mu się.
-Co jeszcze wymyślicie? Spalenie wszystkie jeszcze zamiedzkale kamienice przez resztki Żydów? Na żywca? Co jeszcze jesteście w stanie wymyślić?!
-Rose jesteś genialna.
  Nagle zrozumiałam że podrzuciłam nieświadomie mu ten pomysł.
-Nie rób tego... Michael!
  Zatrzymałam go gdy chciał odejść.
-Muszę częściej z Tobą rozmawiać na te tematy. Naprawdę mam szczęście że Cię mam.
-Nie rób tego, proszę...
-Możesz uznać to za karę za to, że śmiałaś mnie uderzyć. I jeśli to powtórzy się jeszcze raz...
-Bedzie się powtarzać jeśli będziesz mnie tak traktować. Nie możesz mnie wziąć na siłę do Norwegii!
-Nie chciałaś nigdy zobaczyć tego kraju?
-Skąd wiesz, że...
-Zdążyłem Cie poznać. Poza tym kiedyś o tym wspomniałaś.
  Zbliżyłam się do niego bardziej i złapałam za koszule.
-Nie wyjdziesz stąd dopóki mi nie powiesz co z Izą. I nie rób tego... Nie wykorzystuj mojego pomysłu... Ja nie chcę ich skrzywdzić...
-Wybieraj. Albo Iza albo twój pomysł wejdzie w życie. Polaków też mam tak załatwić?
-Boże... Jesteś potworem... - wycedziłam.
  Uśmiechnął się szeroko i popatrzył mi w oczy.
-Chcesz żebym to zrobil. Podrzucilas sama pomysł na który długo bym nie wpadł. Zmieniasz się dzięki mnie na lepsze.
-Chory jesteś? Nigdy nie chce by coś im się stało. Są niewinni. Wy macie chore urojenia...
-Zrobię to i nic na to nie poradzisz.
-Chociaż z tym poczekaj... - szepnęłam zrezygnowana.
-Ile mam niby czekać? Podzielę się tym pomysłem z wujem.
-Nie rób tego od razu... Błagam... Nie chcę czuć się winna że przeze mnie...
-Kara to kara.
-A gdyby tak to poczekało do potem? - spytałam przegryzajac nerwowo wargi.
-Co sugerujesz? - spojrzał na mnie jakby wiedział o co mi chodzi.
-Zamiast zajmować się... No wiesz... Tą sprawą... Możesz zająć się mną na górze.
  Tego się nie spodziewał. Tak jak ja.
  Pocałował mnie brutalnie ale spodobało mi się to jak to zrobił. Nawet nie spodziewałam się tego, ale w głowie miałam tylko Izę. Chciałam wiedzieć czy cokolwiek zdziałał.
  Z trudem odezwałam się od niego i zdyszana spytałam.
-Nie powiedziałeś co z Izą.
-Żyje i jest w dobrych rękach.
-Gdzie jest.
-W burdelu.
  Oderwalam się od niego nagle jak oparzona.
-Co?!
-Rose... - westchnął jakby niecierpliwy tego co miało się wydarzyć na górze. - nie ma innej drogi by była bezpieczna...
-Michael! Zrobiłeś z niej prostytutkę?! Ponizyles ją!
-Słuchaj, nikt jej tam nawet nie tknie... Byłem tam przy okazji zobaczylem co u niej... Nic jej nie grozi.
-Byłeś w burdelu?! - wrzasnęłam.
-A co..? - spojrzał na mnie jakby widział w moich oczach niepokój mieszany z zazdrością...?
  Spoważniałam.
-To nie tak... Dobra, nie ważne... - zaplątałam się.
  Podszedł do mnie bliżej i złapał mnie nagle za tyłek. Nie zaprotestowałam, sama siebie nie poznawałam. On rzeczywiście mnie zmieniał...
-Weźmiesz mnie jutro do niej. Chcę z nią porozmawiać.
-Oszalałaś. - roześmiał się.
-Zrobisz to. Wtedy bez problemów pojadę do Norwegii i nie będę robić żadnych kłopotów. Będę robić co będziesz chciał i co będziesz mi kazać. Ale chce ją zobaczyć. I pod naszą nieobecność Adam ma zostać tak jak bym chciała.
-Nic mu nie grozi... Teraz możemy już przejść do sypialni?
-Nie. - zaparłam się. - Szczerze z pełną odpowiedzialnością obiecaj to co powiedziałam.
-Dobrze zabiorę Cie jutro do Izy. Ale ja będę przy tej rozmowie.
-Dobra... Niech będzie... Ale...
  Nawet nie zdążyłam dokończyć bo zniecierpliwiony zaniósł mnie do swojej sypialni.
  Nie patrzył gdzie idzie, całowaliśmy się bez opamiętania, gdy mnie postawił już w sypialni jego ręce bladziły zdecydowanie po moim ciele.
  Mimo że go nienawidziłam, że denerwował mnie i traktował jak niewolnice to i tak chciałam to zrobić... Szczególnie z nim. I szczególnie teraz.
  Jednsk gdy zdjął że mnie w końcu sukienkę, zobaczył moje całe oparzone plecy. Tego obawiałam się najbardziej.
-Co to jest? Zrobili Ci go w gestapo?
-Nie... Nie chcę o tym mówić...
-Mów.
-Kiedyś mój partner przed śmiercią stał się agresywny. Gdy jeden z oddziału zginął złapał za czajnik z wodą... Zdążyłam się obrócić w porę ale... Moje plecy... - westchnęłam i chwyciłam po sukienkę.
   Nie chciałam by ktokolwiek na to patrzył. Czułam się okropnie... Wiedziałam, że mogę zostać zraniona przez wszystkich. Nawet tych których kocham.

niedziela, 26 lutego 2017

Od Izy

Czułam się jak zwierze w klatce. Bycie tu, zamkniętą w tym pokoju, samotnie w czterech ścianach było nie do zniesienia. Martwiłam się o Tomeczka i o babcię. Zastanawiałam się czy Janek przyszedł i czy.. ich zabrał.
W małej szafie która była w rogu pokoju znalazłam kilka ubrań. Wybór nie był duży więc zostałam "zmuszona", nie miałam wyjścia i ubrałam jakąś białą za dużą koszulkę która sięgała mi do połowy ud. To było o wiele lepsze od tej "fikuśnej" prawie prześwitującej i prawie nic nie zasłaniającej koszuli nocnej w którą wcześniej zostałam zmuszona się ubrać.
Byłam już tu około doby. Karmili mnie w miare dobrze. Na razie nic się większego nie działo. Jednak wiedziałam w jakim celu zostałam tu zamknięta i wiedziałam co mnie czeka.
Usłyszałam rozmowę za drzwiami. Podeszłam i podsłuchiwałam.
-...ma być w miare dobrze traktowana. Nie może umrzeć.-powiedział jakiś męski głos.
-Ale w takim razie co mam z nią robić??
-To mnie nie obchodzi, nie obchodzi mnie co ją spotka jednak ma żyć.
-Czyli mogę...
-Tu jest ta Rydnicka??-przerwał kobiecie męski głos.
-Tak.
-Chcę ją zobaczyć.
Usłyszałam jak zamek w drzwiach ustępuje.
Szybko pobiegłam na łóżko i usiadłam w rogu tam aby moja "nagość" nie była ukazana.
Patrzyłam się na mężczyzne, młody Niemiec, całkim przystojny, jak na Niemca..
-Rudnicka?
Kiwnęłam głową.
MężCzyzna spojrzał na kobietę a ta zmieszana wyszła zostawiając nas, mnie i tego Niemca samych.
Oparł się o stolik zakładając ręce i patrzył się na mnie.
-Jak Ci wię tu podoba???
Spojrzałam na niego spod przymrużonych powiek. Miał coś w sobie co sprawiało.. że czułam się dziwnie.
-Słucham.
-Przegracie...-odparłam oschle unosząc podbrudek-I tak przegracie..
Zaśmiał się co mnie zaskoczyło. Spodziewałam się że mnie uderzy albo coś ale nie tego..
-Przepominasz mi kogoś...-odparł.
Na początku nic do mnie nie docierało a potem otworzyłam szeroko oczy.
Janek mówił o tym że Zosia mieszka u jakiegoś Niemca.. Że ma wpływy.
Ten tu obecny najwyraźniej wciągnął mnie tu, teraz wymaga dla mnie mnie odpowiedniego traktowania i jeszcze to...
Nie..
-Mam nadzieje że Ci się tu spodoba.-odparł poczym wyszedł.

***

Trzeciego dnia tu obudził mnie dziwny hałas. Zobaczyłam że drzwi się otwierają.
Poderwałam się do pozycji siedzącej.
Zobaczyłam jakiegoś faceta.
Uśmiechnął się na mój widok.
-Ślicznotka..-odparł i podszedł do mnie.
-Nie zbliżaj się!!!-powiedziałam.
Usiadł obik mnie.
Poderwałam si aby wstać lecz ten mnie złapał w pasie i pociągnął w swoją stronę.
-Puszczaj!!!-krzyczałam.
-Lubie tu.. Niby nie chcesz ale za chwile zmienisz zdanie..
-Nie!!
Szarpałam się.
Kiedy złapał mnie za koszulę chcąc ją ze mnie zdjąć wyrwałam się.
Jednak potknęłam się o jego nogę i upadłam.

Od Michaela

- Pakuj się - rzuciłem czytając gazetę  - Wyjeżdżamy dziś.
Zofia podniosła na mnie zdezorientowana wzrok i odwróciła się za siebie szukając Marty.
- To było do mnie? - spytała po chwili nie znajdując jej.
- No tak - mruknąłem - A do kogo niby?
- Ale jak to wyjeżdżamy?
- Normalnie. W interesach - odparłem rozbawiony składając gazetę.
Byłem zadowolony z naszej całkiem dobrze działającej propagandy. W gazecie właśnie zamieszczono wzmiankę, że w gettcie utworzono nowy ośrodek rozrywki dające nowe możliwości młodym kobietą.
Rzeczywiście nowe możliwości - pomyślałem rozbawiony i postanowiłem że jeszcze przed przyjazdem wpadnę tam zobaczyć jak to wszystko działa i czy Rudnicka się 'zaaklimatyzowała'.
- Nie przypominam sobie żebyśmy mieli jakieś wspólne interesy poruczniku Heydrich - odparła po chwili drocząc się ze mną.
- Za niedługo majorze - poprawiłem ją z szelmowskim uśmiechem i napiłem się soku.
- Czy major zechce mi zdradzić, dokąd się udajemy - i na ile? - dodała z naciskiem.
- Nie martw się, nie wyjeżdżamy na zawsze - wybuchnąłem śmiechem widząc jej minę - Parę dni góra. Byłaś kiedyś w Norwegii?
- W Norwegii? - powtórzyła zamyślając się.
- Boisz się? - parsknąłem widząc jej minę.
- A powinnam? - odbiła piłeczkę.
- Jeśli będziesz grzeczna - to nie.
- A jeśli nie będę?
- To zostaniesz w Norwegii już na zawsze i będę ci składał wizyty co pół roku żeby zobaczysz jak się masz - zażartowałem, choć udawałem poważny ton.
- Nie zrobiłbyś tego - odparła z przekonaniem, choć na jej twarzy pojawił się blady cień.
- Jeśli będziesz się zachowała przyzwoicie to nie ma tematu.
- Co ja mam tam właściwie robić?
- Hm.. Np dotrzymywać mi towarzystwa na różnych ważnych kolacjach i bankietach.
- Myślisz że jestem głupia? Przecież dobrze wiem, że chcesz mnie mieć po prostu na oku.
- To też - odparłem rozbawiony, a ona przewróciła oczami.
- A co z Adamem?
- Hm właśnie się zastanawiam. Ale chyba zostawimy go pod d o b r ą opieką. To mądry i pojętny chłopak.
- Wolałabym się nie rozstawać z bratem.. - zaczęła ostrożnie, jednak umilkła widząc mój wyraz twarzy.
- Wolałbym żebyś się mnie słuchała i zrozumiała, że wiem najlepiej co dla kogo jest dobre.
- Ehm... No dobrze - poddała się w końcu - Ale zostanie tutaj w domu tak? Pod opieką Marty?
- Całkiem możliwe - odparłem z obojętną miną jednak w myślach już snułem plan posłania go do niemieckiej szkoły.
- A nie dałoby się tego jakoś parę dni przełożyć? - spytała równie z obojętnie wystudiowaną miną.
- Chyba sobie żartujesz - parsknąłem i wstałem od stołu - To nie wyjazd rekreacyjny tylko służbowy. Teraz muszę jeszcze coś załatwić więc wrócę pod wieczór. Masz już wtedy być gotowa. Rozumiemy się? - podszedłem do niej i spojrzałem jej przenikliwie w oczy.
Pokiwała po chwili głową, a ja nie mogąc się powstrzymać pocałowałem ją szybko przygryzając lekko dolną wargę.
Miało to być takim niewerbalnym ostrzeżeniem.
- Pozdrów wujka na gestapo - usłyszałem jeszcze jej mruknięcie pod nosem gdy wychodziłem i chcąc nie chcąc parsknąłem śmiechem do siebie. Może lepiej że nie była świadoma że to słyszałem - podobne żarty nie powinny jej uchodzić na sucho.
Skierowałem się ku samochodowi. Dziś miałem ochotę jechać sam, więc poleciłem swojemu szoferowi żeby został w domu. Odpaliłem wóz i ruszyłem. Istotnie miałem zamiar udać się jeszcze na gestapo ale najpierw musiałem załatwić sprawę Puffu w gettcie. Musiałem wydać odpowiednie rozkazy, aby Rudnicka nie została jeszcze bardziej wykończona z powodu swojego pochodzenia, niż w fabryce.

Od Izy

Spotkanie z Jankiem podniosło mnie na duchu, dało mi siłę aby przetrwać jednak nadal miałam tylko nikłą nadzieje że uda mi się uwolnić z getta.
Kiedy weszłam do tymczasowego mieszkania oparłam się o drzwi. Miałam ochotę krzyczeć. Czemu życie jest takie nie sprawiedliwe?!?!
Tomek podszedł do mnie.
-Iza co się stało??-zapytał.
Ukucłam.
-Jest nadzieja.-przytuliłam go-Masz. Zdobyłam jedzenie.
-Jak?!-ucieszył się.
-Nie ważne.
Nie chciałam mu mówic że pojawiła się nadzieja bo gdyby to się nie udało byłby załamany.
Dałam mu bułke i poszłam do babci.
-Masz babciu.
-A skąd takie pyszności??-zapytała.
-Ważne że mamy jedzenie.-uśmiechnęłam się.
Babcia o nic więcej nie pytała. Byłam jej za to wdzięczna.

****

Codziennie czekałam na Janka. Wypatrywałam go w ciemnych uliczkach, w cieniach nocy.
W nocy budziłam się z uczuciem że przyszedł lecz to były tylko sny. Sny dające nadzieje.
Minęło już kilka dni. Zaczynałam się martwić o to czy nic mu nie jest. Obiecał przecież że przyjdzie, tak więc zrobi. Wierzyłam i ufałwm mu. Nie złamałby obietnicy ot tak sobie. Musiałoby się coś stać aby nie mógł przyjść.

***

Był pochmurny dzień. Czułam się coś się dziś stanie. To uczucie towarzyszyło mi cały poranek kiedy szykowałam się do pracy.
-Tomek-poprosiłam go na rozmowę-Słuchaj, gdyby mi się coś stało nie szukajcie mnie. Zadbajcie o siebie, zadbaj o babcię. Gdybym nie wróciła a pojawiłby się tu chłopak o imieniu Janek, polak i by mnie szukał powiedz że ma ciebie i babcie zabrać. Nie czekajcie na mnie tylko się zabierajcie stąd. Powiedz mu że ja bym tego chciała. Nie wracajcie po mnie pod żadnym pozorem.
-Ale..
-Tomek musisz mi to obiecać.
-Obiecuję. Skąd będę wiedzieć że osoba która przyjdzie to Janek??
-Zapytaj się go o rysuneczki.
-Rysuneczki??
-Tak nazwałam rysunki Polski Walczącej i tym podobne rysowane przez Szare Szeregi.
-Dobrze.
-Dziękuje-przytuliłam go poczym wyszłam do pracy.
Kolejny dzień w fabrycy wykańczał mnie fizycznie lecz psychiczne jeszcze nie udało im się mnie wykończyć. Trzymałam się ostatniego koła rarunkowego, Janka, myśli o nim sprawiały że zapominałam o otaczającej mnie rzeczywistości. Pomagały mi.
Praca trwała znowu cały dzień a kiedy wróciłam do domu, wcześniej rozglądając się za Jankiem, od razu zasnęłam nie mając siły nawet zjeść.

****

Rano obudziam się, a raczej zostałam wyrwana ze snu i z łóżka.
W mieszkaniu byli Niemcy.
-Rudnicka?
Kiwłam głową.
-Pójdziesz z nami.
-Izaa..-spojrzałam na Babcię i Tomka którzy patrzyli na to wszystko bezradni.
-Tomek pamiętaj o tym co Ci mówiłam. Kocham was.-odparłam poczym Niemcy wyprowadzili mnie.
Było jeszcze ciemno. Nie wiedziałam dlaczego i gdzie mnie zabierają.
Dopiero kilka ulic dalej, po drugiej stronie getta domyśliłam się.
-Nie! Nie!-krzyczałam kiecy wlrowadzali mnie do budynku.
Jednak oberwałam po czym umilkłam.
-To ona?-zapytała kobieta, Niemka.
Była ładnie ubrana i zadbana. Wiedziałam kim jest, tu w tym budynku i w sumie całym gettcie jaką odgrywa rolę.
-Rudnicka?-zapytała mnie a ja kiwnęłam głową nie zdolna aby powiedzieć cokolwiek.
Niemcy wyszli i zostawili mnie z tą kobietą, w budynku do którego nigdy nie chciałam trafić.
Kobieta popchnęła mnie wzdłuż korytarza. Słyszałam za drzwiami które mijaliśmy szlochy, jęki i nawet krzyki. Wszystkie należały do kobiet.
Niemka wprowadziła mnie do pomieszczenia gdzie były prysznice.
-Rozbierz się i umyj-rozkazała.
Spojrzałam na nią lecz ona nic więcej nie robiła tylko stała i patrzyła się.
Nie zamierzalam rozbierać się przy niej.
-Słyszałaś co Ci kazałam zrobić czy głucha jesteś?!?!
Uderzyła mnie w głowe.
-Bo nie dostaniesz jedzenia. A następny raz oberwiesz mocniej.
Stanęłam do niej tyłem i powoli zaczęłam się rozbierać. Zostałam jednak w bieliźnie.
-Wszystko, bielizna też.
Nie zrobiłam tego. Jeszcze miałam jedno czego mi nie odebrali, nie pozwole im tego odebrać tak łatwo. A tym czymś była godność.
Kobieta wyszła i zaraz wróciła z jakimś facetem.
Podszedł on do mnie i zdarł ze mnie ubrania.
Krzyczałam i okładałam go rękami jednak był dużo większy i silniejszy.
Kiedy mnie rozebrał kobieta skinęła na niego głową wyszedł.
Spojrzał jeszcze na mnie dziwnie przy dzwiach po czym znikł.
Zasłaniałam rękami piersi i łono.
-Kąp się. Musisz być czysta.

****

Czując się okropnie siedziałam w jednym z takich pokoji do których drzwi mijałam po drodze do łaźni. Kobiety przy mnie już nie było.
Siedziałam ubrana jedynie w kłusą sukienkę nocną.
Nie było tu żadnych okien. Siedziałam w rogu na prowizorycznym łóżku czekając na to co będzie dalej.
Nigdy nie sądziłam że Niemcy zrobią mi to. Nigdy nie sądziłam że tu trafię. "Puff" był ostatnim czego się spodziewałam...

Od Janka

- Posłuchaj - szepnąłem ujmując jej twarz w dłonie - Wyciągniemy cię stąd.
Wesołe iskry w jej oczach, które się na chwile pojawiły nagle zgasły. Spuściła wzrok.
- Janek nie obiecuj czegoś jeśli nie wiesz czy dotrzymasz słowa - mruknęła.
Znieruchomiałem.
- Iza co ty mówisz?
Milczała.
- Nie widzisz, że się tu dostałem? A jak myślisz dzięki czemu? - pomachałem jej przed nosem sfałszowaną przepustką - Mogę dorobić takich więcej.
Iza delikatnie wzięła ją w palce i dokładnie studiowała.
W jej oczach pojawiła się nadzieja - niestety również szybko zgasła.
- Jeśli to by było takie skuteczne - oddała mi ją zrezygnowana - To więcej osób by z nich skorzystało.
- Myślisz że to takie łatwe? - obruszyłem się lekko - Wiesz jak długo nad tym siedziałem? Takich fałszerzy jest naprawdę mało. Ja miałem szczęście, że szybko podłapałem temat i Filip mnie douczył.
- Wejście tu to jedno - przełknęła ślinę - Ale wyjście? Myślisz, że mnie ktoś nie skojarzy? Po za tym nie ma opcji bym zostawiła babcię. I Tomka.
- Myślisz, że zostawiłbym twoją babcię na pastwę losu? - oburzyłem się - I kto to w ogóle ten Tomek? - starałem się zachować obojętną minę.
- Kolega - odparła nie spuszczając ze mnie wzroku - Mały chłopaczek, przygarnęłam go pod opiekę - dodała spokojniej, a ja nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że zobaczyłem w jej oczach lekkie rozbawienie.
- Dobrze - pokiwałem ze zrozumieniem głową - Dobrze, dla niego też wszystko wyrobię, zorganizujemy to tak że wyjdziecie stąd cali i zdrowi w trójkę.
Iza popatrzyła na mnie z lekkim politowaniem.
- Janek nasze dni są policzone. Ostatnie zapasy jedzenia się kończą. Wiesz co dziś widziałam, gdy wracałam z fabryki? - zadrżał jej głos - Jakaś kobieta niosła puszkę zupy idąc z dziećmi zapewne w stronę domu. Jakiś zdesperowany starzec rzucił się na nią i wyrwał puszkę, która nieszczęśliwa upadła na chodnik i rozbiła się.
- Iza przykro mi, ale nie możesz... - zacząłem, lecz nie dała mi skończyć.
- Wiesz co się dalej działo? - spytała matowym głosem - Kobieta rozpłakała się i biła go a ten - nic sobie z niej nie robiąc - zjadał tą zupę z c h o d n i k a. Co na to Niemcy? Śmiali się bezczelnie i robili zdjęcia - nagle jej spojrzenie zaostrzyło się - Nienawidzę ich. Nienawidzę i mam nadzieję, że kiedyś Bóg im za to wszystko odpłaci.
- Odpłaci zobaczysz - wyszeptałem - Ale musisz teraz myśleć o sobie i o tym żeby stąd wyjść.
Iza kręciła głową jak w amoku.
- Nie nie nie Janek. Ja już stąd nie wyjdę. Ale mam do ciebie prośbę - chwyciła mnie za rękę - Nie chcę żebyś tak ryzykował, ale jeśli tylko byś mógł.. wyciąg stąd moją babcię. I Tomeczka. Proszę - wyszeptała.
- Wyciągnę ich - zapewniłem mocno, patrolując wzrokiem dyskretnie okolicę - I ciebie też. Nie możesz się poddawać jasne?
- Oni mnie zamęczą w tej fabryce z czasem rozumiesz Janek? - szepnęła a w jej oczach pojawiły się łzy - Nie dam rady dłużej.
- No właśnie o tym też chciałem pogadać - odparłem - Słyszałem, że mają cię przenieść do jakiś lżejszych prac. Myślę, że to dzięki Zosi..
- Zosi? - powtórzyła bezgłośnie.
- Tak, widziałem się z nią. Całkiem nieźle sobie radzi, choć wolałbym żeby nie była tak blisko szkopów.
- Co to znaczy blisko?
- Ma tam swoje... jakby to powiedzieć ehm.. wpływy.
- Wpływy?
- Posłuchaj nie martw się niczym. Gdyby było zagrożenie, nie pozwolilibyśmy się jej aż tak narażać, ale z naszych obserwacji wynika, że ten Niemiec u którego mieszka jest kimś bardzo ważnym i z jakieś powodu nie pozwoli jej nic zrobić.
- Mieszka u Niemca?! Gdyby było zagrożenie?! Janek ty siebie słyszysz?!
- Iza..
- Niemcy to jedno wielkie zagrożenie! Każdy jest taki sam! Każdy! A wy na to ot tak spokojnie patrzycie!
Chciała mi się wyrwać, jednak powstrzymałem ją.
- Iza - powiedziałem stanowczo i przyciągnąłem do siebie - Spokojnie, no już.. Iza proszę cię, zaufaj mi.. Zosi naprawdę nic nie grozi. Jesteśmy z nią w kontakcie.
Po dłużej chwili w końcu się uspokoiła. Pewien człowiek zaczął nam się dziwnie przyglądać.
- Iza wracaj do domu - powiedziałem cicho - Lepiej żeby nas nikt nie widział razem, jeśli mam was stąd wyciągnąć. Proszę tutaj masz jedzenie na parę dni - wcisnąłem jej w ramiona dosyć sporą paczkę. Z początkowo nie chciała jej przyjąć, ale przekonałem ją.
- Pomyśl o babci. O Tomku. Muszą mieć co jeść prawda?
Pokiwała po dłuższej chwili głową.
- Dziękuje - wyszeptała i pocałowała mnie w policzek.
Zrobiło mi się cieplej na sercu.
- Tylko pamiętaj. To też dla ciebie. Nie oddawaj wszystkiego innym musisz za coś sama wyżyć.
Westchnęła powoli cofając się w stronę ulicy.
- Przyjdę za parę dni - obiecałem - Czekaj o tej porze - ale u siebie w tymczasowym domu. Znajdę was.
Gdy już mi machała na pożegnanie, nie mogąc się powstrzymać pobiegłem za nią, odwróciłem do siebie i przytuliłem jeszcze raz mocno.
- Trzymaj się mała. Jesteś silna pamiętaj - i  masz dla kogo żyć - pocałowałem ją w czoło i jeszcze przez dłuższy czas stałem w miejscu obserwując jak odchodzi.

środa, 22 lutego 2017

Od Rose

  Kroczyłam ulicą warszawską pewnie w stronę zebrań ruchu. Wiedziałam o nich wszystko, dzięki Antonowi, byłam na bieżąco. Jednak to co planowałam było zbyt ryzykowne, nie mogłam czekać dłużej na działania Michaela. Wobec tego sama postanowiłam spotkać się w cztery oczy z zaufaną osobą, bardziej niż ktokolwiek inny, kto nie odpuści na chwilę tematu Izy.
  Weszłam po schodach, krętych i drewnianych, lekko obskrobanych, najpewniej jakimś tępym nożem. Na górze napotkałam stojącego w oknie niepewnie Janka. Od razu go poznałam. On gdy usłyszał stukot moich czarnych szpilek odwrócił się i spojrzał na mnie w sekundzie. Zaszokowany, z początku nawet mnie nie poznał. Dopiero gdy uśmiechnęłam się szeroko był w stanie mnie rozpoznać. Stał tak w ciszy, obserwując mnie, lustrując od góry do dołu.
-Zośka...? - wykrztusił w końcu.
-Teraz to już Rose. - odparłam.











-Gdzie Ty się podziewałaś?
-Nie ważne. Przyszłam tu dowiedzieć się co z Izą.
-Jest bezpieczna.
-Co to znaczy? Słuchaj, nie możesz nikomu pisnąć, że mnie widziałeś. Miałam się z wami nie widywać... i tak robię za szpiega... Dużo ryzykuję.
-Czym ryzykujesz?
-Mam kogoś kogo nie mogę stracić. Ryzykuję utratą tej osoby. Ale nigdy nie przestałam o was myśleć...
-Czemu nie chcesz do nas wrócić? O tą osobę chodzi? Kim jest? Przecież możesz ją...
-Nie chciałaby was poznać.
  Prędzej zamordować...
-Słuchaj, z Izą wszystko w porządku... dzięki, że w ogóle próbowałaś coś zrobić.
-Ciężko jest sterować wpływami...
-Masz wpływy? - spojrzał na mnie zdziwiony.
-Niezbyt znaczące... ale coś tam mogę zdziałać.
-To kim ty jesteś. - parsknął. - Bratasz się ze szkopami? - powiedział żartobliwie a ja uniknęłam komentarza.
-Muszę iść. Chcę, żebyś wiedział, że gdyby cokolwiek się działo możecie na mnie liczyć. Bartek wie, jak się z nami skontaktować.
-A co z twoim bratem? - spytał gdy odchodziłam.
-Jest ze mną. Bezpieczny.
-Pozdrów go.
  Spojrzałam na niego przez ramię.
  I wyszłam.

  Siedziałam w szpitalu wojskowym który został całkiem niedawno przemianowany z polskiego na niemiecki. Miałam tu wpływ przez to, że ojciec był szanowanym i znanym, przede wszystkim dobrym lekarzem. Widok krwi czy nawet drastyczniejsze widoki nie wpływały na mnie specjalnie. Obojętnie przeszłam przez salę prowadzona przez jedną z pielęgniarek.
-Nie wierzę, że raczyłaś przyjść w końcu, Zosiu. - odparł uśmiechnięty Goldflam.
  Zmienił nazwisko. Wszystko zmienił.
-Przyszłam w prywatnej sprawie. I nie jestem już Zosia, tylko Rose.
  Podałam mu dokumenty na dowód, które swoją drogą były sfałszowane idealnie dzięki sposobom Michaela.
  Uniósł brwi zaskoczony.
  Z uśmiechem schowałam je do torebki.
-Jestem tu by zacząć tu pracę. Wiesz, że nigdy nie miałam zamiaru odpuścić medycyny.
-Ale...
-Brakuje wam lekarzy. Przyznaj.
  Przeczesał sobie swoje gęste, brązowe włosy i spojrzał na mnie zdejmując okulary.
-Mam tu Kamillę, również świetna w dziedzinie medycyny... nie wiem czy...
-Potrzebuję zajęcia. Tylko będę pracować ruchomo. Nie mogę inaczej.
-Dobrze. Wiszę przysługę twojemu ojcu za wiele lat przyjaźni i wiele razy ryzykował dla mnie życie... a Tobie nie odmówię...
-Pozdrów Annę. - uśmiechnęłam się do niego wstając. - Zacznę od jutra, planowo.

  Gdy weszłam do domu było już dosyć późno. Michael siedział na kanapie w towarzystwie Adama. Aż mnie zmroziło, stanęłam w progu i wpatrywałam się w nich jak słup soli. Rozmawiali po niemiecku, a mój brat aż wprowadził mnie w podwójny szok, bo normalnie się dogadywali.
-Odwiesić płaszcz, Rose? - usłyszałam za sobą głos Marty, który wytrząsnął mnie z dziwnego amoku.
-Tak, dziękuję Marto. - weszłam do salonu wpatrując się w nich.
  Adam gdy mnie zobaczył uśmiechnął się, jak gdyby nigdy nic.
  Michael posłał go na górę a ten szybko pobiegł po schodach.
-Jak ty... - zaczęłam zaskoczona nie mogąc wydusić słowa.
-Nic trudnego, mądry pojęty dzieciak. - parsknął.
  Pokręciłam z niedowierzaniem głową.
-Coś ty mu zrobił, że jest taki...
-Nic złego czego spodziewałabyś się po każdym normalnym szkopie.
  Usiadłam za kanapą gdzie on siedział.
-Gdzie byłaś?
-Załatwiałam sprawy.
-Jakie sprawy? - spojrzał na mnie zdziwiony.
-Swoje.
-Ty nie masz swoich spraw.
-Mam. - parsknęłam. - To, że uważasz mnie za swoją własność nie oznacza, że nią jestem naprawdę. I mam swoje sprawy, nie musisz w nie ingerować, o co cię wyjątkowo proszę.
-Ty mnie prosisz?
-Tak. - odparłam szeptem i pocałowałam go.













  Nie mógł wiedzieć, że widziałam dziś Janka pod żadnym pozorem. I na razie o podjęciu mojej pracy też nie mógł wiedzieć. Musiałam zacząć normalnie żyć i taki miałam zamiar, by nadrobić szczęście które mi odebrano. Którego nie czuję od chwili rozbicia rodziny na kawałki... Musiałam wszystko poukładać, a wątpiłam, czy Michael to zrozumie i pozwoli mi na to.


Od Michaela

Stałem przed tłumem kilkudziesięciu wychudzonych, na w pół przytomnych Żydów, którzy lękliwie wbijali wzrok w buty. Czułem pewną satysfakcję przyglądając się im.  Oszuści, złodzieje bogacący się na porządnych obywatelach, skaza w narodzie niemieckim - i nie tylko - którą trzeba całkowicie zniszczyć i wyplenić. Ci tutaj mężczyźni byli w różnym wieku, ale wystarczająco silni by wychodzić poza mury getta i pracować. Przyglądając się im zastanawiałem się czy któryś zna się bliżej z tą Rudnicką. Jeszcze nie zdecydowałem co do niej na 100 % ale byłem prawie pewny w którym miejscu zasili szeregi pracowników.
- Powtarzam wam jeszcze raz żydowskie psy - przemówiłem - Jeszcze jeden taki wyskok jak wczoraj - jeszcze jedna próba ucieczki jednego z was - a kulkę w łeb nie dostanie tylko pięciu z was ale wszyscy - łącznie z ważnymi żonkami i bachorami.
Wymienili między sobą lękliwie spojrzenia, a ja uśmiechnąłem się z zadowoleniem pod nosem.
- Jeśli wszystko jasne, to odmaszerować - rzuciłem a strażnicy bijąc, popychając i szydząc z nich poprowadzili ich do miasta.
- Wiesz co Bruno wkrótce oni sami tam wyzdychają, nie trzeba ich nawet wywozić - parsknął Chris dołączając do mnie w drodze do budynku administracji. On miał swój przydział na Pawiaku, ale też angażował się trochę w pozbycie się tych żydowskich ścierw.
-  Zdziwiłbyś się - odparłem - Dranie mają swoje sposoby. W końcu tyle lat wyciągali z innych podstępem pieniądze. Wyobraź sobie, że teraz wykorzystują swoje bachory do zdobywania jedzenia. Nie zgadniesz jak się nazywają. "Szczury kanałowe" - wybuchnąłem śmiechem.
- Nazwa wyjątkowo trafiona - zawtórował mi Christian i wygłupialiśmy się aż do samej administracji.
- Idź, poczekam na ciebie i wyskoczymy coś zjeść - powiedział zatrzymując się przy drzwiach.
W biurze rzuciłem okiem na rozliczenia i wpisy. Miałem tu zaufanego człowieka, także wiedziałem, że wszystko jest w porządku. Dodatkowo jednak upewniwszy się wyszedłem zadowolony, że liczba Żydów powoli się kurczy.
Z Christianem pojechaliśmy do naszej ulubionej restauracji na Sławkowskiej. Oczywiście nur fur Deutche. Po obsłużeniu przez wyjątkowo nadgorliwą kelnerkę, odprężyłem się jednak czujnie obserwowałem wszystkich wokół.
- Muszę skończyć ten raport dla Fischera - mruknąłem - No i Hahn za niedługo wraca.
- Czyli skończą się luzy.
- Hm w sumie jeśli potrafi się go odpowiednio podejść..
- Ty akurat o to odpowiednie 'podejście' do ludzi nie musisz się martwić - parsknął - Czasem zastanawiam się czy ty masz jakiś szósty zmysł.
- Szósty zmysł mówisz? - uśmiechnąłem się rozbawiony popijając kieliszek całkiem niezłej whisky.
- Nigdy się do nikogo nie myliłeś. Chociaż ostatnio.. no cóż..
Uniosłem brwi wiedząc już do czego dąży.
- No słucham. Zapewne znowu chodzi ci o Rose.
- Rose - parsknął, ale widząc moje imię szybko spoważniał - Rozmawiałem z nią w kasynie i..
- Właśnie widziałem. Cieszę się, że łapiesz z nią dobry kontakt - mrugnąłem do niego.
Popatrzył na mnie jak na wariata.
- Mich powiem wprost. Ta dziewczyna mi się zdecydowanie nie podoba.
- I dobrze - odparłem obojętnie przyglądając się pewnemu oficerowi siedzącego z tyłu - Nie musi ci się podobać. Spójrz, czy to czasem nie Heckman?
Chris odwrócił się dyskretnie i rzucił na niego okiem.
- Taak.. Istotnie on.. Ale Mich posłuchaj..
- Jeśli zamierzasz dalej drążyć temat Zofii to radzę ci zaniechać tego pomysłu - przerwałem mu spokojnie bawiąc się kieliszkiem - Ona jest i będzie przy mnie. Zrobię z niej prawdziwą niemiecką kobietę. Dzieciaka też utemperuję z czasem. A później kto wie, kto wie..
Mina mojego przyjaciela wyrażała w tym momencie tylko jedno - "ty chyba oszalałeś".
- Bruno ty nie mówisz poważnie - wykrztusił w końcu - Wiążesz z nią jakieś poważniejsze plany ?
Wzruszyłem ramionami.
- Nie wiem co przyszłość przyniesie. Ale nie nudzi mi się pod żadnym względem a pod każdym - fascynuje. Nie zamierzam łatwo z niej zrezygnować.
- Czy tobie po prostu nie chodzi o ten 'zakazany owoc'? Że jest Polką, w dodatku z ruchu oporu,  nie możesz z nią być i te sprawy? Słuchaj ja ci dziesiątki takich mogę załatwić, ale błagam nie ona..
- Ale coś ty się jej tak uczepił - uniosłem się lekko poirytowany. Już przestałem się bawić kieliszkiem - Nawet jej dobrze nie znasz.
- Po prostu wiem, że nie ma do ciebie czystych zamiarów. Ona coś knuje. Przy najbliżej okazji wbije ci nóż w plecy i pobiegnie ratować tych brudnych Polaczków..
Przewróciłem oczami.
- Mylisz się bracie. Z łatwością ich się wyparła. Zrozumiała gdzie jest jej właściwie miejsce.
Christian złapał się za głowę.
- Boże Bruno co ta kobieta ci zrobiła..
Zmierzyłem go chłodnym spojrzeniem.
- Możesz mówić co chcesz - i tak zdania nie zmienię. Za 3 dni wyruszam na konferencję do Norwegii. Mam zamiar zabrać ją ze sobą.
- Oo to pięknie się zapowiada. Może od razu podróż przedślubna? Ale wiesz co radziłbym ci wszędzie nosić za sobą dokumenty i zamykać wszystko w sejfie. A w nocy postawić sobie strażnika przy łóżku - no wiesz na wypadek gdyby miała cię zamiar udusić własnymi pończochami - zakończył ironicznie Chris.
Przewróciłem oczami, ale parsknąłem śmiechem.
- Ty to masz wyobraźnie Christian. To tylko parę dni. Będę musiał szybko się uwinąć bo przyjeżdża Liesel.
- Liesel? - wykrztusił i nabrał dziwnego, purpurowego koloru na twarzy.
Przyglądałem mu się z zainteresowaniem gdy usiłował zgrywać pozory obojętności. Ja i tak znałem prawdę - Chris dawno temu podkochiwał się długo w mojej siostrzyczce. Niestety młodej i kapryśnej artystce biedak szybko się znudził i gdy wyjechała na studia do Wiednia 'wielka' miłość musiała się zakończyć. Chris miał powodzenie u kobiet, ale przez dłuższy czas wszystkie odrzucał wiernie na nią czekając. Gdy cierpliwie przeczekał rok, aż do jej przyjazdu na wakacje dowiedział się, że nie wróciła sama - a z kochankiem, zresztą nie pierwszym i nie ostatnim. Biedak załamał się, lecz żeby odegrać się na niej szybko związał się z pierwszą lepszą - Federicą, która wkrótce potem została jego narzeczoną.
Sam nie wiedziałem czy naprawdę coś do niej czuł, ale byłem jednego pewny - Chris nigdy nie przestał czegoś czuć do Liesel i byłem pewny, że gdy ta tylko pojawi się w Warszawie, mogą się podziać różne rzeczy.
- Ma przyjechać w następnym tygodniu - odparłem swobodnie. Widząc męki przyjaciela zmieniłem temat - A jak z Federicą?
Wdzięczny mi zaczął nawijać jak najęty, jak to dobrze im się układa. Słuchałem go, jednak myślami byłem już w domu - przy Zofii. Musiałem jeszcze skoczyć na gestapo i wieczorem powinienem być już w domu.

wtorek, 21 lutego 2017

Od Izy

Było ciężko. Cieszyłam się że babcia jest przy mnie ale wolałabym aby nie była tu, teraz musiałam dbać i o nią i o Tomeczka. Mimo iż młody nie był moją rodziną zbliżyłam się do niego i traktowałam jak młodszego braciszka. To że znaleźliśmy się tu sami, bez rodziny zbliżyło nas do siebie. Nie mogłam go zostawić samego, zdanego na łaske losu.
-Iza jest źle.. Łapanka na szczury jest robiona.
Tomek dołączył to "Dzieci Szczóry". Była to organozacja powstała przez dzieci. Każde z nich było na tyle szczupłe (a raczej wychudzone) że mogło spokojnie przedostać się przez szczeliny w murach dzięki czemu przekazywali informacje. Dostawali za to jedzenie i wodę. Dzięki temu nie musiałam poświęcać swojej racji żywnościowej a można by powiedzieć że to Tomeczek "utrzymywał" naszą trójkę. Byłam z niego dumna.
-Jak to??-wyszeptałam.
Była noc, wszyscy wykończeni spali. Tylko ja z Tonkiem rozmawialiśmy.
-Dowiedzieli się o nas. Musimy teraz bardzo uważać. Obawiam się że przez to będę teraz miej dostawał zlecen i znowu będzie trudno z jedzeniem.
-Spokojnie, bądź ostrożny i dodatkowo się nie narażaj. Ja zadbam o resztę.
Wtulił się we mnie i szybko zasnął a ja zastanawiałam się co zrobić abyśmy z tego wyszli.

***

Pracowałam wykończona w fabryce. Ledwo stałam na nogach. Zmęczenie i brak wystarczającego jedzenia sprawiały że ledwo trzymałam się świadomości i tego co się dzieje. Przez przypadek upuściłam jedną z części a ona w czasie kontaktu z podłogą zniszczyła się.
Niemiec który akurat szedł zobaczył to.
-To ty dziwko Żydowska robisz!-wrzasnął i zamachnął się z całej siły zadając mi cios. Dostałam w twarz i upadłam na podłogę. Trzymałam się jedną ręką obolałego miejsca na twarzy.
-Odparacujesz to!!! Dziś nie dostaniesz jedzenia
Miałam ochotę krzyczeć, płakać, zrobić cokolwiek jednak wiedziałam że to nic nie wskóra a jedyne co się stanie to oberwałabym mocniej.
-Odpowiedz!!!-wrzasnął i kopnął mnie w brzuch.
-Tak jest..-jęknęłam zwijając się z bólu.

***

Wieczorem, późnym wieczorem szłam przez plac ledwo co stawiając kroki. Kiedy otworzyłam drzwi potknęłam się i upadłam. Tomek od razu podbiegł do mnie.
-Iza!!-powiedział przestraszony.
-Jestem po prostu zmęczona..-odparłam podnosząc się przy jego pomocy.
-Co Ci się stało w twarz??-zapytał.
Po tym uderzeniu od niemca zrobił mi się siniak a moja dolna warga była dwa razy większa.
-Nic.
Usiadłam na łóżku obok babci.
Spojrzałam na mnie ze łzami w oczach.
Przytuliłam się do niej delikatnie aby nie urazić obolałych żeber.

***

Następnego dnia także nie było łatwo.
Kiedy wracałam po pracy przez ten sam plac i skręcałam w strone miejsca gdzie "mieszkałam". Ktoś złapał mnie za rękę i zaciągnął w ciemny zaułek.
Chciałam krzyknąź lecz ten ktoś zasłonił mi usta.
-Spokojnie Iza.-wyszeptał.
Nie wiedziałam czy to sen czy po prostu tak było jużze mną źle ale nie mogłam uwierzyć w to kto jest właścicielem tego głosu.
Puścił mnie a ja odwróciłam się do niego twarzą.
Te same znajome oczy patrzyły na mnie z przerażeniem ale i także ulgą.
-Janek??-wyszeptałam.
On obejrzał mnie całą.
-Boże.. Co oni ci tu zrobili...
Co prawda byłam bardzo wychudzona, poobijana ze spuchniętą wargą i siniakiem na twarzy ale teraz byłam szczęśliwa a wszystko to co mnie spotkało odeszło w zapomnienie.
-To nic.. To nic..-wyszeptałam i zrobiłam to na co miałam ochotę.
Przytuliłam się do niego a on odwzajemnił ten gest. Czułam się tak jakby nie chciał mnie już wypuścić.
-Auć..-jękłam kiedy uraził mnie w obolałe żebra.
-Przepraszam-odparł odsuwając mnie na szerokość ramienia.
Spojrzałam na niego. Wszystkie zmartwienia znikły. Nie czułam już bólu ani głodu. Teraz liczyła się ta chwila która miałam nadzieje była prawdziwa a nie jakąś halucynacją czy snem.

poniedziałek, 20 lutego 2017

Od Janka

- Wiesz.. Całkiem nieźle - mruknął Filip po chwili namysłu.
Zadowolony przypatrywałem się swojemu dziełu przez jego ramię.
- Jedyne co do czego bym się doczepił to ta pieczęć. Trochę taka wiesz...
- Hm?
- Wyrazista. Tak to to. Szkopy nie przybijają ich z taką starannością.
Skinąłem głową w zrozumieniu.
- Czyli mniej staranności? - parsknąłem śmiechem bo co jak co ale fach fałszerza dokumentów jej ewidentnie wymagał.
Filip przewrócił oczami.
- Dobra chłopie co ja ci będę mówił. Talent masz i tyle jak się okazuje - nie tylko w dowodzeniu.
- Widzisz mam wiele ukrytych talentów - parsknąłem.
- Boksujesz dalej? - zainteresował się.
Przyjrzałem mu się zaskoczony. Nie znaliśmy się zbyt dobrze przed wojną - ot tak z widzenia. Dlatego zdziwiłem się, że wiedział.
- Stary nie wygłupiaj się - powiedział - Dużo się o tobie słyszało. Byłeś najlepszy w wadze średniej. Raz nawet z kumplem byliśmy na rozgrywkach w których brałeś udział - i wygrałeś.
- Data dokładnie - zainteresowałem się.
- To chyba było 38 w maju.. albo czerwcu... nie pamiętam dokładnie, ale chyba jakoś na przełomie.
Uśmiechnąłem się do wspomnień. Tak, to był dobra walka.
- Nie chciałbyś do tego wrócić? - drążył.
Westchnąłem.
- Ostatnio nie mam czasu.. A poza tym to zakazane.
- Wiesz, zawsze dałoby się zrobić jakiś przekręt - uśmiechnął się znacząco.
- Zobaczymy - uciąłem - Biorę się lepiej do roboty, jeśli mam to skończyć przed wieczorem.
-  W sumie nie muszę już nad tobą czuwać, więc będę leciał.
- Do panny cię niesie? - uśmiechnąłem się lekko.
- Pff jakiej tam panny.  Mam jeszcze parę spraw na mieście i muszę się zgłosić do dowództwa z raportem. Nieźle sobie radzisz Czarny. Pamiętaj - jak zrobisz te 5 przepustek, 10 nowych dokumentów i te 2 paszporty to ta szósta jest twoja.
Szczęśliwy po jego wyjściu zabrałem się do pracy od razu. Z tą przepustką mogłem wejść do getta i odnaleźć Izę z babcią. Nie chciałem czekać i zobaczyć ją dopiero gdy Zośce uda się ją wyciągnąć dzięki kontaktom. Swoją drogą zastanawiałem się co z nią i Adasiem. Musiało to być dla nich potworne piekło, ale Bartek kumpel Kamila który całkiem nieźle udawał szwaba stwierdził, że nie wiedzie im się najgorzej. Zośka umiała sobie nieźle poradzić - uśmiechnąłem się pod nosem.
Gdy kończyłem drugi paszport do drzwi ktoś cicho zapukał i po chwili zasłaniająca moją skrytkę szafa z zegarami przesunęła się, a do środka wszedł pan Sobieszyński - właściciel lokalu współpracujący z ruchem.
- No i jak tam Januś kończysz powoli?
- Tak jest proszę pana. Jeszcze 10 minutek i będę się zbierał.
- Dobrze Januś nie popędzam cię, ale wiesz zaraz godzina policyjna i no ten..
- Oczywiście panie Stasiu ja wszystko rozumiem.
Zegarmistrz stał przez chwilę w progu i westchnął.
- Takie dobre z was chłopaki.. Na co ta wojna komu potrzebna na co... - odszedł mrucząc pod nosem.
Gdy w końcu uporałem się z tym paszportem z radości pocałowałem swoje dzieło i ostrożnie wszystko pochowałem do teczki, którą jutro miałem przekazać Hance. Moją przepustkę - moją nadzieję schowałem za koszulę. Gdy wychodziłem zrobiło mi się cieplej na sercu. Dzięki niej już za parę dni mogłem zobaczyć Izę, a to było na ten moment najważniejsze.

niedziela, 19 lutego 2017

Od Rose

  Zaskoczona szybko poszłam na górę do pokoju. Dotknęłam palcami ust, wpatrując się ślepo w jeden punkt nie zauważywszy brata który obserwował mnie uważnie.
-Coś się stało? - spytał nagle.
  Zamrugałam oczami nerwowo i spojrzałam na niego szybko. Wyprostowałam się i podeszłam do niego.
-Nie, a co...? - roztargniona odwróciłam wzrok od brata.
-Bo wyglądasz... dziwnie.
-To nic. Słuchaj, zostaniesz dziś z Martą.
-Kto to?
-To gosposia dla której masz być wyjątkowo miły, dobra?
  Kiwnął głową powoli, niepewnie wlepiając we mnie swoje wielkie, niebieskie oczy.
  Cała mama.
  Sprawiało mi to ból. Gdy patrzyłam na niego i widziałam w oczach ją. Nie był podobny wcale do ojca. Jedyne co po nim miał to jaśniutkie, blond włosy które tata miał w jego wieku.
-Od jutra zacznę uczyć cię niemieckiego. I nie ma sprzeciwu, dobrze?
-Nie chcę się uczyć tego języka. Czemu tak ma być? Przecież to język morderców...
  Spuściłam wzrok.
-Musisz. Wiem, że to ciężkie dla ciebie...
-Widziałem, jak ich odstrzeliwują. Myślisz, że chcę mówić tak jak oni? Ten tutaj jest taki sam. Nie zapominaj, że to szkop.
-Aleś ty przemądrzały. - westchnęłam.
-Wiesz to. Że to są mordercy. A mimo to jesteśmy w ich domu.
  Dojrzał przez wojnę. Przez czas gdy nie bywałam w domu on rozumiał coraz więcej z dnia na dzień. Stał się naprawdę inteligentnym chłopcem, nie będę miała łatwo w tym, żeby wychować go odpowiednio. Musiałam sobie dać z nim radę, inaczej Michael będzie musiał to zrobić. A nie miałam zamiaru pozwalać mu na to. Jedyną osobą która może go wychować jestem ja.
-A gdzie wychodzisz dzisiaj? - zmienił temat widząc, jak stałam przebrana w jedną z sukienek.
-Z Michaelem.
-Po co ubrałaś się tak ładnie? Dla niego?
-Nie. - odparłam szybko. - Idziemy na ważne spotkanie i muszę wyglądać dobrze. - mrugnęłam do niego.
  Nie zaakceptuje tego, że w jakikolwiek sposób dałam się ponieść... pozwoliłam by on mnie pocałował, a żebym ja odwzajemniła pocałunek. Było to kompletnie nie na miejscu i nawet nie powinnam była zgadzać się na wyjście tego wieczoru.
-A kiedy wrócisz?
  Odwróciłam się do niego rozpuszczając włosy.
-Pewnie późno. Będziesz już dawno spać.
-Czyli teraz można nam wychodzić? Nie ma dla nas godziny policyjnej?
  Zaśmiałam się.
-Dla ciebie jest, i Marta położy cię spać. - odparłam. - A jeśli zachowałeś się nieodpowiednio co do niej inaczej będziemy rozmawiać.
  Oburzony spojrzał na mnie.
-Czemu miałbym się tak zachować...
-Bo cię znam. Jesteś diabełkiem w ciele anioła. - poczochrałam mu włosy. - Masz być grzeczny, jasne?
-Yhm. - mruknął.
  Sięgnęłam na półkę z książkami i znalazłam coś co mógłby przeczytać do godziny, gdy będzie się kładł spać.
-Co to? - spytał zaciekawiony.
  Lubił czytać, jednak tylko po polsku.
-Przeczytasz tyle ile zdołasz, potem sprawdzę.
-Ale ja nie umiem... tego języka.
-Spokojnie. Powiesz dokąd przeczytałeś a jutro rano gdy tylko wstaniesz będziemy to przerabiać. Wytłumaczymy razem słówka i dojdziemy do wszystkiego.
-Nie rozumiem tylko, czemu się tak zmieniłaś... Nigdy wcześniej byś nawet nie spojrzała na szkopa tak jak patrzysz na tamtego. I czemu każesz mi się uczyć tego języka. I czemu musimy tu być.
-Jesteś za mały by to zrozumieć. - odparłam lekko podirytowana.
-Gdzie Iza? Wszystkich usunęłaś z życia?
-Adam, dość tego. - warknęłam. - Masz przeczytać to co Ci podałam. Marta będzie tu zaglądać co jakiś czas a potem masz iść spać. Nie czekaj na mnie.
  Wyszłam trzaskając drzwiami.
  Spotkałam na korytarzu Martę.
-Mogłabyś przypilnować go by położył się spać o 20? No i ma czytać jedną ze książek, zajrzałabyś raz czy dwa sprawdzić czy czyta? Potem powiedziałabyś mi, czy zrobił to co zaleciłam i jeśli odezwie się do ciebie źle masz mi o tym powiedzieć.
-Oczywiście, Rose.
  Uśmiechnęła się do mnie promiennie.
-Wychodzę z Michaelem i proszę, byś mu nie ulegała w żaden sposób. Jest bardzo kłopotliwy, czasem chce koniecznie dostać to co zabronione. Jeśli nagnie zasady też prosiłabym, byś mnie o tym poinformowała zaraz gdy wrócę.
  Kiwnęła głową.
-Michael czeka na dole?
-Jeszcze nie wyszedł z pokoju...
-Dobrze, to poczekam przy samochodzie. - wzruszyłam ramionami.
  Stałam przed domem czekając na niego zaledwie parę minut.
-Szybko się przygotowałaś. - odparł zaskoczony.
  Zaśmiałam się.
-Ale jednak wydaje mi się, że jesteś zła... - przyjrzał mi się podchodząc bliżej.
  Wydawało mi się, że chciał mnie pocałować.
  Z lekkim uśmiechem spojrzałam mu w oczy i powoli odsunęłam się w stronę drzwi auta.
-Jedźmy już.
  Uśmiechnął się lekko i wsiadł zaraz za mną.
-Co się dzieje? - spytał nagle.
  Spojrzałam na niego gdy ruszyliśmy.
-Adam.
-Nie radzisz sobie z nim? Mogę...
-Nie. - wyprzedziłam go. - Zajmę się nim, dam radę. Chodzi o to... że nie akceptuje i nie rozumie mojego zachowania.
-Jakiego zachowania?
-Mojej zmiany.
-To tylko wizualna zmiana...
-Nie. Chodzi tu o dość wyraźną zmianę nie tylko wizualną. Mój język... mój tok myślenia... wszystko uległo zmianie.
-To źle?
-Nie widuję przyjaciół. Spójrz... ja spoczywam na laurach bez powodu, a oni... z dnia na dzień giną.
-Z Izą zrobię co będę mógł. - odparł łagodnie. - Aczkolwiek wiesz, że nie możesz widywać się z tymi z ruchu...
-Wiem... ale to boli. Nie chcę by ginęli. A Iza? Jeśli w porę nie zareagujesz...
-Jej babcia tez tam trafiła.
  Zamarłam i spojrzałam na niego.
  Był spokojny, dla niego to nic nowego. Jednak dla mnie to prawie że koniec świata.
-Co takiego?
-Będzie traktowana lżej. Bez bicia. Bez jakichkolwiek krzywd.
  Westchnęłam i zakryłam sobie twarz dłońmi.
-Obiecaj mi to. - szepnęłam.
-Obiecuję. - odparł spokojnie, pewny siebie.

  Gdy dotarliśmy do kasyna zjawił się wuj Michaela. Gdy kroczył w naszą stronę,z uśmiechem wymalowanym na twarzy Mich nachylił się do mnie z lekkim uśmiechem i szepnął.
-Nie bądź wredna.
  Poważna, nawet na niego nie spojrzałam.
-Pomyślę nad tym.
-Ładne perfumy. - skomentował.
-Znów widzę cię w jej towarzystwie. - odezwał się jego wujek patrząc na mnie.
  Wymusiłam uśmiech tak nieszczery, że od razu było widać, że coś jest nie tak. Jednak szybko musiałam dać to na poprawkę.
-Zaskakujesz mnie. - dodał.
  Znów zjawił się obok nas ktoś nowy. Nawet na niego nie spojrzałam, wlepiałam nienawistnie wzrok w jedną konkretną osobę. Nigdy nie będę wstanie go polubić. Za to co mi zrobił.
-Christian! Trochę się spóźniłeś. - zaśmiał się Michael.
  Spojrzałam na owego Christiana. Przyjrzał mi się dokładniej, tak jak ja jemu. Nie ukrywałam niczego, miałam wrażenie, że wie kim jestem. Jednak przyznaję, że chyba lekko zaskoczył go mój widok. I tu muszę być z siebie zadowolona - z każdą kolejną wizytą w kasynie z Michaelem wyglądam coraz lepiej i olśniewająco.
  Od chwili gdy przybrałam zupełnie inną siebie jestem pewniejsza. Jestem zadowolona z tego jak się zmieniłam. Otoczenie tak na mnie zadziałało jak i obecna sytuacja. Utrata Izy i przyjaciół jest dla mnie tak ważna, że musiałam stać się nieco twardsza i nie do zgięcia.
  Dlatego nie uciekałam wzrokiem gdy ktoś patrzył na mnie jak na kogoś kto uniknął wyroku śmierci.
  Nagle uśmiechnęłam się lekko do Christiana kiwając głową.
  Nie spodziewał się, że w ogóle się z nim przywitam. Jako tako, ale jednak. Wzbudziłam zainteresowanie gdy przyszłam tu pierwszy raz, teraz wzbudzam jeszcze większe.
  Tak naprawdę nikt nie wiedział skąd wzięła się taka Rose u boku Michaela z dnia na dzień. Oprócz Christiana. Byłam pewna, że wie.
  Gdy podeszłam do barku napić się czegoś mocniejszego zjawił się on. Tak jak podejrzewałam, będzie chciał ze mną mówić.
  Gdy barman nalał mi jednego z mocniejszych trunków spojrzałam na Christiana z lekkim uśmiechem.
-Słucham.
-Jakie ty masz zamiary, co? - spytał spokojnie.
-Czy wy wszyscy jesteście tak opanowani? - uniosłam brwi popijając drinka. -Wiem, że masz pojęcie kim jestem i skąd się wzięłam. A więc co chciałbyś o mnie wiedzieć? Nie mam żadnych zamiarów co do Michaela, nie skrzywdzę go w żaden sposób. Nie jestem szpiegiem, jeśli o to ci chodzi. Ważne jest dla mnie bezpieczeństwo bliskich.
-On wie o tym?
-Oczywiście. - odparłam obojętnie. - Nie ukrywam przed nim nic.
-Na pewno coś ukrywasz.
-Czym chcesz wskórać tą rozmową, Christianie?
-Skręca mnie, gdy widzę jak polka taka jak ty jest tak spokojna wśród nas.
-Coś ci powiem, Chris. - zbliżyłam się do niego i spojrzałam prosto w oczy. - Nie jesteście lepsi od nas w niczym. Jedynie w mordowaniu bez mrugnięcia okiem... tu jest co wam oddawać. Jednak zapłacicie za to co nam robicie. I lepiej dla ciebie, byś nie obrażał polaków w mojej obecności.
-Grozisz mi? - parsknął.
-Mogę ukartować zawsze wszystko tak, byś ty był winny, nie ja. I wtedy będziesz musiał się rozliczać nie ze mną, a z Michaelem.
-Jaki ty masz tupet. - roześmiał się.
-Może i mam. Ale przynajmniej wiem, czego chcę. I nikt mi w tym nie przeszkodzi.
-A czego ty chcesz właściwie, co?
  Uśmiechnęłam się i odsunęłam od niego. Wzięłam drinka i odeszłam w stronę Michaela siedzącego wygodnie w fotelu. Dyskutowali o czymś, więc pewnie stanęłam za miejscem które zajmował Mich i nachyliłam się powoli do niego. Moje dłonie powędrowały na jego klatkę piersiową, zbliżyłam usta do jego ucha i wyszeptałam.
-Mam nadzieję, że nie przeszkadzam.
  On tylko się uśmiechnął, cała reszta siedząca przed nami o czymś dyskutowała zawzięcie. Christian usiadł naprzeciwko, obserwując mnie uważnie. Spojrzałam na niego z lekkim uśmiechem.
  Wiedział już, czego chce. Przynajmniej powinien się domyślić. I że łatwo nie odpuszczę.
-Niedługo musimy iść. - znów wyszeptałam do Michaela.
-Ja ustalam kiedy idziemy. - odparł rozbawiony.
  Musnęłam jego ucho wargami.
-Lubię, kiedy jesteś taki stanowczy.
  Zanim zdążył cokolwiek powiedzieć wyprostowałam się i ostatni raz jeszcze zerknęłam na Chrisa. Zamyślony wlepiał we mnie wzrok, a ja zgrabnie oddaliłam się od nich.
  Rozejrzałam się po całym kasynie szukając w nim Antona. Musiał tu być, a przynajmniej mógł. Nie miałam okazji być tu często a mogłam przekazać mu informację o Izie.
  Dopiero gdy wracałam na swoje miejsce ujrzałam go. Wychodził z jednego z pomieszczeń, czuć było od niego papierosy. Rozejrzałam się uważnie czy nikt nie podsłuchuje.
  Kiwnęłam głową z lekkim uśmiechem, a on rozpromieniał.
  Znał Izę, Kamil był jego najlepszym przyjacielem, Kuba to samo. Byli dla niego ważni, jednak dziwiłam się, że tak się chłopak ustawił. Byłam pod wrażeniem. Jednak sobie też mogłam zazdrościć sytuacji.
-Czyli... - powiedział bezgłośnie.
 -Przekaż przy okazji ruchowi, że będzie cała i zdrowa. Niech dadzą mi działać. - szepnęłam mu cicho na ucho.
  Jak gdyby nigdy nic minął mnie i podszedł do baru zamawiając coś. Ja wyszłam zza rogu powoli krocząc w stronę Michaela.


  Gdy weszliśmy do domu miałam ochotę sprawdzić jak się zachowywał Adam. Nastawiałam się na najgorsze, ten mały diabełek mógł w każdej chwili wybuchnąć niczym bomba.
  Skierowałam się do schodów zaraz po odwieszeniu płaszcza. Michael złapał mnie za nadgarstek i odwrócił mnie do siebie.
-Czyżbym źle się zachowywała? - spytałam niewinnie.
-W miarę. - skinął głową z uśmiechem.
  Gdy chciał się pochylić by mnie pocałować odsunęłam się od niego.
-Dobranoc. - odparłam.
  Stał tak chwilę gdy ja oddalałam się w stronę sypialni. Zadowolona z siebie aż westchnęłam głośno gdy stałam już za zamkniętymi drzwiami w pokoju. Adam spał, więc postanowiłam jutro dowiedzieć się czy zrobił wszystko co mu kazałam.




  Dopiero rano zeszłam na dół zupełnie odświeżona i zadowolona z wczorajszego wieczoru. Tak stanowczej mnie jeszcze nie znałam i podobała mi się z dnia na dzień. Cała ja zaczęła mi się podobać, moja zmiana poszła mi na lepsze. Mogłam teraz bez strachu walczyć o to co mi drogie. O Izę... musiałam ją odzyskać. Jej babcię również. I nie odpuszczę choćbym miała dostać milion ciosów w twarz. Musiały być bezpieczne... nawet bardziej niż ja.
  Michael już dawno wyszedł, więc gdy tylko zobaczyłam Martę krzątającą się po kuchni podeszłam do niej powoli.
-Dzień dobry. - uśmiechnęłam się.
-Oh, dzień dobry Rose.
-Jak Adam? Spisał się?
-Trochę marudził. I wypytywał...
-O co wypytywał? - spytałam mrużąc oczy podejrzliwie.
-O Pana Michaela. Jakby chciał wszystko wiedzieć.
-Co mu powiedziałaś?
-Nic. - odparła szybko.
-Dobrze... coś jeszcze, Marto?
-Gdy przebrnął przez pierwszą kartkę książki krzyczał na mnie.
-Co krzyczał? - spytałam całkiem poważna.
-Że nie będzie się uczyć szczekać. I wyzywał, że nie zmieni się w coś takiego czym ty się stałaś... cytuję, oczywiście...
-Dobrze, dziękuję Marto. I przepraszam za jego humory.
  Położyłam jej dłoń na ramieniu z uśmiechem.
-Miałaś racje.
-Z czym?
-To prawdziwy diabeł wcielony.
  Zaśmiałam się.
-Jeszcze go nie widziałaś w prawdziwej akcji.

  Poszłam na górę, powoli otwierając drzwi przekraczając próg. Adam spojrzał na mnie jakby bez wyrzutów i normalnie, jak gdyby nigdy nic spytał.
-Jak było?
-Dobrze. - zacisnęłam zęby. - Jak czytanie poszło?
-Nie przeczytałem.
-Dlaczego?
-Nie będę tego czytać. To język zabójców rodziców.
-Nie dajesz mi wyboru, Adam... - westchnęłam zirytowana.
-Ale nie mogę uczyć się tego języka! Nie rozumiesz?! Rodzice by cię chyba w łeb palnęli, gdyby wiedzieli co wyprawiasz!
-Nie rozumiesz tego, Adam. Rozumiesz wszystko co chcesz, co odpowiada tobie...
-Nie! Masz przestać być taka! Przestać myśleć, że ten szkop jest dobry!
-Adam dość! - krzyknęłam zła. - Będę musiała zrobić to, czego nie chciałam wcale robić.
-Co znowu!? No co!?
-Poślę cię do niemieckiej szkoły. Gdzie chodzą dzieci z niemieckich rodzin, z prowincji. Nauczysz się wśród nich języka, będziesz miał motywację by się wziąć w garść.
-Nie możesz mi tego zrobić!
-To najlżejsza kara, jaką mogłam dla ciebie wymyślić. Michael nie będzie taki łaskawy jeśli zachowasz się podobnie w stosunku do mnie w jego obecności. Masz się słuchać. W najgorszym razie to on będzie cię musiał wychować a nie mogę na to pozwolić, rozumiesz? Robię co mogę... - kucnęłam przy nim. -... by wychować cię w miłości... bezpiecznie tutaj... ale musisz też wziąć pewne rzeczy pod uwagę... jesteś inteligentny i mnie też nie odpowiadało bycie tutaj...
-Ale lubisz go. Tego szkopa.
-Lubię. I nie każę ci traktować jak ojca czy kogoś bliskiego, ale okaż mu szacunek który mu się naprawdę należy.
-Nie boisz się go?
-Nie... czasem.. ale wiem, że mnie nie skrzywdzi.
-To co zrobimy? - spytał zrezygnowany.
-Najpierw weźmiemy się za naukę języka, co? - spytałam już spokojniejsza.
-Ale nie poślesz mnie do szkoły niemieckiej...?
  Westchnęłam ciężko.
-Przemyślę to, dobra? Na razie masz chodzić jak w zegarku. Jeśli znów potraktujesz tak moje polecenie i uwagę Marty to Michael wymyśli karę, dobrze?
  Zauważyłam strach na jego twarzy. Kiwnął głową i wlepił wzrok w książkę.

Od Izy

Dni mijały jeden po drugim. Zlewały się w jeden. Jesnak nie było tu dobrze. Codzienna walka o jedzenie którego tu nie było wystarczająco. Każdy dostawał swoje racje żywnościowe które były minimalne, zapewniały tylko tyle że za szybko nie umrzemy i jeszcze troche będziemy żyć.
Miałam pod opiekom Tomeczka, nie musiałam tego robić jednak wiedziałam że muszę. Miałam za dobre serce aby nie troszczyć się o niego. Tak więc oddawałam mu sporą dawke swojej minimalnej dziennej porcji chleba i wody.
Cieszyłam się widząc że je, co prawda to nadal było dla niego mało ale zawsze coś.
Przez te dwa tygodnie kiedy tu jestem stałam się cieniem dawnaj siebie. Straciłam swoje kobiece krztałty na rzecz wystających kości. Zawsze byłam szczupła, teraz po prostu jestem wychudzona. Jak każdy tu.
Rano kiedy szłam do pracy zobaczyłam że przyjechał nowy transport. Ze smutniem patrzyłam na tych wszystkich ludzi którzy jeszcze nie wiedzieli co ich czeka.
Nagle, wśród tego tłumu zobaczyłam babcię.
Zerce mi zamarło.
-Nie-wyszeptałam..
Nie mogłam do niej podbiec. Pilnowali mnie Niemcy.
-Babciu!!!-krzyknęłam jednak.
Ona mnie zobaczyła. Widziałam łzy w jej oczach i radość że mnie widzi.

***

Cały dzień pracowałam jak na szpilkach. Kiedy wieczorem byłam "wolna" od razu ruszyłam na poszukiwania babci.
Znalazłam ją.
Od razu wpadłam jej w ramiona.
-Babciu..-popłakałam się.
-Skarbie-westchnęła poczym spojrzała na mnie-Co oni ci tu zrobili..
-Jest dobrze..-westchnęłam ocierając łzy.-Jest dobrze..
Znowu wpadłam jej w ramiona.
-Dlaczego tu jesteś? Przecież ty nie jesteś nawet w najmniejszej części żydówką..
-Wiem, ale dobrze że jestem przy tobie.
Nie rozumiałam tego. Przecież to mój ojciec był żydem, moja mama nie, a to ona była córką babci. Tak więc co tu babcia robi??? Dziadek nie był żydem, więc ona nie mogła tu trafić ze względu że poślubiła żyda tak jak moja mama. Co Niemcy chcieli wskórać tym że ją tu umieścili???

***

Mieszkałyśmy w jednym pomieszczeniu. Ja, Tomek i Babcia. Babcia od razu przygarnęła Tomka jak swojego wnuka.
Wiedziałam że od teraz muszęd bać o nich oboje. Nie mogę dopuścić do tego że im coś się stanie czy będą głodować. Jestem w stanie oddać im całą moją porcję jedzenia aby tylko żyli. Jestem w stanie oddać z nich życie.

(sorki ze tyle tylko ale Szefowa jest w sklepie i za bardzo nie moge siedzec na tel)

Od Michaela

  Wyrwany z zamyślenia spojrzałem na Zofię vel Rose i uśmiechnąłem się pod nosem.
- Zawsze byłaś taka pewna siebie? - spytałem rozbawiony - Siadaj.
- Zawsze wszystkim wydajesz rozkazy? - odbiła piłeczkę siadając.
- Hm.. - udałem, że się zastanawiam - Tak. Prawie zawsze.
- Ale swoim przełożonym chyba nie?
- W gestapo jedyną osobą nade mną jest chwilio nieobecny SS-Standantenfuher Ludwig Hahn i zastępujący go teraz SS-  Oberstrumbannfuher Albert Heydrich, ale..
- A wujaszek - przerwała mi - Wszystko u niego w porządku? - spytała ironicznie.
- Ale za niedługo awansuję na Strumbannfuhrera czyli po waszemu na Majora i będzie mnie dzielił jeden stopień do wuja - dokończyłem zadowolony.
- Czyli musisz być wyjątkowo z d o l n y, że tak cię awansują.
- Sugerujesz coś? - spytałem rozbawiony obserwując jak popija wino.
-  Hm.. Nie - odparła lekko - Ale to znaczy, że wtedy będziesz miał większe wpływy...
- Do czego zmierzasz?
- Pomyślałam, że wtedy mógłbyś coś zmienić w sprawie.. no wiesz - utknęła.
- Myślałem, że dałaś już sobie spokój z Rudnicką - parsknąłem.
Spiorunowała mnie wzrokiem.
- A niby dlaczego miałabym 'dać sobie spokój'?
- Nic o niej nie wspominałaś.
- Pogodziłam się już częściowo z tym, że od ciebie na pomoc nie mogę liczyć.
- A kto tak powiedział? - spytałem rozbawiony i mrugnąłem do niej popijając wino.
Zaskoczona wpatrywała się we mnie przez dłuższą chwile.
- To znaczy, że.. Mógłbyś coś zrobić w jej sprawie tak..? - spytała ostrożnie.
Roześmiałem się.
- Oj Zosiu ty wszystko chciałabyś od razu.
- Zosiu? - parsknęła, ale nie drążyła dalej tematu - No ale jednak mógłbyś.. coś nie wiem.. zmienić?
- Może mógłbym - odparłem po chwili - No ale co dostanę w zamian..? - droczyłem się z nią.
- Wszystko - powiedziała pewnie. Niespodziewanie odłożyła kieliszek i przebiegając dzielącą nas odległość usiadła mi szczęśliwa na kolanach.
Zaskoczony wpatrywałem się w nią przez dłuższą chwilę, ale w końcu uśmiechnąłem się lekko.
- Wszystko? A gdybyś miała.. definitywnie zerwać wszystkie kontakty z nimi? Gdyby Zofia Nowacka miała już naprawdę dla nich umrzeć?
Lekko pobladła i przygryzła wargę.
- Zrobię to - szepnęła - Ale chce zostawić przy sobie brata.
Skinąłem głową ze zrozumieniem.
- Tak, oczywiście. Może uda nam się jeszcze z niego zrobić porządnego człowieka. Jest jeszcze dosyć młody, germanizacja na dzieciach udaje się najlepiej.
- Nie.. - Zofia zamarła - Nie możesz mu tego zrobić, proszę Bruno..
Poprawiłem jej kosmyk ciemnych włosów, który opadł na twarz i westchnąłem.
- To konieczne - przemawiałem do niej łagodnie - Jeśli chcesz żeby przeżył m u s i nauczyć się niemieckiego i być wychowywanym jako niemieckie dziecko.
- Ale on tego nie zniesie.. - jęknęła.
Zacisnąłem usta.
- Zastanowię się jeszcze nad jego sprawą - mruknąłem po chwili - I może uda mi się pomóc twojej p r z y j a c i ó ł c e.
- Wyciągniesz ją stamtąd? - spytała z nadzieją.
- Na razie przeniosę ją do lżejszych prac i zakaże bicia. Będzie miała dostarczane w miarę porządne racje żywieniowe. Nie umrze - zapewniłem ją, rozmyślając o tych 'lżejszych pracach'. Wczoraj na zebraniu przedstawiono nowy pomysł. Postanowili zrobić burdel dla tych żydowskich suk dla co ważniejszych żydowskich urzędników i policjantów, którzy pomagali nam pilnować porządku. Skorzystać również mogli polscy policjanci, którzy nam podlegali -  i nasi, aczkolwiek Aryjczykom zakazane były kontakty seksualne z Żydówkami, dlatego musieli zaprzestać na 'patrzeniu'. Projekt oficjalnie miał na celu dostarczenie rozrywki zasłużonym i oddanym nam ludziom, ale tak naprawdę miało to jeszcze bardziej upokorzyć Żydów.
Wprowadzaliśmy coraz bardziej rygorystyczne zasady w gettcie, dlatego podejrzewałem, że na razie może być to ratunek dla Rudnickiej. Ale musiałem to jeszcze przemyśleć.
- Bruno jesteś...niezwykły! - rzuciła, a ja parsknąłem śmiechem.
- To już nie samolub? Nie świnia?
Przewróciła oczami.
- Rose doceń to, że jestem dla ciebie dobry. Nie chce wracać do sytuacji sprzed paru dni. Wiesz, że mogłabyś skończyć o wiele gorzej, razem z bratem.
- Wiem - szepnęła - Ale jesteś strasznie nieprzewidywalny. Co chwile zmienia ci się humor, ja po prostu czasem..
- Boisz się? - wszedłem jej miękko w zdanie.
- Kto by się nie bał w tych czasach - mruknęła zrezygnowana.
- Nie bój się - powiedziałem cicho i chwyciłem ją pewnym ruchem za podbródek. Zamarła, a ja zrobiłem to na co miałem ochotę od dawna - pocałowałem ją.
Z początku zaskoczona nie oddawała mi pocałunku, ale po chwili jej wargi poddały się moim. Przycisnąłem ją mocniej do siebie. Gdy przygryzła mi dolną wargę, uśmiechnąłem się rozbawiony i odsunąłem się.
Wstając z fotela wziąłem ją na ręce i postawiłem na podłogę. Kompletnie oszołomiona tym co się przed chwilą stała patrzyła na mnie z rozchylonymi ustami. Parsknąłem śmiechem i ruszyłem w stronę piętra.
- Później wychodzimy do kasyna, więc przygotuj się. Masz dziś wyglądać - i zachowywać się bez zarzutu - rzuciłem i wyszedłem po schodach uśmiechając się pod nosem.

sobota, 18 lutego 2017

Od Janka

Piłem od paru dni. Z początku w domu, ale siostrzyczka zorientowawszy się co się dzieje, doniosła rodzicom i próbowali mi zrobić pogadankę. W końcu nie dałem rady już znosić moralnych pogadanek ojca i lamentu matki, więc zrobiłem coś czego nie zrobiłem nigdy do tej pory - zwyczajnie uciekłem od problemów. Znalazłem sobie niezłą kryjówkę parę ulic dalej w małej piwniczce w której mogłem się zatrzymać dzięki dobrej gadce i przekupieniu dozorcy. Zawsze byłem silny i wytrzymały psychicznie na różne sytuacje, dlatego siedząc już 3 dzień na w pół złamanym łóżku czułem do siebie pogardę. Chciałem wziąć się w garść - ale nie umiałem. Nie miałem już co się oszukiwać i Zosia i jej brat i Iza - a podczas ostatniej akcji Grzesiek przez moją nieuwagę - zginęli z mojej winy.  Nie chciałem prowadzić dłużej poszukiwań, ani organizować samemu z siebie akcji odbicia - wszystko i tak kończyło się jedną wielką klapą. Kwapisz miał rację.
Dlatego postanowiłem zrezygnować z dowódca i zaszyć się w tej ciemnej piwnicy na długo.
A może akurat miałbym odrobinę szczęścia, żeby ją zbombardowali.
Parsknąłem śmiechem i wziąłem kolejny łyk, obserwując kota, który przekradł się przez szczelinę w drzwiach i teraz się do mnie łasił. Był - a raczej była - moją jedyną sąsiadką, ale nie miałem się co oszukiwać - przychodziła tu nie bynajmniej z sympatii, a z głodu.
- No co piękna - mruknąłem głaszcząc ją za uchem - Zjadłabyś coś nie?
Kotka wlepiła we mnie duże zielone oczy mrucząc jakby potakująco.
- To masz - odparłem wyciągając z plecaka konserwę i położyłem obok niej.
Zamroczony przez alkohol wybuchnąłem śmiechem.
- No co? Nie umiesz sobie otworzyć? No dobrze. Ja ci otworze - mruknąłem i pochyliłem się nad nią, ale tak niefortunnie że zachwiałem się i upadłem rozcinając sobie na czymś ramie. Nie zwróciłem najmniejszej uwagi na ból. Zmorzył mnie sen i nawet nie wiem kiedy zasnąłem.
 Obudził mnie dziwny hałas. Otworzyłem oczy i zamrugałem parę razy zdezorientowany, bo wokół otaczały mnie grobowe ciemności. Przypomniawszy sobie gdzie jestem podźwignąłem się na łokciu i jęknąłem. Do rwącego bólu w ramieniu doszedł jeszcze ból głowy. Opadłbym z powrotem na podłogę, gdyby nie coraz natarczywsze pukanie do drzwi. Otrząsając się z alkoholowego otępienia, z wyćwiczonym przez lata refleksem poderwałem się bez zachwiania i z jednym ruchem wyjąłem pistolet ze skrytki i przyczaiłem się obok drzwi.
Podejrzewałem, że to dozorca, ale niczego nie mogłem wykluczyć.
- Kto tam? - spytałem mocnym głosem po dłuższej chwili.
- Ksiądz przyszedł po kolędzie - usłyszałem tak dobrze znany mi głos, a gdzieś dalej ciche parsknięcie śmiechem.
Zdezorientowany stałem przed dłuższą  chwilę nie wiedząc co zrobić.
- Długo mamy czekać? - odezwał się znowu - Wiesz, mały przeciąg jest..
Powoli otworzyłem drzwi i opuściłem pistolet wpatrując się zaskoczony w stojące naprzeciwko mnie osoby.
Zanim zdążyłem zareagować ktoś na mnie wpadł obejmując, oklepując, bijąc po głowie, rzucając słowa ulgi, wściekłości i rozbawienia. Po paru minutach gdy zapaliłem małą lampkę naftową ujrzałem przed sobą trzy twarze - Miśka, Bronka i Kamila.
- Jak mnie tu znaleźliście? - wykrztusiłem w końcu zwracając się do Bronka.
Z początku nie odpowiadał wpatrując się z zaciśniętymi ustami w stos pustych butelek po wódce i ogarniając spojrzeniem mój tymczasowy 'lokal'.
- Nie ty teraz będziesz zadawał pytania - burknął w końcu - Co ty sobie wyobrażasz do cholery?! - wybuchnął w końcu - Tyle lat cie znam i nigdy nie przypuszczałem, że odwalisz coś takiego. Zawsze miałeś najtwardszą dupę z nas wszystkich - jesteś naszym dowódcą, a tak sobie po prostu znikasz z dnia na dzień nic nikomu nie mówiąc i zaszywasz się się w jakieś dziurze staczając się jak alkoholik!
- Bronek - przerwał  Michał kładąc mu rękę na ramieniu i ukrywając rozbawienie - Uspokój się widzisz w jakim chłopak jest w stanie.
- Ta uspokój się - burknął. Nie łatwo go było wyprowadzić z równowagi, ale jeśli się zdenerwował - to było ciężko - A kto jeszcze parę godzin temu panikował, że Janek już pewnie leży trzy metry pod ziemią?!
Kamil który do tej pory niewiele się odzywał zerknął za siebie i mruknął.
- Pospieszmy się. Filip stoi na czatach, ale jest już po godzinie policyjnej..
- No właśnie - dodał szybko Michał patrząc na wciąż wściekłego Bronka - Janek zbieraj manatki i wynosimy się stąd.
Patrzyli na mnie w wyczekiwaniu jednak ja nie ruszyłem się. Zwiesiłem głowę, popatrzyłem na pistolet i mruknąłem po dłuższej chwili.
- Ja tu zostaję..
Zapadła cisza.
- Jak to 'zostajesz'? - wykrztusił w końcu Michał.
- No po prostu.. Nie mam po co z wami iść..
- Janek nie wygłupiaj się - Misiek złapał mnie za rękę - Wiemy, że ostatnio ci ciężko, ale przecież nie możesz tu zostać.
- Na nic wam się nie przydam - mruknąłem i zrezygnowany usiadłem na łóżku oglądając pistolet - Nic już nie da się zrobi..
- Chłopie o czym ty chrzanisz?! - wybuchnął Bronek, ale w słowo wszedł mu Kamil.
- Dobra. Zostawcie go tu. Niech siedzi i użala się dalej. W końcu Iza prowadzi takie cudowne życie w gettcie, co mu tam przecież.. - urwał i ruszył do drzwi.
Jego słowa dotarły do mnie z opóźnieniem.
- Iza..? - wykrztusiłem wyrwany jakby z amoku. Sam chyba nie wierzyłem w to co powiedział - Iza żyje? - powtórzyłem cicho.
On jednak zignorował mnie i ruszył dalej. Rozzłoszczony w mgnieniu oka znalazłem się przy nim i przyparłem go mocno do ściany. Przestraszony otworzył szerzej oczy.
- Nie ignoruj mnie - wysyczałem, nawet nie wiedząc że przykładam mu pistolet do policzka - Mów co z Izą.
On jednak nie odpowiadał wpatrując się we mnie dalej i wstrzymując oddech. Po dłuższej chwili ciszy wychwyciłem gdzieś z boku spojrzenie i odwróciłem się nie puszczając jednak dalej Kamila.
Widząc przerażone i zaszokowane spojrzenia Bronka i Michała uświadomiłem sobie co robię. Puściłem Kamila, który zaczynał być siny i rzuciłem pistolet na podłogę cofając się.
Usiadłem z powrotem na łóżku chwytając się za włosy.
- Boże, co się ze mną dzieje.. - wymamrotałem.
Michał najszybciej doszedł do siebie. Podszedł do mnie szybko i pochylił się.
- Posłuchaj stary Iza żyje, ale jest w gettcie. Zosia też żyje i to właśnie ona prawdopodobnie pomoże nam ją stamtąd wyciągnąć. Z jej braciszkiem jest wszystko w porządku a Grześkiem naprawdę nie możesz się przejmować. Miał czekać na twój rozkaz, a nie zaczynać wszystkiego sam...
- Spóźniałem się z wydaniem go.. - szepnąłem.
- No i co z tego? - spytał poirytowany Misiek - Wiedział co robi, ale poległ w słusznej wierze. Teraz musisz się otrząsnąć i wrócić do domu. Pomyślałeś chociaż przez chwilę o rodzicach? O swojej siostrze? O nas..? Hanka umiera z rozpaczy odkąd zginąłeś. Dziewczyny też. Wszyscy się o ciebie martwią, a ty..
- Masz to w dupie i uważasz że najlepszym sposobem na rozwiązanie problemów jest wóda - wtrącił Bronek patrząc gdzieś w bok.
- Macie racje - powiedziałem po dłuższej chwili - Zachowałem się jak idiota.
- Mało powiedziane - parsknął Misiek.
- Stary przepraszam - podszedłem do Kamila, który z początku wpatrywał się we mnie nieufnie, ale po chwili przybił mi sztamę na zgodę.
- Dobra, zbierajmy się stąd - rzuciłem w końcu i spakowałem szybko swoje rzeczy.
Gdy szliśmy ulicą wstąpił we mnie jakiś nowy optymizm. Iza żyła, a to było najważniejsze.
-  Co z Kubą w ogóle? Zajmuje się jej babcią? - wtrąciłem po paru minutach rozmów.
Kamil zacisnął usta i wbił wzrok w swoje buty.
- To właśnie kolejny problem - mruknął po dłuższej chwili - Kuba nie przyszedł dziś z nami - bo sam jest podłamany.
- To znaczy?
- Obwinia się, bo.. - Kamil przełknął ślinę - Bo wczoraj zabrali babcię Izy.
- Gdzie? - wykrztusiłem blednąc, choć dobrze znałem odpowiedź.
- Prawdopodobnie tam gdzie Izę - mruknął zrezygnowany - Do tego nowo powstałego piekła, które dopiero się rozkręca.
Do getta.

czwartek, 16 lutego 2017

Od Rose

  Późnym wieczorem wróciłam do ''domu''. Mogłam raczej nazwać to więzieniem, mimo tego, że mogłam robić co mi się podobało. Ale tak jak podejrzewałam, szybko skończyło się moje szpiegowanie wśród naiwnych szkopów i zdobywaniu informacji na temat stanu Izy. Jednak nawet niczego nie mogłam się dowiedzieć bo miałam za mało czasu. Gdybym tylko miała go więcej mogłabym jakoś...
-Gdzie byłaś? - spytał Michael zjawiając się nagle przede mną.
  Zaskoczona z lekkim uśmiechem odwiesiłam czarny płaszcz i spojrzałam na niego rozbawiona.
-Muszę ci się tłumaczyć? - minęłam go a on złapał mnie za rękę.
-Musimy pogadać.
  Spojrzałam na niego zaskoczona.
-Więc mów. - stanęłam naprzeciwko niego.
-Nie podoba mi się to, że pozwalasz sobie na tak wiele.
-Chodzi ci o to, że chcę wyciągnąć przyjaciółkę z getta? O to chodzi?
-O wiele więcej rzeczy.
-Nie ufasz mi. - stwierdziłam. - Boisz się, że mogłabym za twoimi plecami planować jakieś intrygi?
  Roześmiał się.
-Ja się nie boję. Oświadczam, że na razie nie masz prawa wyjść poza teren domu. Jasne?
  Spojrzałam na niego zaskoczona i rozwścieczona.
-Kim jesteś, żeby tak mnie traktować? Nie masz prawa mnie więzić kiedy chcesz...
-Mam. Mogę ci rozkazywać, a ty zrobisz co powiem.
  Spojrzałam mu w oczy kpiąco.
-Jesteś świnią. A myślałam, że jesteś inny...
-Jaki? Taki jak te brudne polaczki z ruchu? W czym oni są lepsi, co? Są słabi, żałośni, są śmieciami. Nic nie wartymi.
-Czyli ja też. - parsknęłam.
-Jesteś wyjątkiem.
-Nie możesz mnie uwięzić i mi rozkazywać. Nie zrobię nic dla takiego samoluba jak ty.
-A brat? Iza?
-Już pogodziłam się z faktem, że nic co do niej nie zrobisz. Co do mojego brata, chcę go tu od jutra.
  Roześmiał się głośno.
-Znowu się pomyliłaś. Ja tu rozkazuję skarbie.
-Może i tak, ale na pewno nie mnie. Nie należę do ciebie i nie jestem twoją niewolnicą. Po tym jak obraziłeś moich nigdy ci nie zaufam.  I możesz pomarzyć, że będę drugą taką Martą. Jeśli będziesz próbował zadawać mi jakikolwiek ból i szantażować to na nic. Jeśli dotkniesz mojego brata nie ręczę za siebie...
-Co ty możesz zrobić? - parsknął.
  Zacisnęłam zęby.
  Nie mogłam dać mu znać, że mam przy sobie bron. Ścisnęłam torebkę i udałam, że przegrałam tę wojnę. Uśmiechnął się.
  Jestem za słaba, by go zastrzelić. Działa na mnie coś, czego nie umiałam wyjaśnić.
-Załatw sprawę z moim bratem. Kiedy będę miała go przy sobie nie będę chociaż trochę wchodzić ci w drogę.

  Dopiero po kilku dniach gdy milczałam i nie odpowiadałam Michaelowi nawet na najostrzejsze docinki odzyskałam brata. Gdy usłyszałam jego krzyki, bo nie chciał wejść do środka od razu zerwałam się z fotela i rzuciłam książkę na stolik. Podbiegłam do drzwi patrząc to na Michaela to na Adama. Uśmiechnęłam się szeroko do brata i objęłam go. Od razu mnie poznał.
  Wyprostowałam się i spojrzałam tylko poważnie na Michaela i kiwnęłam tylko głową prawie niezauważalnie. Zabrałam go na górę, tam dopiero musiałam wszystko wytłumaczyć.
-Czemu wyglądasz tak bardzo ładnie? Jakbyś szła na bal albo coś...
  Zaśmiałam się pod nosem.
-Teraz tu będziesz musiał mieszkać.
-Zostawiasz mnie?
-Nigdy. Zrobili ci coś?
-Oddzielili nas... to było najgorsze. Opiekował się mną Janek... jakiś czas. Potem była łapanka...
-Domyśliłam się.
-Nienawidzę tych szkopów... - mruknął. - Przez nich możesz zginąć. I ja też.
-Nikt cię nie skrzywdzi. Tu jesteś bezpieczny. Tylko musisz zachowywać się... cicho. Być grzeczny.
-Ale... Zosia, czy ty lubisz tego Niemca który mnie tu przyprowadził?
  Potargałam mu włosy.
-Nie jest taki zły... jest tylko bardzo gburowaty i myśli, że ma nad wszystkim władzę. Ale nie musisz się go jakoś specjalnie obawiać, nic ci nie zrobi. Dopóki jestem obok ciebie.
-Ja będę cię bronić. Tata mnie o to prosił.
  Zacisnęłam pięści i zamknęłam oczy. Zabolało tak nagle, że przez moment straciłam oddech.
-Dobrze, nie będę o nich wspominać.
  Złapał mnie za rękę, spojrzałam na niego z uśmiechem.
-Nikomu nie możesz powiedzieć, że ja to Zośka.
-To kim jesteś jak nie Zośką?
-Teraz jestem Rose. Tylko Rose. Nie ma już Zośki. Musiałam się zmienić żeby dalej funkcjonować.
-Nie ufam mu...
-Michaelowi?
-Nie wiem jak ma na imię, ale chyba tak.
-Ja mu ufam.
-Jak możesz ufać szkopom?
-On jest dla mnie dobry. Dla ciebie też będzie.
-Ale nie przestanie mordować ludzi.
-Wiem... wiem Adam. Ale tego nie zmienimy... ja... zaczęłam...
-Co? - spojrzał na mnie pytająco.
  Był bystry i sam domyślił się co chciałam powiedzieć.
  Ja zaczęłam ignorować to co robi Michael. Iza zajęła moje myśli i czas jak i Adam. Teraz musiałam wyjątkowo zająć się bratem by nie pożarł się z Brunem... musiałam coś zrobić i jakoś wychować Adama.

  Gdy weszłam do kuchni po szklankę wody usłyszałam chrząknięcie Michaela za plecami.Odwróciłam się zgrabnie na pięcie i podeszłam do niego powoli, słysząc stukot cienkich czarnych szpilek.
-Jakiś problem? - spytałam spokojnie. - Dodać ''Proszę Pana''?
-Nie wygłupiaj się. - wstał i stanął bliżej mnie. - Gdzie twój brat? Nie je?
-Powiedział, że nie zasiądzie do stołu ze szkopem. - odparłam z lekkim uśmiechem.
-Jeśli się nie poprawi, będę musiał sam z nim...
-Załatwię to ale musisz dać mi czas. - odparłam spokojnie popijając wodę. - Jestem bardzo wpływowa, chyba sobie poradzę z sześciolatkiem.
-Bardzo dużo wie o wojnie. Skąd?
-Był w gestapo to czegoś się nauczył. Podsłuchiwał, jest mały i ciekawy. Normalne.
-Nie może robić...
-Problemów. Wiem. Wiem to co chcesz powiedzieć. Sama to rozumiem i podzielam twoje zdanie. Wyjątkowo.
-A co to się stało, że jesteś taka spokojna?
-Mam brata przy sobie i to się liczy. Resztę pozostaw mnie i po prostu staraj się z nim nie gryźć. Będę z nim rozmawiać i w końcu przywyknie. Nauczę go biegle języka i się odnajdzie.
  Zdziwiony spojrzał na mnie.
-Jak ty to robisz? - westchnął.
-Co takiego?
-Jesteś niesamowita sama w sobie.
  Roześmiałam się.
-Jestem brudną polką, prawda? - przysunęłam się do niego bliżej i poprawiłam koszulę.
-Nigdy tak nie mówiłem.
-Ale tak myślisz. Ale mnie szanujesz, co całkowicie mnie intryguje. Czemu zachowałeś mnie przy życiu? Czemu się denerwujesz gdy ktoś mnie obraża i gdy ktoś inny mnie nawet dotknie? To co było w kasynie. O co ci właściwie chodzi?
  Parsknął.
-Dowiesz się w swoim czasie.
-To będę czekać na konkretne, szczere wyjaśnienia. - odparłam i mrugnęłam do niego po czym poszłam na górę na górę do brata.
  Siedział zamyślony na łóżku plecami do mnie.
-Od jutra zajmiemy się językiem niemieckim...
-Źle robisz, że mu ufasz, Zosia... znaczy, Rose.
-Słuchaj... musimy tak żyć na ten moment. Wiem, że jesteś bardzo nieszczęśliwy i zagubiony, ale przebolejesz naukę niemieckiego. Wszystko opanujesz...
-Janek by nie uwierzył gdyby to usłyszał i zobaczył...
  Westchnęłam ciężko.
-Będzie mi łatwiej jeśli jednak mnie posłuchasz. Robię to dla ciebie. Musisz być bezpieczny. My musimy. Musimy być razem a to się wszystko spełni gdy tylko pomożesz mi działać... to jak? Zgoda?
-Dobrze. Ale nie będę z nim rozmawiać.
-Na razie odpuścimy sobie to. Ale nie okazuj mu braku szacunku bo to się na tobie odbije, dobrze? Należy mu się to. Gdyby nie on byłabym martwa.
-O to chodzi? O to, że się wykazał?
-Jaki ty jesteś wymądrzały... - zaśmiałam się. - Idź spać. - pocałowałam go w policzek i zasnął.
  Wyszłam z pokoju i poszłam na dół. Michael pił wino, nalałam go sobie do kieliszka i spojrzałam na niego.
-To co? To mi wolno, panie Heydrich, czy potrzebuję pozwolenia by się napić? - uśmiechnęłam się lekko.