wtorek, 31 stycznia 2017

Od Zosi

  Zaczęłam się poważnie zastanawiać nad próbą ucieczki... co było niemożliwe... Żaden szkop nawet nie podchodził do krat, jednak... powinnam wykorzystać atrakcyjność na swoją korzyść... Rana na ramieniu coraz bardziej się paprała, oderwałam kawałek materiału z dołu sukienki i zawiązałam mocno wokół rany... chociaż zatamuje krwawienie...
  Gdy usłyszałam kroki przed celą od razu podeszłam czujnie do krat.
-Odsunąć się. - nakazał szkop, cofnęłam się kilka kroków do tyłu.
  Do mojej celu został wrzucony Miłosz. Nie wiedziałam co mam zrobić, jego ciało wyglądało jak jedno wielkie nieszczęście, ta rozcięta rana którą zrobił mu tamten...
-Wiedziałem od początku, że będziesz tylko przeszkadzać... - mruknął pod nosem podnosząc się z brudnej podłogi.
-Co proszę? - oburzyłam się natychmiast. - To ty nas wydałeś. - wyszeptałam, a raczej wysyczałam.
-Myślałem, że jesteś słaba, że cię złamią... Na pewno im się to uda, mają sposoby...
-Choćby nie wiem jak się starali nic im nie powiem.
-A jakby skrzywdzili Izę? Przyprowadzili tu ją? Zagrozili, że...
-Powiedziałeś coś o niej?! - pchnęłam go na ścianę wściekła.
-Nie, ale pewnie się dowiedzą. Wykorzystają to.
  Zmrużyłam oczy. Nie wyprowadzi mnie z równowagi, o nie.
-Słuchaj... - pogroziłam mu palcem. - Powiem, że jej nie znam, i tyle...
  Parsknął.
-Zrobią jej krzywdę. Mogą ją zabić na twoich oczach.
-Przysięgałam, że nie złamię obietnicy...
-Ale nie doprowadzisz do śmierci Izy. Będziesz z tym żyć.
-Zamorduję cię...
-Niestety, musimy żyć w jednej celi, jak na razie. Więc przywyknij.
  Rozsiadł się wygodnie na ziemi wpatrując we mnie.
-Możemy się polubić, umilić sobie czas w tej celi, co, Zośka?
-Spieprzaj. - naplułam mu w twarz. - Jesteś dla mnie tyle wart co te szkopy.
-A jednak się ich boisz, hm?
-Boję się ale nie mogę dać się ponieść. Nie jestem tchórzem jak ty.
-Co ważniejsze? Życie Izy? Czy wydanie grupy?
-Nie złapią jej. - pogroziłam mu palcem. - A jeśli tak, to coś wymyślę... - powiedziałam sama do siebie pełna swego.
  Nie dopuszczę do tego, by ją tknęli... jeśli to się kiedyś stanie... będziemy wiedziały co robić. Porozumiewamy się bez słów, więc muszę dać radę... tak jak do tej pory. Nie dać się im.

Od Izy

Byłam zła że chłopaki nie chcą wprowadzić mojego planu w życie. Wiedziałam że ich dowódca się nie zgodzi. To było bardziej niż pewne.
Wieczorem mieliśmy się znowu spotkać.
Byłam akurat w piekarnii kiedy go zobaczyłam. A raczej usłyszałam.
Wszedł elegancki, mundur był na nim nieskazitelnia ułożony, czpka na głowie zasłaniała czarne jak smoła włosy. Oczy zasłaniały okulary przeciwsłoneczne.
Dostałam dreszczy, nie ze względu na jego wygląd tylko na myśl że to on, ten pies który był na pierwszym spotkaniu taki miły.. Potem zabrał moją przyjaciółkę i celował do babci. Zacisnęłam zęby i zabrałam zakupy poczym wyszłam. Szybko mnie jednak dogonił.
-Izabello Rudnicka proszę się zatrzymać. -odparł kiedy zaczęłam przyśpieszać kroku.
Zatrzymałam się lecz nie odwróciłam się do niego.
Podszedł do mnie.
-Mogę Cię odprowadzić???
-Wolałabym pobyć w samotności.-powiedziałam po czym ruszyłam.
-Izabello.. Proszę..
Odwróciłam się do niego.
-Nie zrozum mnie źle.. A w sumie to nie da się tego inaczej zrozumieć. Aresztowałeś moją przyjaciółkę i celowałeś do mojej babci. Jesteś ostatnią osobą z którą mam ochotę rozmawiać.
-Izabello.. Proszę wysłuchaj mnie.. Nie miałem innego wyjścia. Taki dostałem rozkaz.. Gdybym mógł wtedy zrobić inaczej.. Napewno Zosia byłaby nadal z tobą a incydent z twoją babcią nie miałby miejsca.
Spojrzałam się na niego. Wydawało się że mówił prawdę.
-Nic mnie to nie obchodzi.-odparłam po czym znowu zostawiłam go w tyle.
Jednak po chwili wszystko sobie przemyślałam. Mogłabym wprowadzić swój plan w życie bez zgody tych z ruchu. Działałabym sama ale dałabym radę. Oni i tak nie zgodzą się a nie mogę stać i nic nie robić w czasie kiedy Zosia jest przetrzymywana i torturowana.
-Johan.. Dobrze. Możesz mi towarzyszyć.
Uśmiechnął się i teraz szliśmy obok siebie.
-Jak babcia? Dobrze się czuje?
-Tak. Ma się dobrze.
-A ty??? To wasza kwiaciarnia??
-Tak. Mamy ją od pokoleń.
-Co robisz.. Dziś wieczorem?-zapytał kiedy dotarliśmy na miejsce.
-Jestem umówiona.
-Z kim??? Z przyjaciółmi.
-Gdzie???
-Po co pytasz??
-Nie chcesz powiedzieć to nie nalegam.
Spojrzałam się na niego. Co on kombinuje?
-Muszę już iść.
-Zobaczymy się jeszcze?
-Nie wiem.
-Proszę..
-Zastanowię się.-odparłam i weszłam do kwiaciarni.
Widziałam że stał przed budynkiem jeszcze chwile poczym odszedł.
Może na prawde żałuje tego? Ale czy to możliwe?? Raczej wątpie. Jest niemcem. Oni nie mają sumienia.

***

Wieczorem na spotkaniu została poruszona kwestia mojego planu.
-To byłby dobry plan. -odparłam.
-Ja się na to nie zgadzam-odparł dowódca któryś raz z kolei.
-Ale nie możemy jej tak zostawić!!
-Przykro mi ale są takie czasy. Wiedziała jakie jest ryzyko.
Spojrzałam na reszte zgromadzonych. Mój wzrok najpierw zatrzymał się na Kamilu. Wiedziałam że jest rozdarty a przez to nic mi nie pomoże więc spojrzałam błagalnie na Janka. On tylko się smutno uśmiechnął.
Decyzja zapadła. Nie pomogą mi.
Miałam ochote krzyczeć i wymusić na nich działania lecz wiedziałam że to nie pomoże. Muszę radzić sobie sama.
Po zapadnieciu tej decyzji każdy miał zepsuty humor lecz starali się o tym zapomnieć. Takie mamy czasy.
Wszyscy rozmawiali a ja siedziałam przy oknie i patrzyłam na drogi warszawy i niebo. Czy na prawde tak musi teraz wszystko wyglądać? Nic nie da się zrobić aby było lepiej???

Od Michaela

- Przestań tak jęczeć. Jesteś niemieckim żołnierzem czy polskim kundlem? - spytałem rozbawiony.
Johan stał naprzeciwko mnie z zawieszoną  głową wciąż mamrocząc przeprosiny pod nosem. Zaczął mnie już powoli irytować.
- Gówno mnie obchodzą twoje zasmarkane przeprosiny! - krzyknąłem wyprowadzony z równowagi - Daj mi lepiej jakiś powód, żebym tu i teraz cię nie zatłukł na miejscu.
Milczał przez dłuższą chwilę, a potem odparł niepewnie.
- Jaa... Mogę się przydać.
- Słucham - odparłem sucho.
- Widziałem tą polską dz..iewczynę w towarzystwie innej, niedawno poznanej..
- I co to ma do rzeczy? - warknąłem - Myślisz, że wszystkie przyjaciółki biegają z nią do ruchu oporu?
- Wszystkie - nie - ale ta jedna - tak. Nazywa się Izabela Rudnicka. Informator doniósł mi niedawno, że widziano ją w większej grupie.. tych polskich psów. 
Lekko się ożywiłem.
- No proszę. W końcu jakieś konkretne informacje - zilustrowałem go spojrzeniem - Jaki masz kontakt z tą dziewczyną?
- Szczerze mówiąc, nie znamy się jeszcze tak dobrze.. Ale myślę, że szybko uda się to nadrobić - dodał pospiesznie widząc moją minę.
Wstałem od biurka i szybko podszedłem w stronę okna.
- Zdobądź jej zaufanie. Wmów że masz polskie korzenie, a w gestapo służysz z obowiązku. Przekonaj, że stoisz po jej stronie i dzięki swoim wpływom - uśmiechnąłem się kpiąco - zdołasz po pewnym czasie uwolnić  jej przyjaciółkę.Te rany nawet się przydały - będziesz mógł powiedzieć, że za pomoc polskim więźniom zostałeś pobity. Niech myśli, że sama cię uwiodła - nie bądź natrętny ani zbyt szybki. Nie wypytuj jej o wszystko, żeby nie zbudzić podejrzeń. Obserwuj. Gdy będzie chciała ci coś powiedzieć, twierdź, że te informacje nie są ci do niczego potrzebne - a ona nabierze do ciebie jeszcze większego zaufania i powie więcej. Musisz to dobrze rozegrać. Jeśli zawiedziesz - wiesz co cię czeka. To twoja ostatnia szansa - zakończyłem odwracając się od okna.
Skinął głową i zaczął się kłaniać.
- Dziękuje poruczniku dziękuje..
- Możesz już wyjść - odparłem sucho - A i jeszcze jedno. Nie pokazuj się Nowackiej na oczy. Niech myśli, że nie żyjesz.A tej twojej znajomej powiedz, że naprawdę nazywasz się inaczej. Zrozumiałeś?
- Tak, tak oczywiście - zapewnił i salutując wyszedł z gabinetu już bez pomocy innych strażników.
Po jego wyjściu nalałem sobie wyjątkowo dobrej whisky Alberta i zasiadłem za papierami. Nie trwało to długo, bo po 20 minutach usłyszałem dzwonek telefonu.
Podniosłem słuchawkę i usłyszałem dobrze znany mi głos.
- Bruno? Halo słyszysz mnie? Bruno? 
Uśmiechnąłem się szeroko.
- Liesel siostrzyczko oczywiście, że cie słyszę.- odparłem.
Mojego pierwszego imienia używały tylko najbliższe mi osoby - matka, siostra, czasem Christian i wuj Albert, oraz moi starzy przyjaciele jeszcze ze szkoły - którzy aktualnie byli rozesłani po różnych częściach Europy.
- Dzwonię, bo mam ci do przekazania świetne informację - odparła szczęśliwa -  swój następny występ mam w Warszawie, za 2 tygodnie. W końcu się zobaczymy!
- To świetna wiadomość Liesel - uśmiechnąłem się, ale zaraz zmartwiłem - Tylko.. ehh też się za tobą stęskniłem, tylko widzisz...
- Hm?
- W Warszawie nie jest teraz zbyt bezpiecznie.
- Tak jak w każdej innej części Europy - odparła ze śmiechem. Była aktorką - artystką i miała z goła inne podejście do świata niż reszta - Poza tym jestem pewna że przy tobie nic mi nie grozi.
- Hm no dobrze moja droga. Będziemy w kontakcie. Przygotuje ci pokój w swoim mieszkaniu i wszystko zorganizuję.
Rozmawialiśmy jeszcze chwilę - z grzeczności spytałem o matkę z którą szczerze mówiąc nie miałem zbyt dobrych relacji - i rozłączyłem się.
Byłem ciekawy jak czuła się Zosia, bo małej pokazówce wczoraj. Dziś postanowiłem jej nie kazać przyprowadzać - niech sobie trochę posiedzi w brudnej, ciemnej celi może przemyśli swoje położenie. Szczerze mówiąc nie zamierzałem jej bić - miała w sobie coś takiego, co nie pozwalało mi podnieść na nią ręki mimo że była zwykłą polską dziewuchą. Za cel postawiłem sobie złamać ją - ale tym razem używając nietuzinkowych metod.

poniedziałek, 30 stycznia 2017

Od Zosi

  Byłam w niemym szoku. Nie był taki jak Johan, jednak szybko przypomniałam sobie gdzie jestem, a kim są oni. Ten typ jest taki jak każdy inny a mój rozsądek jak i serce pierwszy raz w życiu się ze sobą zgadzają przez co czułam się jeszcze silniejsza i wytrwalsza w swoich przekonaniach. Nic nikomu nie wyjawię, a dowiem się kto stoi za tym wszystkim. Musiałam się dowiedzieć, innej możliwości nie ma.
  Podeszłam do małego okienka na końcu mojej ''komnaty'' i wpatrywałam się w ulice pełne strachu i przerażenia przed gestapo. Ludzie bali się przechodzić obok, a  tymi odważnymi byli dzieci, które nie zawsze zdawały sobie sprawę z powagi sytuacji. Na myśl, że bez mrugnięcia okiem mogą zabić małe dziecko... zagotowało się we mnie. Odeszłam od okna i spojrzałam na ranę na ramieniu. Johan przynajmniej powinien dostać za swoje, mam taką szczerą nadzieję. Mój plan jednak się powiódł, by go zlikwidować. Może bardzo zaszkodzić Izie, którą stąd starałam się chronić jak i całą resztę z ruchu oporu. Jednak Iza była priorytetem, była moją ''siostrą'', tak mogłam to ująć. Ochrona jej z samego gestapo była dla mnie trudna i może kosztować życiem, ale dla niej mogę nawet umrzeć by tylko przeżyła i szkopy nie miały możliwości jej tknąć.
  Jednak Johan nie był aż tak głupi i tym razem go nie wykorzystam do swoich celów, jeśli okażą mu łaskę i przytrzymają przy życiu. Wolałabym by jednak zdechł jak pies, jak powinien odejść z tego świata za wszystkie straszne rzeczy które nawyprawiał wraz z całą tą bandą niemieckich szumowin. Gdyby spotkał Izę, na pewno nie przeszedłby obojętnie i możliwe, że złapałby ją i przyprowadził tutaj... musiałabym udawać, że jej nie znam co byłoby trudne. Nie może dojść do tego, że się znamy. Dlatego sama nacisnęłam spust by wyszło tak, że nagiął rozkaz i zranił mnie, a mógł nawet zabić. Wiem, że gestapowcy surowo przestrzegają zasad a ja miałam z tego samą korzyść... jak na razie.
  Wyeliminowałam jednego, zaraz przyjdzie czas na drugiego. Musiałam coś wymyślić by ktoś tu podszedł, otworzył kraty...
  Mogę wykorzystać swoją jakąś tam atrakcyjność przeciwko nim, a oni są bardzo ulegli jeśli chodzi o kobiety, nawet polki.
  Gdy jednak usłyszałam kroki na dół, przywarłam do krat i tylko czekałam aż jeden z nich podejdzie. Aczkolwiek, nikt się nie zjawił, a przed moją celą pojawiła się nowa twarz kobiety. Była tak samo skazana na pewną śmierć jak ja, szkopy nikogo nie oszczędzą nie ważne jak to będą obiecywać, nie mogłam im wierzyć choćby obiecywali mi tak jak tamten poprzedni. I nie mogłam pozwolić mu mącić mi w głowie. Nikomu się to nie udało i jemu ani żadnemu innemu się to nie uda.
-WYPUŚĆCIE MNIE! - krzyknęła po polsku, co tutaj było prawie nie do przyjęcia.
-Niech pani się uciszy. - szepnęłam do niej.
-Zamknij się, ja próbuje walczyć...
-Walczyć? - parsknęłam. - Tutaj pani nie ma co walczyć, nie chcę dołować jednak takie są realia. Nie wypuszczą pani bo pokrzyczy sobie trochę jakaś kobiecina.
-Mam małego synka... pięcioletniego. Muszą mnie wypuścić, do cholery!
-Prędzej panią zabiją. - mruknęłam.
  Podszedł jakiś szkop i walnął w kraty tamtej kobiety.
-Zamkniesz się albo tu i teraz cię zatłukę! - warknął i odszedł.
-Przynajmniej niech pani nie mówi po polsku... nie tu.
-A ty co?! Polka a stoisz po stronie niemieckich kanalii?!
-Po prostu staram się uchodzić z życiem nie wydając swoich.
-Swoich? Jesteś z ruchu oporu? - spytała ciszej, uspokajając się trochę.
  Poczuła się... bezpieczniejsza, jakkolwiek mogę to nazwać?
-Widziałam co zrobiłaś tamtemu, wczoraj... nacisnęłaś spust, prawda? Dlaczego?
-Miałam być w nienaruszonym stanie, to musiał być rozkaz od kogoś ważnego... więc gdy tamten złamie rozkaz po prostu jest w większości przypadkach kara śmierci.
-Skąd tyle wiesz o gestapo?
-Miałam przyjaciela, cukiernika który z cukierni mamy roznosił tutaj czekolady, ciastka... wiele wiedział, był jak dobry informator... mówił mi wszystko, chciałam wiedzieć o szkopach i gestapo tyle ile mogłam. Wiedziałam, że to się przyda. Był świetny.
-Był...?
-Nie żyje. Zginął wraz z moim chłopakiem Krzyśkiem w pierwszym starciu z Niemcami.
-Przykro mi...
  Jednak stałam się odporna na ból po stracie Krzysia. Powoli zapominałam, jak wygląda jego twarz, a nawet jak było nam razem... dobrze? Zaczynałam widzieć wady naszego krótkiego związku i zaczynałam wątpić w coś takiego jak prawdziwa miłość.
  Kobieta wyglądała naprawdę młodziutko, na jakieś osiemnaście lat...? Jednak brudna twarz ją zdradzała, lekko postarzała nawet do dwudziestki.
-Idziemy. - szkop otworzył drewniane drzwi tamtej celi naprzeciwko i zabrał kobietę.
  Błagała znowu by ją wypuścili... ale nawet ja wiedziałam że idzie na pewną śmierć.
  Po chwili i mnie zabrano. Znów stałam przed tamtym szkopem, wyprostowałam się i zachowałam twarde spojrzenie.
-Możesz wyjść. - rzucił chłodno do szkopa stojącego za mną. Ten wyszedł na jego rozkaz a my zostaliśmy sami. - I jak? Podjęłaś decyzję?
-Nie będę z wami współpracować. - odparłam szybko i pewnie.
-Chyba nie przemyślałaś mojej propozycji... skarbie... - wstał i podszedł do mnie.
  Stanął prosto przede mną, spojrzałam w górę w jego oczy. Nie spuszczałam nawet wzroku.
-Nie miałam nad czym się zastanawiać.
-Hm. - mruknął zdziwiony moją postawą i tym, że nie złamał mnie jeszcze. Ale zaraz się uśmiechnął. - Wprowadzić go! - krzyknął, a do środka został wepchnięty Miłosz.
  Zmroziło mnie. Miałam ochotę go zabić. Zacisnęłam zęby.
-Znasz go? - spytał szkop, uśmiechając się lekko.
-Nie. - odparłam niewinnie.
-A wydaje mi się, że jednak go znasz.
  To on, ten pies wydał ruch oporu. Tylko... czemu wspomniał o mnie? A nie o np. Janku czy Bronku? Agacie? Filipie? Kimkolwiek stamtąd? Tylko czemu ja?
  Nie ukazywałam zaskoczenia, zastąpiłam je obojętnością. Dla mnie mógł zginąć. Nie był wart nawet mojej łaski czy samego Boga.
-Skoro nie jest nic wart i nie znasz go, mogę zrobić to...? - wyjął nóż i wbił mu w dłoń.
  Starałam się nie odwracać głowy i tylko tępo patrzyłam na to jak Miłosz krzyczy z bólu i krew wypływa na podłogę.
  Spojrzałam na szkopa, mój wyraz twarzy nie zmieniał się.
-Jak już mówiłam, nie znam go. - odparłam obojętnie.
  Zmrużył oczy ale zaczął się dopiero rozkręcać.
  Szybkim ruchem pociągnął nóż wzdłuż jego ręki, Miłosz płakał i wyrywał się, nie mógł wytrzymać i prosił, by przestał i abym ja przyznała, że go znam.
-Zośka!!! Przecież mnie znasz!!!
-Ten pies bredzi. Nie znam go i nie wiem skąd on zna mnie.
-Ale on jest z ruchu, prawda? Tak jak ty?
-Nie jest z ruchu.
-A ty? Jesteś?
-Owszem, ale nic ode mnie nie wyciągniesz. - odparłam stanowczo.
  Wyjął nóż i kopnął Miłosza w brzuch.
-Zabrać ją! - krzyknął szkop i przyszło dwóch.
  Jeden zabrał mnie a drugi zabrał Miłosza. Wykrwawi się na śmierć... wściekłość nie minęła, był zdrajcą. Nic nie wartym psem, który teraz należał do Niemców.

Od Michaela

 Po nocy spędzonej z Ritą, usatysfakcjonowany podniosłem się szybko z łóżka. Spała niewinnie, z lekkim uśmiechem, nieświadoma tego, że była tylko kolejnym z moich celów.  A zwycięstwo smakowało podwójne, gdy wyobraziłem sobie minę Heckmana, gdyby się dowiedział, że zaliczyłem już kolejną z jego kochanek.
Energicznym ruchem założyłem spodnie i mundur. Zapiąłem pas z bronią i szybko poprawiłem rozmierzwione włosy. Wziąć prysznic zamierzałem już w moim mieszkaniu. Nie bardzo miałem ochotę odpowiadać na pytania w stylu "kiedy się zobaczymy?" "kiedy zadzwonisz?" "czy miało to dla ciebie jakieś znaczenie?"
Oj miało i to duże - pomyślałem i uśmiechnąłem się kpiąco pod nosem. Sprawdziłem czy wszystko mam i wyszedłem z pokoju.
Była wczesna godzina - szósta - więc większość jeszcze spała. Śpiąca recepcjonistka poderwała się na mój widok i ukłoniła się.
- Poruczniku Heydrich, czy życzy pan sobie czegoś? - spytała po niemiecku, jednak słyszalnym polskim akcentem.
- Nie dziękuje - odparłem sucho - Wychodzę już.
Ukłoniła się i wymamrotała jakieś pożegnanie życząc miłego dnia.
Będzie wyjątkowo miły - pomyślałem rozbawiony.
W samochodzie czekał Radke, pijąc kawę i czytając gazetę. Na mój widok poderwał się szybko i otwarł mi drzwi.
- Jak minęła noc SS- Oberstumfuher? - spytał grzecznie, gdy czekaliśmy na przejściu.
-  Wyjątkowo dobrze - odparłem rozbawiony obserwując jak na chodniku niemieccy chłopcy zabawiali się ze starym Żydem. Jeden z nich właśnie na żywca wyrywał mu brodę.
- Tanz Jude tanz! - krzyczeli śmiejąc się i rzucali mu już nic nie warte rosyjskie ruble.
Gdy jeden z nich zauważył mnie za szybą, szturchnął pozostałych i zasalutowali mi. Skinąłem im ręką z uśmiechem pełnym aprobaty. Jeśli wszystko dobrze pójdzie, już za miesiąc wszyscy Żydzi - bez wyjątku, nawet ci którzy przykładowo mieli choćby tylko prababkę Żydówkę - zostaną zamknięci w gettcie. Ja osobiście miałem zaszczyt wkładu w organizację tego wszystkiego. Miałem nadzieję, że moje pomysły zostaną dobrze przyjęte na konferencji.
Stary Żyd wykorzystując chwile nieuwagi swoich 'prześladowców' zaczął uciekać. Gdy Radke ruszył widziałem jeszcze przez szybę, jak chłopcy go doganiają i brutalnie biją. Tak jest, tak właśnie ma być.
Po odświeżeniu się w swoim mieszkaniu i zjedzeniu pośpiesznego śniadania przygotowanego przez moją gosposię Hildę Radke zawiózł mnie na gestapo.
Była już 8 więc wszystko zaczynało normalnie funkcjonować. Zaskoczony wchodząc do gabinetu wuja, zauważyłem go siedzącego przy biurku i popijającego jakiś płyn.
Zaskoczony parsknął śmiechem.
- Co Mich, myślałeś, że nie dam rady tak wcześnie wstać?
- Szczerze mówiąc, sporo wczoraj wypiłeś - odparłem rozbawiony i  usiadłem wygodnie w fotelu.
- Zabawa zabawą - ale obowiązki wzywają - mruknął i dopił ów tajemniczy płyn. Widząc mój wzrok wskazał na niego - Berta mi to przyrządziła, żebym stanął na nogi i przytomnie myślał. Świetnie działa - polecam ci.
- Całe szczęście, ja wczoraj nic nie piłem.
- Hm no skoro tak.. Ale z tego co widziałem to dobrze się bawiłeś - mrugnął do mnie.
- Co masz dokładnie na myśli?
- Porozmawiamy o tym później, bo obowiązki wzywają - odparł wstając - Ty masz sam parę przesłuchań i masę papierkowej roboty - wskazał na stos teczek.
Jęknąłem pod nosem, ale zaraz przypomniałem sobie o tej dziewczynie z polskiego 'ruchu oporu'.
Gdy Albert wyszedł, zawołałem jednego ze strażników - Neumana.
- Przyprowadź mi Zofię Nowacką - mruknąłem przeglądając jej akta.
Spojrzał na mnie z lekkim przestrachem i wyszedł szybko.
Gdy po paru minutach przyprowadzili tą 'partyzantkę'  i ustawili przede mną przyjrzałem jej się z zainteresowaniem. Była wyjątkowo ładna i miała w sobie pewien magnetyzm rzadko teraz spotykany u kobiet. Starała się hardo trzymać podbródek, ale wzrok ją zdradzał - bała się.
- Zostawcie nas samych - mruknąłem rozbawiony - A i rozwiążcie jej ręce.
Neuman spojrzał na mnie zaskoczony, ale posłusznie wykonał polecenie. Gdy jej dotknął, odruchowo syknęła i mój wzrok przykuło obandażowane ramię.
Ściągnąłem brwi.
- Co to ma być? - wstałem i okrążyłem stół - Przecież powiedziałem wyraźnie, że ma być nie bita - wycedziłem lodowatym tonem.
Strażnik spuścił wzrok i zaczął coś dukać.
- SS - oberstumfuher Heydrich nie była bita. Została postrzelona przez sierżanta Johana.
- Przez Johana mówisz? - uśmiechnąłem się nie spuszczając z niego oczu - Cóż.. Myślę, że tym zajmiemy się później - dodałem pogodnie i wróciłem na swoje miejsce.
Gdy stał patrząc się na mnie ze strachem, krzyknąłem zirytowany.
- Będziesz się tak stał i gapił nieudaczniku?! Wyjść!
- Tak jest oberstrumfuher Heydrich - odparł drżącym głosem, zasalutował nerwowo i wyszedł.
Zapadła cisza.  Wpatrywałem się w dziewczynę z ukrytym zainteresowaniem. Ta przez chwile hardo wytrzymywała mój wzrok, ale po chwili go spuściła.
- Może kawy? Herbaty? - spytałem rozbawiony.
Popatrzyła na mnie zdezorientowana.
- Nic wam nie powiem - wysyczała nagle.
Parsknąłem śmiechem.
- Skarbie, a czy ktoś cię o coś tu pyta?
- Możecie mnie bić. Zatłuc na śmierć. Nic nie powiem - powtórzyła z mocą.
Z lekkim uśmieszkiem wstałem i obszedłem stół. Stanąłem za nią i odgarnąłem jej włosy z karku. Mimo że przesiedziała w więzieniu już jakiś czas, nadal czułem subtelny zapach nie byle jakich perfum.
- A czy ktoś tu mówił o jakimś biciu? - dmuchnąłem jej delikatnie w szyję. Zadrżała - Czy to może Black Jade?
Widziałem wyraźną konsternację na jej twarzy. Osobiście bawiłem się świetnie, mącąc jej w głowie.
- Nie rozumiem.. - mruknęła zdezorientowana.
Parsknąłem śmiechem.  Zasiadłem z powrotem za biurkiem.
- Jak pani widzi, na razie traktuję panią dobrze jak na czyny przeciwko III Rzeszy, których się pani prawdopodobnie dopuściła i na cenne informacje skrywane przez panią. Jeśli będzie pani współpracować, mogę dać słowo niemieckiego żołnierza, że zostanie pani szybko wypuszczona na wolność. Proszę sobie to dokładnie przemyśleć. Drugiej szansy nie będzie - zakończyłem nie spuszczając z niej wzroku.
Dziewczyna wyraźnie była w szoku. Otwierała usta byt coś powiedzieć, ale zaraz je zamknęła.
- Neuman! - krzyknąłem.
Zaskoczony strażnik wszedł szybko. Widząc nienaruszony stan dziewczyny i czas po którym został zawołany, wyraźnie się zdziwił.
- Wyprowadź panią - odparłem spokojnie, a on skonsternowany wykonał polecenie ciągnąć ją za nadgarstek. Zanim drzwi się zamknęły ujrzałem jej oczy wpatrzone we mnie z niemym pytaniem. Uśmiechnąłem się pod nosem. Miałem pewien plan, który zamierzałem powoli wprowadzić w życie.

Od Janka

- To zbyt niebezpieczne - odparłem stanowczo.
Pozostali wpatrywali się we mnie w milczeniu.
Spostrzegłem minę Kamila.  Było mu wyjątkowo ciężko. Z jednej strony chciał uratować Zosię - a z drugiej nie narażać Izy. Przez moment zobaczyłem cień wdzięczności na jego twarzy, po moich słowach, ale zaraz odnowa się zmartwił.
- Nie ma innego wyjścia - szepnęła Iza.
- Zawsze jest jakieś wyjście - odparł jej na to zamyślony Bronek.
Znaliśmy fakty. Informator przekazał nam, że Zosia jest na gestapo, więc odbicie jej było prawie niemożliwe. Jeśli już chcielibyśmy przeprowadzić taką akcję - usłyszelibyśmy od Kwapisza, że nie przeprowadzano takich akcji nawet na najważniejszych osobach w państwie (ministrowie, premierzy itp) i dyskusja byłaby zakończona.
Trzeba było znaleźć inne rozwiązanie.
- Myślę też.. Że powinniśmy teraz być wyjątkowo ostrożni - zaczął cicho Tadeusz.
Spojrzeliśmy na niego bez zrozumienia.
- Co masz na myśli? - uniosłem brwi.
Tadek milczał. Szybko zorientowałem się o co mu chodzi - i jak widać nie tylko ja.
Kamil parsknął nerwowo śmiechem.
- Myślisz, że Zosia byłaby nas w stanie wydać? Nie wierzę w to - dodał pewnie.
- Kamil nikt jej tego nie zarzuca - zacząłem ugodowo - Ale tortury potrafią rozwiązać język nawet tym najsilniejszym..
- Dlatego tym bardziej powinniśmy ją odbić - wtrąciła Iza - A mój plan jest całkiem dobry.
- I ryzykowny - dodałem.
- W tych czasach nawet zwykły spacer ulicą jest ryzykowny - mruknęła Halszka stojąc do nas tyłem przy zasłoniętym częściowo oknie.
- Ale musicie przyznać, że innego wyjścia nie ma - Izabela nadal upierała się przy swoim.
- Na razie nie - odparłem wstając - Musimy przedyskutować sprawę z dowódcą.
- Ta, już widzę jego entuzjazm na wieść o przeprowadzeniu tego planu - mruknął dotąd milczący Michał.
- Trzeba spróbować - uciąłem - Na nas już czas. Myślę, że możemy spotkać się ponownie wieczorem, żeby omówić sprawę.
- To może u mnie? - zaproponowała Halszka - Rodziców nie będzie, a nie możemy wzbudzać podejrzenia tak liczną grupą spotykać się w jednym miejscu.
- Dobra myśl - pochwaliłem ją ruszając do drzwi - Zatem o 18 u Halszki.
 Wszyscy równocześnie zaczęli się zbierać. Przepuściłem dziewczyny przodem. Gdy chłopaki popatrzyli na mnie pytającym wzrokiem, dałem im znać, żeby zeszli już na dół i poczekali na mnie chwilę.
Jedynie Kamil uparcie stał przy mnie. Nie wygoniłem go, w końcu - znał Izę i Zosie o wiele lepiej niż ja.
Położyłem Izie ręce na ramionach.
- Posłuchaj. Nie wiem jak to się potoczy, ale musisz dobrze przemyśleć swoją decyzję. To bardzo niebezpieczne, ale myślę, że na twoim miejscu postąpiłbym podobnie. Porozmawiamy z dowódcą, ale jeśli mam być szczery - wątpię, czy uda się coś zdziałać. Może się okazać, że podejmując ten plan, wykroczymy przeciwko niemu, a więc ryzyko jest podwójne. Przemyśl to - zakończyłem.
Skinęła głową i odparła szybko.
- Nie mam czego. Jestem pewna, że podejmę się tego planu.
Uśmiechnąłem się lekko i popatrzyłem jej w oczy.
- Mimo to n a l e g a m.
Pocałowałem ją w dłoń na pożegnanie i wyszedłem razem z Kamilem. Gdy dołączyliśmy do reszty, Misiek zagadnął mnie cicho.
- Stary, a w zasadzie.. Czemu chcesz ją odbić? Tylu naszych już zaaresztowano.. Znasz ją zaledwie parę dni. Więc pytam: czemu ?
- Szczerze.. sam nie wiem - odparłem zamyślony zgodnie z prawdą i ruszyłem dalej.
Byłem ciekawy, jak to wszystko się dalej potoczy.

sobota, 28 stycznia 2017

Od Izy

Kiedy chłopaki wyszli po wcześniejszym umówieniu się na wieczorne spotkanie zostałam sama z babcią która od czasu wizyty naszych nowych gości milczała.
-Izabello musimy porozmawiać.
Babcia jeszcze nigdy nie była tak poważna.
-Coś się stało?
-Wiem co robi ta grupa młodych ludzi. Nie chcę abyś się w to wmieszała.
-Babciu nic mi nie będzie.
-Nie o to chodzi. Słuchaj, nie powiedziałam Ci wszystkiego na temat twoich rodziców.
Spojrzałam się na nią zaskoczona.
-Tak? Co masz mi babciu do powiedzenia?
-Nie chcę abyś się wmieszała w ruch oporu ponieważ ty jesteś na starcie skazana na śmierć.
-Co?-już nic nie rozumiałam.
-Twoja mama a moja córka wyszła za Żyda.
-Chcesz mi powiedzieć że mój tata.. Że w połowie jestem..
-Tak. Jednak twoja mama dla twojej ochrony dała Ci swoje nazwisko. Niemcy mogą łatwo do tego dojść jak cię aresztują.
-Czemu mi tego wcześniej babciu nie powiedziałaś?!
-Jeszcze jedno.. Twoi rodzice wcale nie zostali wywiezieni, oni zostali zabrani do getta. Tuż przed wielką czystką..
-Nie..
Nadzieja na to że może moi rodzice żyją.. Rozpłynęła się, znikła.
-Nie babciu.. To nie prawda..
-Przykro mi skarbie. Twoja matka kazała mi obiecać że nie dowiesz się prawdy jednak teraz nie widzę wyjścia. Wtedy kiedy ten niemiec przyszedł.. Bałam się że się dowiedzieli. Nie chcę Cię stracić, już straciłam męża i córkę.
-Nie.. To nie prawda.. Muszę wyjść..
Wstałam i skierowałam się do drzwi.
-Iza jeszcze coś. Twoja mama wiedziała że niedługo ją aresztują. Dzień wcześniej napisała do ciebie list.
-List?-odwróciłam się.
Rzeczywiście, wcześniej nie zauważyłam że babcia trzyma list w dłoniach.
-Proszę.
Wzięłam go i patrzyłam na niego jakby tam były odpowiedzi na wszystkie tajemnice wszechświata.
Wyszłam z domu i usiadłam na klatce schodowej kamienicy w której mieszkałam sama z babcią.
Nie wiedziałam czy chcę, czy jestem gotowa.
Długo się zastanawiałam zanim go otworzyłam.
Na kartce która była w środku widniało śliczne i staranne kobiece pismo. Słowo daję że wydawało mi się że list pachnie konwaliami.

"Kochana Izabello.
Żałuję że musisz się wychowywać beze mnie, bez taty. Jednak nastały takie czasy że każdy dzień jest niepewny. Czuję w kościach że niedługo będziemy musiały się rozstać na zawsze. Oni przyjdą po mnie i tatę. Kiedy to piszę siedzę w twoim pokoiku przy twoim łóżku. Patrzę na Ciebie jak śpisz. Masz płydki oddech i spokojny sen.
Bardzo mocno Cię z tatą kochamy. Chcę abyś wiedziała że to nie był nasz wybór. Wolelibyśmy zostać z tobą. Na zawsze. Tak też będzie. Zawsze będziemy przy tobie nasze dziecko, w twoim sercu.
Wychowa Cię babcia. Mam nadzieje że nie będziesz miała nam tego nigdy za złe.
Chciałabym widzieć jak stawiasz pierwsze kroki, usłyszeć twoje pierwsze słowo, jak idziesz do szkoły, chciałabym widzieć twoją rozpromienioną twarz kiedy pierwszy raz się zakochasz.
Mam nadzieje, ja to wiem że babcia wychowa Cię na dobrą kobietę.
Modlę się o to aby Ciebie nigdy nie spotkała żadna krzywda. Aby nasi wrogowie, mordercy naszego narodu nie skrzywdzili Cię. Trzymaj się z daleka od walki, jesteś tak podobna do taty. Wiem więc że nie będziesz mogła tak po prostu stać kiedy komuś będzie działa się krzywda.
Jednak przetrwaj, dla nas, dla siebie.
Mam Ci jeszcze tyle do powiedzenia. Chciałabym wykonać swój matczyny obowiązek i przekazać Ci całą swoją wiedzę, wszystko co wiem.
Jednak babcia będzie musiała zrobić to za mnie.
Kochamy Cię nasza mała Bello.
Nigdy nas nie zapomnij.
Żyj.
Na zawsze będziesz naszą małą kruszynką.
Twoi rodzice."

Starłam z policzków łzy. Ona na prawde wiedziała co ją spotka. Ją i tate.
Spojrzałam odruchowo do koperty i zobaczyłam tam zdjęcie. Wyjełam je.
Moim oczom ukazało się zdjęcie na którym byli moi rodzice, babcia i ja.
-Kocham was. Tak bardzo tęsknie.-wyszeptałam a po moich policzkach płynęły łzy.

czwartek, 26 stycznia 2017

Od Zosi

  Nie mam pojęcia ile tu siedziałam, ale miałam tego serdecznie dość. Próbowałam się jakoś wydostać ale ilekroć stawiałam się szkopom oni uciszali mnie... skutecznie... jednak nie na długo. Nie wiem dlaczego nie mogli zrobić mi zbyt dużej krzywdy... może dlatego, że chcą mnie przesłuchać, a muszę być w stanie dobrym bym coś im powiedziała...?
  W życiu, nic ode mnie nie wyciągniecie, psy... - pomyślałam.
  Ale okrutna prawda była taka, że jak psa to oni mnie tutaj zatłuką, gdy z każdą minutą będę udawać i opornie bronić swoich. Wyczekiwałam na swojego ulubionego niemca, na Johana. Ten podszedł do krat i tylko wlepiał we mnie wzrok, jak bezradnie próbowałam wywiercić mu dziurę w tym pustym łbie.
-No przecież wiem, że chcesz... - mruknęłam pod nosem obojętnie.
-Ostatnim razem mówiłaś to samo, a...
-A dostałeś postrzał w nóżkę?
-Nie jestesmy na ty, szmato.
  No, tym razem będzie trochę trudniej.
-Mam cię nie dotykać aż do przyjazdu...
-Ale cóż to za różnica? Przecież nikt się nie dowie.
  Walnął pięścią w kraty i wycelował we mnie pistolet. Nie drgnęłam. Nie mógł mnie zabić, bał się. Jednak jakaś cząstka mnie lekko się przeraziła. I to nie na żarty. To w końcu szkop jak każdy inny, wlepi mi kulkę w głowę i po mnie.
  Podeszłam do krat, obawiając się, że może nacisnąć spust. Jednak próbowałam się stąd wydostać chociażbym miała wyjść bez ręki czy nogi. Zacisnęłam dłonie na kratach i spojrzałam na niego.
-Nie chciałbyś... wejść i mnie ukarać? - uśmiechnęłam się uwodzicielsko.
  Nie ma co, na takiego bęcwała wszystko pójdzie prędzej czy później.
  Gdy miał otwierać kraty usłyszałam jak ktoś schodzi na dół. On szybko spojrzał w stronę schodów a ja złapałam go za dłoń na jak tylko mogłam wyciągnąć swoją przez ciasne kraty i ścisnęłam go za rękę tak, że nacisnął spust który dotykał mojego ramienia. Dźwięk strzału rozległ się po korytarzach stawiając wszystkich na nogi. Inne szkopy, widocznie jeden z nich rangą wyżej za szmaty odciągnął Johana od krat i kazał tamtym go stłuc. Po czym podszedł do mnie i spojrzał na krwawiące ramię.
-Jednego polskiego psa mniej. - mruknął i wzruszył ramionami.
   Odszedł a Johana zabrali dokądś. Widocznie był tak nisko ze swoim stanowiskiem, że nie miał prawa nawet wycelować do jednego z więźniów skazanych na śmierć, tych z przesłuchań...
  Zacisnęłam dłonie i kurczowo trzymałam się ostatek sił. Miałam dwie rany, z czego ta pierwsza jakoś się trzymała.
  Ustałam pod ścianą, gdy słyszałam ponowne kroki wolałam być z dala od krat. Mój plan się nie powiódł, myslałam że wyprowadzą mnie chwilę po strzale... Ból był tak silny, że powoli się do niego przyzwyczajałam...

środa, 25 stycznia 2017

Od Michaela

 Koło 19 usłyszałem pukanie do drzwi. Właśnie dokonywałem ostatnich poprawek, starannie dopinałem każdy guzik na mundurze i dokładnie przypinałem odznaki. Roztargniony mruknąłem pod nosem.
- Wejść.
Radke wszedł do środka i lekko się ukłonił.
- Poruczniku Heydrich, melduje, że wóz już czeka i powinniśmy zaraz wyruszać.
- Dobrze, poczekaj na mnie na dole - odparłem zamyślony.
Po parunastu minutach zebrawszy ostatnie rzeczy zszedłem na dół. Radke prowadził wyjątkowo powoli, co mnie lekko zirytowało, jednak gdy zobaczyłem w jednej z uliczek właśnie przeprowadzaną egzekucję, uśmiechnąłem się pod nosem. Każde padające żydowskie ścierwo wyjątkowo poprawiało mi humor. To samo dotyczyło się tych wszystkich brudnych słoweńców.
Przed hotelem czekał na mnie Albrecht, paląc papierosa w towarzystwie swojej młodziutkiej kochanki i paru oficerów SS, wśród których znajdował się mój dobry przyjaciel SS- oberstrumpfuher Christian Fons - również z kobietą, jednak nie kochanką a oficjalną narzeczoną.
Każdy z panów zresztą przyprowadził kogoś ze sobą. Ja natomiast byłem dziś bez żadnej, co natychmiast zdziwiło Christiana, który po oficjalnych powitaniach zwrócił mi uwagę na stronie.
- No no Michael, ty dziś s a m?
Mrugnąłem do niego i zapaliłem papierosa.
Natychmiast rozszyfrował moje spojrzenie i parsknął śmiechem.
Federica, jego narzeczona biegała wzrokiem od jego twarzy do mojej.
- Panowie, może wejdziemy do środka? - uśmiechnęła się lekko, dobrze wiedząc, że uśmiech to jeden z jej głównych atutów.
Niespodziewanie Albrecht ubiegł w odpowiedzi mnie i Christiana.
- Oczywiście, oczywiście panienko. Wietrznie dziś w tej brudnej Warszawie. Panienka jeszcze się rozchoruje a Christian gotów mi dać solidną reprymendę, że zbyt długo przetrzymałem was na zewnątrz.
Kochanka wujka nie zdołała ukryć zazdrosnego spojrzenia. Uśmiechnąłem się kpiąco pod nosem.
W środku asystentka Fischera, poinformowała wszystkich, że gubernator zaraz zejdzie i żebyśmy zajęli miejsca. Gdy usiadłem na swoim (obok zastawy zostało postawione karteczki z nazwiskami) z zadowoleniem stwierdziłem, że Heckman i Rita mają swoje obok.
- Panie Oberstrumfuhrer Heydrich, słyszałem o pańskich ostatnich dokonaniach. Jestem pod ogromnym wrażeniem. Mimo młodego wieku,  jest pan naprawdę zadziwiający- wyrwał mnie czyiś głos z zamyślenia. Odwróciłem się w bok. Niski człowieczek o poczciwym spojrzeniu wpatrywał się we mnie niemal z nabożnym zachwytem. Przez parę lat przyzwyczaiłem się już, że potrafiłem zrobić znaczące wrażenie, jednak zachowanie tego oficera sprawiło, że prawie nie parsknąłem śmiechem.
Zamiast tego uśmiechnąłem się chłodno. Nie kojarzyłem go, ale specjalnie nie wprawiało mnie to w zakłopotanie, ponieważ był niższy rangą.
- Dziękuje bardzo, sierżancie...
- Szulc - odparł natychmiast - Jestem do pańskich usług.
- Hm.. No dobrze sierżancie Szulc. A więc - co dokładnie sprawiło, że jest pan pod wrażeniem?
- Pańskie pomysły w sprawie rozwiązania kwestii żydowskiej i utworzenia getta.
- To jeszcze nic pewnego - uśmiechnąłem się chłodno i zamilkłem. Nie widziałem większej potrzeby, aby dzielić się moimi opiniami z tym człowiekiem.
Szulc chciał jeszcze o coś spytać, ale niespodziewanie wtrącił się Albrecht, który jak się okazało od dłuższej chwili przysłuchiwał się rozmowie.
- O tak tak. Porucznik Michael jest wyjątkowo zdolny. Czeka go wielka kariera. W końcu - moja krew - zaśmiał się dobrodusznie. Był naprawdę w dobrym humorze i zresztą już odrobinę podpity.
Nie zdążyłem nic odpowiedzieć, bo właśnie wszedł Fischer, a prawie równo z nim - Heckman razem z Ritą. Przepraszając gubernatora za spóźnienie - machnął mu łaskawie ręką - zajęli szybko swoje miejsca. Gdy Heckman zauważył, kto koło niego siedzi wzdrygnął się lekko i skierował pospiesznie wzrok na Ritę, która zresztą od początku nie odrywała go ode mnie. Uśmiechnąłem się szeroko i kiwnąłem mu lekko głową.
- Miło pana widzieć - szepnąłem, bo Fischer właśnie zaczął przemawiać.
- Mnie pana również panie poruczniku - odparł sztywno poprawiając guziki przy mundurze.
Dwie godziny później siedział już wyjątkowo zalany śpiewając niemieckie pieśni z wujem Albrechtem. Christian mrugał do mnie zza stołu - przytomny umysłem tak jak ja. Był inteligentny i wiedział, że może dziś wiele zyskać jeśli tylko zachowa przytomność umysłu. Ja już odbyłem większość ważniejszych rozmów z każdym obecnym tu, liczącym się oficerem. Teraz mogłem zająć się przyjemniejszymi sprawami.
Po 30 minutach rozmowy z Ritą zaproponowałem jej spacer.
- Spacer na górę ma się rozumieć? - uśmiechnęła się z przebiegłym błyskiem w oku. Parsknąłem szczerym śmiechem.
- Jak sobie życzysz moja droga - przeszliśmy na 'ty' już na początku rozmowy.
- Tylko.. - zaczęła i wymownie spojrzała na Heckmana.
- On już długo przytomny nie będzie - mrugnąłem.
- Ile mu dajesz czasu?
- Hm... 10 minut maks - odparłem i rozparłem się wygodnie na krześle.
- Ma mocną głowę. Daję 20.
Heckman - jak to się tutaj mówi - krakowskim targiem spał po 15 minutach. Zakład został nierozstrzygnięty, natomiast my mieliśmy wolną rękę.
- Wyjdź pierwsza. Dołączę do ciebie za 10 minut. Klucz do pokoju - podałem jej.
Rita wstała po chwili i ze szelmowskim uśmiechem poprawiła sukienkę. Pożegnała się z Fischerem, mówiąc, że dopadła ją migrena i jak najszybciej musi udać się do snu.
Christian z Federicą patrzyli na mnie rozbawieni. Przez parę minut zabawiałem marszałka rozmową, gdy w końcu postanowiłem udać się na górę.
- Poruczniku Heydrich, tak wcześnie nas pan opuszcza? - spytał gubernator - z udawanym bądź nie udawanym - żalem.
- Niestety, jestem dziś wyjątkowo zmęczony.
- Migrena? - odparł lekko z uśmieszkiem.
Zaskoczony uniosłem brwi. Nieczęsto ktoś potrafił mnie tak zajść. Na szczęście Fischer widząc moją minę, dodał rozbawiony.
- Poruczniku, proszę nie zwlekać, panienka na pewno już na pana czeka. I oczywiście - zostanie to między nami - mrugnął do mnie.
Z pogłosek słyszałem, że nie za bardzo przepada za Heckmanem, ale liczy się z jego pozycją, toteż nie zdziwiłem się zbytnio tą reakcją. Zadowolony pożegnałem się ze wszystkimi i ruszyłem po schodach na górę.
Rita czekała na mnie stojąc tyłem przy oknie. Gdy zamknąłem za sobą drzwi, jak mała dziewczynka podbiegła do łóżka, rozpuściła włosy i z ujmującą beztroską rzuciła się na nie.
Znalezione obrazy dla zapytania dziewczyna w łóżku gif
Tak, to zdecydowanie miała być jedna z moich ciekawszych nocy.

niedziela, 22 stycznia 2017

Od Izy

Byłam rozbita. Miałam ochotę dorwać te niemieckie ścierwa i siłą zabrać Zośkę jednak wiedziałam że nawet bym się nie dostała tam gdzie ona jest. Zostało mi tylko dbanie o babcię. Była twardą kobietą lecz wiedziałam że bardzo przejeła się ostatnimi wydarzeniami.
Kiedy zasnęła ja zeszłam do kwiaciarni aby ją zamknąć. Nie mam dziś głowy do klientów.
Kiedy tylko otworzyłam drzwi prowadzące z klatki schodowej do kwiaciarni ktoś na mnie wpadł przez co prawie bym upadła.
-Cholera Kamil!
-Wybacz Iza..
Spojrzałam za niego i zobaczyłam grupkę całkiem mi obcych młodych ludzi.
-Co jest?-zapytałam.
-Gdzie Zośka??
Westchnęłam i smutno odpowiedziałam.
-Zabrali ją. Dwóch Niemców. Nie wiem o co poszło ale jak ich dorwe to zabije. Niedość że zabrali Zosie to jeszcze jeden celował w moją babcie.
-W babcie?-Kamil dodatkowo się zmartwił.
Była mu jak własna babcia.
-Nic jej nie jest. Teraz śpi.
-O której ją zabrali?-odezwał się jakich chłopak-Jestem Janek.
-Trzy, może cztery godziny temu.
-Wytępie te psy..-syknął ze złości jeszcze inny chłopak.
-Co się dzieje?-zwróciłam się do Kamila.
-Zośka ma kłopoty.
-To wiem.-przymróżyłam oczy-Kamil tylko mi nie mów..-usiadłam na schodach-To nie jest prawda?
-Niestety tak-wiedział o co mi chodzi.
-Ty ją w to wciągnąłeś?-napadłam na niego-Mało ostatnio przeżyła?! Ona nie myśli racjonalnie!
-Sama się zgłosiła. Ja nawet nie wiedziałem.
-A ty?-spojrzałam na niego czując na sobie wzrok jego kumpli.
-To była moja decyzja.
Westchnęłam.
-Trzeba ją wydostać. -odparłam.
-Trzeba..-westchnął Kamil i spojrzał na chłopaków-Zbieramy się.. Trzeba coś wymyślić.
-Idę z wami!-odparłam pewnie i wstałam.
-Nie, Iza zostajesz.
-A kim ty jesteś żeby mi mówić co mam robić?-obużyłam się-To też moja przyjaciółka.
-Nie masz pojęcia nawet o strzelaniu z broni ani o walce..
-Ale mam informacje które mogą pomóc-zaparłam ręce na biodrach.
-Jakie?
-To jak? Mogę?-byłam pewna swego.
-Iza..
-Beze mnie nie uda wam się to tak łatwo i szybko. Mogłabym to zrobić sama ale też potrzebuje pomocy a wy jako ruch..-sprecjalnie nie dokończyłam, a wiadomo kto w danej chwili słucha???-Razem uwolnimy Zośkę.
-Co to za informalcje?-odparł chyba najstarszy, czyżby dowódca?
-Znam jednego z tych niemców.
Kiedy to powiedziałam wszyscy spojrzeli się momentalnie na mnie zaskoczeni.
-Jak to znasz?!-odparł Kamil.
-Był u mnie w kwiaciarni niedawno. Chyba wpadłam mu w oko.. Czemu by tego nie wykorzystać?-odparłam i tylko patrzyłam w ich zaskoczone twarze.-Tak samo jak wy gardze niemcami, przy okazji będę miała satysfakcję że jednego "wykorzystałam" na swoją korzyść.
-No nie wiem..-odparł Kamil.
-Można tu gdzieś usiąść i porozmawiać?-zapytał Janek.
-Tak tylko zamknę kwiaciarnię. Pójdziemy na górę tylko nie obudźcie babci.

Od Zosi

  Stałam przed jedną  z cel,  do której prawdopodobnie mieli mnie wsadzić.  Czułam się jak więzień,  wiedziałam a raczej byłam pewna że idę na śmierć. Jednak nawet jeśli przyjmę to nie spuszczając głowy w dół. Nie wydam swoich a ja już dowiem się który śmiał powiedzieć o nas szkopom.
  Johan podszedł do mnie kulejąc, uśmiechnęłam się pod nosem co jego wyraźnie to rozjuszyło.
-Zaraz ci zetrę ten uśmieszek z twojej pięknej twarzyczki.
  Złapał mnie za szmaty i wrzucił do celi. Wpadłam na ścianę, moje zranione ramię zapulsowało z bólu a ja tylko zacisnęłam zęby by nie pokazywać szkopowi że zabolało.
-Poczekaj aż zaczną cię przesłuchiwać,  wtedy będziesz błagać o śmierć.
-Nigdy nie będę was o nic błagać.  - oplułam jego mundur czym bardzo go zdenerwowałam.
  Uderzył mnie z całej siły  twarz, upadłam na kolana jednak szybko starałam się podnieść. Opierając się o ścianę wstałam i spojrzałam na niego.
-Będzie trudno ale to nie problem. -  parsknal  Johan i wyszedł.
  Zacisnęłam pięści i spojrzałam na ranę. Nie jest dobrze,  ale muszę wytrzymać ile się da.

Od Janka

- Puśćcie jakąś muzykę - zaczął marudzić Michał wylegując się u mnie na wersalce i zajadając ciastka.
- Jeszcze jakieś życzenia? - parsknąłem. 
Róża która ku świadomości wszystkich kochała się w Miśku już od dłuższego czasu w ciągu minuty pobiegła ustawić płytę na naszym gramofonie walizkowym firmy Victrola i już po chwili rozległ się znany wszystkim głos słynnej sopranistki Kristen Flagstad.
Tadek z niesmakiem zerknął w jego stronę.
- Wyłączcie te niemieckie jęki.
Siostra odwróciła się z godnością
- Kristen Flagstad jest norweską śpiewaczką operową dla twojej wiadomości.
- Ale do Niemiec jej bardzo bliziutko - odparł Tadeusz. 
- To tak jak i nam. Norwegia w końcu leży bezpośrednio naprzeciwko nas - Hania wtrąciła się dyskusji.
- Co nie zmienia faktu że znajduję się pod niemiecką okupacją - odparł Tadeusz.
- Tak jak i my - mruknąłem.
Zapadła cisza. 
- Myślicie, że.. kiedyś to się skończy? - szepnęła po chwili moja siostra.
Bronek niespodziewanie prychnął. 
- Kiedyś tak, ale słabo to widzę z tymi naszymi 'działaniami wyzwoleńczymi'.
- O czym ty mówisz? - zainteresował się Michał.
- Po prostu.. Denerwuje mnie ta nasza bezradność. Wstąpiliśmy do Wawra...A i tak niewiele więcej robimy. 
Gdy zamilkł w jednej chwili wydarzyły się dwie rzeczy. Do pokoju weszła mama niosąc dodatkową porcję ciastek. Nie miałem pojęcia skąd to wzięła, zwłaszcza, że teraz zaczynał to być towar deficytowy. Sama jako śpiewaczka pochwaliła nasze 'gusta muzyczne' i w tej samej chwili wpadł za nią zdyszany Romek.
- Mam rewelacyjne wiadomości! - krzyknął i opadł na krzesło - Ale najpierw dajcie mi coś do picia - zarządził.
Mama wypełniając obowiązki gospodyni domowej pospieszyła do kuchni i po chwili zgrabnym krokiem przyniosła mu świeżo wyciskany sok pomarańczowy.
Uniosłem brwi, ale nic nie powiedziałem. Póki jeszcze stać nas było na takie drobne luksusy - czemu rezygnować?
Gdy Romek zaspokoił swoje pragnienie w końcu ponaglany naszymi niecierpliwymi prośbami, powiedział.
- Wracam prosto od Kwapisza. Prosił żeby wam przekazać, że mamy akcję do przeprowadzenia. Na razie może nic wielkiego - wybicie szyb w zakładzie polskiego zdrajcy, który wydaje Niemcom Polaków. Szczegóły mamy dogadać jutro, w magazynie o 18. Czarny ma dowodzić przeprowadzeniem tej akcji - Romek mrugnął do mnie zadowolony. 
Po tej informacji wpadliśmy w iście szampańskie nastroje. Zaraz poleciało parę kieliszków mocniejszego trunku i zaczęliśmy tańczyć.
Znalezione obrazy dla zapytania kamienie na szaniec gify
Tańcząc z Halszką, kątem oka obserwowałem Michała i moją siostrę, ale byłem zbyt w dobrym humorze, by cokolwiek skomentować.
- Ładnie dziś wyglądasz - powiedziałem uśmiechając się do niej lekko.
Zarumieniła się delikatnie, ale to tylko dodało jej urody.
Poczułem na karku czyjeś spojrzenie. Obróciłem w tańcu Halszkę i zmieniłem pozycję.
Zobaczyłem oczy Hani wpatrzone we mnie z przybrzeżnym smutkiem, ale nie zdążyłem zareagować bo w tej właśnie chwili do środka wpadła kolejna osoby.
- Ej no co dziś z wami, zjawiacie się jak.. - zacząłem rozbawiony, ale umilkłem widząc przerażenie w oczach - jak się okazało Kamila.
- Mają Zośkę - powiedział blady.
Zapadła cisza, przerywana jedynie śpiewem sopranistki, którą moja siostra szybko wyłączyła. Przestaliśmy patrzeć.
- Jak to 'mają' Zośkę? - spytał zszokowany Bronek.
- Nie czas na wyjaśnienia - odparł szybko Kamil - Właśnie idę do Izy, jej.. naszej przyjaciółki. Może uda mi się dowiedzieć czegoś więcej.
Nie myśląc wiele, złapałem za zieloną bluzę i zakomenderowałem.
- Idziemy z tobą.
Czułem na sobie zaniepokojone spojrzenie mojej matki i siostry. Wszyscy pozostali zaczęli się również zbierać. Nieważne, że znaliśmy ją w większości.. dwa dni?
Nie mogliśmy zostawić jej na pastwę losu.













































Od Michaela

- Ubieraj się - mruknąłem rozkazująco nawet nie patrząc na leżącą za mną Adele.
Gdy zapiąłem ostatnie guziki mankietów i wstając zapiąłem pas z bronią, ta jednak nadal leżała nago bynajmniej nie spiesząc się do wykonania mojego polecenia i uśmiechając się leciutko.
Wiedziała, że miałem do niej jedynej z niewielu wyjątkową słabość, jednak w tym momencie miałem ochotę zetrzeć jej ten złośliwy uśmieszek z twarzy.
Patrzyła mi wyzywająco w oczy i bezczelnie odpaliła przy mnie papierosa. Cholera, lubiłem to w niej. Lubiłem to że w przeciwieństwie do innych nie wlepiała pokornie wzroku w moje buty, ale hardo unosiła podbródek.
Niespodziewanie zwinnie jak kotka znalazła się przede mną i pociągnęła mnie lekko za pasek z bronią.
Roześmiałem się cicho.
- Adele Neumann, ta pewność siebie kiedyś cię zgubi - wyszeptałem jej do ucha. Zbliżyłem usta do jej szyi, jednak zaraz się odsunąłem ku jej wyraźnemu rozczarowaniu.
Cóż, obowiązki wzywają.
Gdy ruszyłem w kierunku drzwi, nie wytrzymała. Zdjąwszy chwilowo swoją maskę femme fatale i krzyknęła.
- Michael, kiedy się znów zobaczymy..?
W odpowiedzi wysłałem jej tylko lekko kpiący uśmiech i zamknąłem drzwi.
Każdą - nawet tą najbardziej hardą i niedostępną - z łatwością potrafiłem ujarzmić.
Ruszyłem w kierunku drzwi. Luksusy Grand Hotel dawało się odczuć na każdym kroku. Po drodze zasalutowało mi parę oficerów,  a przy wyjściu zatrzymał mnie SS- Strumbanfuhrer Heckman z kochanką przy boku.
- Heil Hitler! -huknął. Odpowiedziałem mu tym samym czując na sobie cały czas wzrok tej dziewczyny.
Uśmiechając się szarmancko pocałowałem ją w wystawioną dłoń. Heckman nawet tego nie zauważył, wydając właśnie jakieś polecenia swojemu asystentowi.
Gdy ponownie zwrócił swoje oblicze w moją stronę, uśmiechnąłem się lekko.
- Co pana tu sprowadza panie Majorze? - zagadnąłem.
- Oh tym razem przybywam razem z Ritą z powodów natury rozrywkowej, aczkolwiek nie ukrywam, że muszę załatwić pewne interesy.
Rita. Krótkie i mocne. Pasowało do niej.
- Domyślam się, że jest pan dziś zaproszony na kolację do gubernatora Fischera? - wyrwał mnie z krótkiego zamyślenia Heckman. Uważnie badał mnie spojrzeniem.
- Oczywiście panie Majorze - uśmiechnąłem się sztucznie nie spuszczając wzroku z jego oczu - Pozwolę sobie zapytać, czy pan będzie tu nocował?
- Taak - odpowiedział przeciągle zerkając na Ritę, która to z kolei nie odrywała spojrzenia ode mnie - Słyszałem świetne rekomendacje na temat tego hotelu.
Zamilkł. Jako świetny obserwator dobrze zaznajomiony z psychiką ludzką i naturalnymi odruchami zdążyłem zauważyć, jak ważna jest dla niego ta dziewczyna.
Tym lepiej dla mnie. Obrałem sobie ją za dzisiejszy cel. Popatrzyłem na Heckmana z kpiącym uśmieszkiem, wyobrażając sobie jak ładnie po kolacji się nią zabawię.
- Hm no cóż - odparłem lekko - Na mnie już czas, obowiązki wzywają. Zobaczymy się na kolacji panie Majorze - celowo zaakcentowałem ostatnie słowo.
Heckman nie potrafił tak dobrze ukrywać uczuć jak ja, jednak znając moją pozycję nie pozwolił sobie na żaden komentarz. Uśmiechnął się nienaturalnie i zasalutował mi. Ruszając w kierunku drzwi czułem na sobie w dalszym ciągu spojrzenie Rity. Uśmiechnąłem się lekko pod nosem.
Przez hotelem na ul. Sławkowskiej posłusznie czekał na mnie mój szofer Radke. Skłonił mi się i otworzył drzwi.
- Na Szucha - mruknąłem zastanawiając się czy wuj Albrecht będzie u siebie.
Sprawa szybko się wyjaśniła gdy dotarłem na miejsce. Wchodząc do jego gabinetu, zorientowałem się, że trwało przesłuchanie.
- Ty żydowski psie! - krzyknął wyciągając pistolet.
Znalezione obrazy dla zapytania czas honoru gify
Rozbawiony odwiesiłem płaszcz.
- Nie przeszkadzam? - zagadnąłem lekko.
Wuj spojrzał na mnie i również uśmiechnął się w odpowiedzi.
- Siadaj Michaelu. Pan właśnie wychodzi - odparł ironicznie.
Rzecz jasna pobity i zakrwawiony Żyd nie mógł samodzielnie podnieść się z podłogi, toteż strażnik sam musiał go wyprowadzić.
- Coś poważnego? - zagadnąłem nalewając sobie kieliszek koniaku.
Albrecht w odpowiedzi machnął tylko ręką. Zasiadł naprzeciwko mnie i gdy już miał zacząć mówić, ktoś znów zapukał do drzwi.
- Czego znowu? - warknął i odwrócił się.
Wszedł któryś z szeregowych. Bodajże Johan. Widząc mnie jednak stropił się lekko, mamrocząc przeprosiny pod nosem.
- Mów o co chodzi, jak już tu jesteś - odparł zniecierpliwiony wuj.
- Przywieźliśmy dziewczynę z polskiego ruchu oporu. Uznaliśmy, że może dużo wiedzieć.
Albrecht parsknął w odpowiedzi.
- Ostatnio dużo przywozicie tych, którzy "mogą dużo wiedzieć" a w rzeczywistości to zwykli nieświadomi niczego pechowcy - warknął - Ale dobrze, zajmę się nią za parę dni. Na razie nie mam czasu.
Uniosłem z zainteresowaniem brwi.
- Ja mogę się tym zająć - odparłem.
- Michaelu nie chcę cię tym kłopotać, ostatnio masz dużo rzeczy na głowie..
-  Na zebranie w sprawie utworzenia getta wybieram się dopiero w sobotę. Zresztą i tak mam kilka spraw do rozwiązania. Jeden brudny polaczek w tą czy w tą nic mi nie zaszkodzi - rozłożyłem się wygodniej w fotelu.
- Hm no dobrze - wuj prawie nigdy nie potrafił mi odmówić - Na razie wrzućcie ją do celi. Może skruszeje przez jakiś czas przebywania w samotności.
Uśmiechnąłem się lekko. Gdy Johan wyszedł zatopiłem się w dyskusję z wujem, planując krok po kroku dzisiejszy wieczór.
















sobota, 21 stycznia 2017

Od Zosi

  Jechałam tak dłuższy czas, kurczowo trzymając się myśli, że wyjdę z tego cało. Gdy oni dyskutowali o czymś ja starałam się uspokoić. Sama z dwoma skopami to nie wróży dobrze. Szukałam punktu zaczepienia, nie wiedziałam czy mogę wyskoczyć z wozu czy zostać, czy ugadać z nimi cokolwiek, choć wiem, że to wcale nie rozwiąże sprawy tylko ją pogorszy. Dyskretnie spojrzałam na nich, broń mieli przy sobie jednak gdybym po nią sięgnęła prędzej ten drugi by odciął mi rękę bez mrugnięcia okiem niż zareagował z opóźnieniem.
-... będzie źle jak nie zawieziemy jej do dowódcy. Nie myśl nawet o tym żeby ją tknąć.
-Nie słuchaj się tak zasad, można je nagiąć... nic przecież jej nie zrobię, wróci w całości... - zaśmiał się.
  Dobra, musiałam coś zrobić.
  Wjechaliśmy do lasu, wtedy, siedząc za ich plecami postanowiłam wymyślić plan. Cokolwiek.Miałam szanse wyskoczyć, jednak gdy tylko bym to zrobiła mam gwarantowaną kulkę w głowę. Dla nich to nie problem... jednak zaryzykowałam gdy po prawej był spad obok drogi. Zacisnęłam pięści i gdy oni dyskutowali, czy mogą mnie w ogóle dotknąć ja skorzystałam z okazji i gdy tylko skręcali ja wyskoczyłam i spadłam z wozu, turlając się kilka dobrych chwil w dół. Skończyłam uderzając w drzewo, z początku nie mogłam wstać, jednak słyszałam jak dwa szkopy wołają mnie i strzelają.
  Pobiegłam przed siebie mając nadzieję, że mnie nie postrzelą, że wyjdę z tego cało. Jednak przeliczyłam się i poczułam ból w prawym ramieniu. Krzyknęłam, jednak biegłam dalej nie oglądając się. Ukrywałam się za drzewami, by utrudnić im trafienie. Dopiero potem wpadłam na jednego z nich i wtedy moja próba ucieczki okazała się problemem. Zderzenie było tak silne, że upadłam i zaczęłam czołgać się jak najdalej od nich.
-Szkoda, że podjęłaś próbę ucieczki... - westchnął jeden z nich.
-Zostaw mnie w spokoju! Ty i cała reszta jesteście do dupy! - krzyknęłam po niemiecku. Jeden z nich dotknął mojego ramienia a ja strząsnęłam jego paskudne łapska. - Zostaw mnie psie!
-Niemiła... - syknął.
-Trzeba ją chyba uspokoić... - dodał ten, na którego wpadłam.
  Zacisnęłam zęby i gdy jeden z nich zbliżał się do mnie starałam się uspokoić. Wstałam i patrzyłam w górę, z uniesioną głową na tego pieprzonego szkopa i czułam tylko, jak wgłębi siebie umieram z bólu przez krwawiące ramię.
-Chyba nie będzie stawiać oporu. - roześmiali się pozostali.
-Dawaj, Johan, chyba nie odmówisz. - uśmiechnęłam się zachęcająco.
  Łatwo go podpuściłam, gdy zbliżył się do mnie i chciał mnie brutalnie pocałować, ja skorzystałam z okazji i wyjęłam z jego pasa broń. Wycelowałam w jego pierś, zaskoczony tylko na mnie patrzył, potem zaczął się śmiać. Ja, twardo stojąc, nie obawiając się konsekwencji że zabiję jednego z nich powoli naciskałam spust.
-No, zastrzel mnie. - parsknął Johan.
-Nie jestem tobą. - wycedziłam przez zęby. - Nie zabijam. Chcę tylko wolności, nic nie zrobiłam.
  Gdy przyciągnął mnie do siebie, dotykając mój tyłek zła, wręcz wściekła strzeliłam mu w kolano. Johan krzyknął, padając na kolana, pozostali tylko wpatrywali się to we mnie, to w niego.
  Odwróciłam się do nich i wycelowałam.
-Nawet nie umiesz się posługiwać bronią. - odparł jeden z nich niewzruszony.
-Odłóż to albo od razu wlepimy ci dwie kulki w łeb.
-Puśćcie mnie. - wycedziłam.
  Jeden z nich podszedł do mnie zbyt blisko, jednak nie zamierzałam strzelać. Zacisnęłam zęby i zamknęłam oczy gdy stanął zbyt blisko mnie.
-Nie pozwolę wam mnie nawet palcem dotknąć. - prawie naplułam mu w twarz. Spojrzałam mu prosto w oczy. - Nie ugnę się przed takim diabłem jak ty czy któryś z was.
-Jednak, radziłbym jechać z nami jeśli chcesz pożyć. - uśmiechnął się.
-Po co wam ja...? - spytałam zupełnie w szoku.
-Ktoś doniósł nam o tajnej polskiej, psiej organizacji a wspomniał o Zośce, która często chodzi między cukiernią a kwiaciarnią, to ty, prawda?
-N...Nie... - kręciłam głową w szoku.
  Kto mógł nas wydać...?
-Wiesz coś na ten temat? Na temat tej organizacji? To wszystko wyśpiewasz ładnie u dowódcy. Idziesz z nami.
  Złapał mnie za postrzelone ramię i wytargał z lasu. Johan za pomocą tego drugiego dotarł do wozu. Już mogłam się pożegnać... ze wszystkim...

piątek, 20 stycznia 2017

Od Zosi

  Po przysiędze miałam zamiar się zebrać do domu. Za niecałe pół godziny nadejdzie moment kiedy zapewne wszyscy zebrani tutaj będą musieli się zbierać a wolałabym uniknąć wściekłości ojca czy mamy.  Nie chcę ich martwić...  Oczywiście w razie czego Iza będzie mnie kryć  jednak...  Nie mogłam pozwolić na to by ich niepotrzebnie denerwować. 
-Idziesz już? - spytał Kamil.
-Tak, powinnam się powoli zbierać...
-Odprowadzić Cię?  -  spytał Kamil szybko. 
  Zawsze jako przyjaciel dotrzymał mi kroku jednak tego wieczoru wolałabym zostać sama mimo niebezpieczeństwa na jakie mogłam się narazić.
-Kamyk zostajesz -  odezwał się dowódca. - Bronek, Czarny,  odprowadzicie ją.
-Tak jest.  -  wstali i jeden stanął po lewej a drugi po prawej. 
  Ruszyłam z lekkim uśmiechem na ustach,  a oni wpatrywali się w niego jakby szukali powodu mojego rozbawienia.
-A co Cie tak rozbawiło? -  parsknął Bronek.
-Nasza obecność...  Albo zadowolona bo śpieszno  jej do kogoś...
  Spochmurniałam. Pytanie nieco bolesne, ściągnelam brwi i spuściłam głowę w dół.
-Przepraszam...  Ja...  -  najwyraźniej Czarny domyślił  się czemu zmieniłam postawę.
-To nic.  -  spojrzałam na niego znów lekko się uśmiechając.  -  Nie zdążyłam cię poznać, ty moje imię znasz a ja twojego nie.
-Jan Wojciechowski.  -  kiwnął mi z uśmiechem.
-Zawsze tak wszyscy skaczecie  z radości?
-Tylko w takich chwilach.. Oczywiście jeszcze są momenty kiedy sobie pożartujemy... - mruknął Bronek.
-A Ty zawsze taka tajemnicza,  stojąca z boku? Widzę,  że Agata już zdążyła cię otoczyć.  -  zaśmiał się.
-Jest bardzo miła. - uśmiechnęłam się szeroko. - Filip również.
-Ale kawał z niego złośliwca. - parsknęli.
-Dalej wrócę sama.  -  zatrzymałam się na krańcu lasu. 
  Obaj spojrzeli po sobie,  jednak jak na razie żaden nie skomentował.  Wgapiali się we mnie jak sroka w gnat a ja tylko głowiłam się o co im chodzi.
-No co?
-Przykro mi,  Zośka,  ale jesteśmy zmuszeni odprowadzić cię pod sam próg. -  odparł z uśmiechem Janek.
  Przewróciłam oczami z uśmiechem i poszłam przed siebie. Nie słyszałam za sobą kroków więc odwróciłam się i spojrzałam na nich jak stali za mną. Zaśmiałam się i machnelam ręką.
-Ruchy panienki. - mrugnęłam do nich i ruszyłam dalej.  Dwa razy nie musiałam ich prosić.

  Dopiero wczesnym rankiem poszłam do cukierni gdy mama jeszcze spała. Zrobiłam tam porządek i szybko wyskoczyłam do Izki, wbiegłam  do kwiaciarni gdy świeżo jej babcia właśnie ją  otwierała.
-Dzień dobry! - uśmiechnęłam się szeroko i objęłam  jej babcię.
  Była jak moja własna...
-Iza będzie za godzinę...
-Pomogę Pani.
-Dużo kręci się tutaj szkopów... - mrugnęła pod nosem.
Wiedziała,  że nie trawie ich szczególnie.  Każdy z tych psów niemieckich mógł zabić Krzyśka i ma zamiar zabić mnie,  cala Polskę i wszystkich na których  mi zależy.
Zacisnelam zęby i dalej jak gdyby nigdy nic wzruszyłam ramionami.
-A jednak służę pomocą. - uśmiechnęłam się i czekałam na przyjaciółkę.
  Tak bardzo chciałam by wiedziała kim jestem i co zaczynam robić. Nie mogłam jej tak okłamywać, kiedyś się dowie... Oby nie od osoby trzeciej... Tylko ode mnie samej.
  Wielu Niemców się tu kręciło,  jeden z nich wszedł tu i spytał o Izę,  zagotowalo  się we mnie jak nigdy w życiu. Zacisnelam dłonie w pięści,  szkop od razu to zauważył. Zmróżył oczy i uśmiechnął się złośliwie.
-Pozwoli pani że mną. - odparł i kazał mi iść z nim.
  A ja stałam jak wryta. Nie pozwoliłam sobie rozkazywać. Nie on od tego jest. Nie jest moim dowódcą i nie będę słuchać się psa.
  Tylko się w niego wpatrywałam a on powoli łapał  za broń. Ja nieugieta  stałam i nawet nie drgnęłam.
  Babcia Izy stała i nie wiedziała co ma robić. Niemiec zauważył że nawet nie drgnę więc wycelował w babcie Izy. Wtedy to mnie zmrozilo  od góry do dołu. Zaczęłam się trząść,  mężczyzna uśmiechnął się złośliwie.
-Nie próbuj nawet... - wycedziłam.
  Gdy miał nacisnąć spust do środka wszedł kolejny,  który zdaje się był z tym który całował w nas.
-Johan, co do... - zamilkł.
  Westchnęłam z ulgą że nie strzelił. Zacisnęłam zęby i dalej nieugięta stałam wpatrzona w obu szkopów.
-Pani jedzie z nami. - odezwał się ten co wszedł. Nigdy wcześniej go tu nie spotkałam.
  Poza tym skąd ten cały Johan zna Izę...?
  Odwróciłam się do babci Izy i szepnęłam tylko na odchodne.
-Nic pani nie wie i nic pani nie powie Izie. Wrócę tu nic mi nie będzie przysięgam.
  Gdy podeszłam do szkopów pchnęli mnie w stronę wyjścia z kwiaciarni. Minęłam Ize która tylko zaszokowana odwróciła za mną głowę.
-Zośka?!?!
-Zostaw mnie. Nie znasz mnie. - warknęłam. - Wrócę. - powiedziałam sama do siebie i zajęłam miejsce obok Niemców i odjechaliśmy.
  Toś się teraz odwagą popisała to masz co chciałaś głupia...

czwartek, 19 stycznia 2017

Od Izy

Zosia dziwnie się zachowywała. Czułam że coś ukrywa. Miałam tylko nadzieje że nie wplątała się w coś.
Kiedy szłam drogami Warszawy zobaczyłam Kubę. Pomachał mi.
Czułam że nie byłam dla niego już tylko przyjaciółką. Niestety dla niego on nadal był mi jak brat.
-Iza poczekaj..
-Tak?-zatrzymałam się.
-Gdzie idziesz?
-Do kwiaciarni.
-Mogę Cię odprowadzić?
-Czemu by nie.
Ruszyliśmy więc dalej.
-Słyszałaś o tym że Niemcy znowu zabierają ludzi?
-Nie. Kiedy?
-Na starym mieście. Właśnie teraz.
-To straszne. Gdzie ich zabierają?
-Nie wiem..-zamilkł-Oni nie wrócą, tak jak poprzedni.
Oboje szliśmy w milczeniu.
-Trzeba w końcu z tym coś zrobić-obużyłam się.
-Nie damy rady.
-Pesymista.
Dotarliśmy wreszcie do kwiacarni.
-To cześć.-odparłam i weszłam do środka.
Babcia akurat podcinała róże.
-Dzień dobry babciu-pocałowałam ją w policzek.
-Iza jest troche pracy a ja...
-Oczywiście że wszystkim się zajmę. Idź do domu.
Kwiaciarnia mieściła się na parterze kamienicy w której mieszkałyśmy i która należała do mojej rodziny. Dlatego też mogłam w kwiacarni siedzieć nawet po godzinie policyjnej która miała być już za dwie godziny.
-Jesteś kochana.
Babcia wyszła na zaplecze gdzie były schody prowadzące do domu.

***

Było już późno kiedy dzwoneczek w drzwiach zadzwonił.
Wyjrzałam za lady aby zobaczyć kto tak późno raczył mnie odwiedzić. Zmartwiłam się kiedy zobaczyłam żołnierza, niemieckiego żołnierza.
-Dobry wieczór.-odparł po niemiecku, na szczęście znałam ten język, każdy musiał
-W czym mogę pomóc?
Niemiec spojrzał się na mnie i przez chwilę nic nie mówił.
-Zobaczyłem Cię przez szybę i postanowiłem Cię poznać.
-Mnie?
Byłam zaskoczona!!! Bałam się Niemców, nie wiadomo było kiedy coś im odbije..
-Johan a ty?
-Izabella.-wolałam się nie sprzeciwiać.
-Ładne, polskie.
Uśmiechnęłam się.
Jak na Niemca był przystojny i miły.
-Poproszę tę różę. Największą i najpiękniejszą.
-Dla dziewczyny?-zapytałam z uśmiechem wybierając kwiat.
-Może.
Podałam mu z uśmiechem, szczerym.
-Dla Ciebie.
-Dla mnie?
-Ładna róża dla ładnej panny.
Czułam jak po mojej twarzy spływa rumieniec.
-Dziękuje.
-Poruczniku..-odezwał się jakiś inny żołnierz wchodząc do kwiaciarni.-Jedziemy dalej.
-Muszę jechać ale czuje że jeszcze się spotkamy.
-Możliwe.-odparłam trzymając róże i wpatrując się w niego.
-Do zobaczenia.
Wyszedł a ja jeszcze chwile wpatrywałam się w drzwi po czym dotarło do mnie to wszytko. Odłożyłam różę.
-To Niemiec, okupant. Ogarnij się Izka!!-warknęłam do siebie.
Zaczęłam podlewać kwiaty przed kwiaciarnią śpiewając swoją ulubioną piosenkę. Drogi warszawy były już praktycznie puste. Tylko gdzie niegdzie można było dostrzec ludzi, śpieszących się do domu.

Od Janka

 Siedziałem między Bronkiem i Michałem i rozbawiony przysłuchiwałem się ich sprzeczki. Było zdecydowanie inaczej. Panował wprost nieopisany wesoły gwar. W pewnej chwili poczułem się tak jak dwa lata temu, na zwykłej wieczornej zbiórce. Bez tego całego piekła wokół. Zapatrzyłem się w niebo uśmiechając się do swoich wspomnień.
Jednak mimo wystawionych dookoła wartowników nie traciłem czujności. Wyrwałem się z rozmyślań ważnie przeczesywałem wzrokiem las. Dochodziła 20 i jak na tą porę roku wyjątkowo szybko się ściemniło. Nie mieliśmy dużo czasu - za półtorej godziny musieliśmy w małych grupkach powoli opuścić miejsce zbiórki, aby zdążyć przed godziną policyjną. Najczęściej każdy z nas najstarszych odprowadzał po dwie dziewczyny pod sam próg domu.
Wiedziałem jak niebezpieczne było nasze spotkanie tu. Mimo że byliśmy doskonale zabezpieczeni (wokół małej polanki na której rozpaliliśmy ognisko dużo wcześniej poukładaliśmy gęste zarośla wokół, które skutecznie nas maskowały). Gdyby jednak któryś z niemieckich patroli się na nas natknął.. Cóż nie byłoby wesoło, jednak w końcu należeliśmy do Grup Szturmowych Szarych Szeregów. To nas do czegoś zobowiązywało.
W końcu pojawili się najdłużej wyczekiwani - Grzesiek z Halszką i Miłoszem a po nich niespodziewanie Władek z Anielą oraz Tadek z Wandą i Rozalką, którzy wcześniej zgłaszali, że raczej nie dadzą rady przyjść.
Oczywiście każdy z nich przybrał nowe pseudonimy, których nasz komendant Władysław Kwapiński - 'Kwapisz' kazał się szybko nauczyć, ale znając się od paru, jak nie parunastu lat ciężko było nam się przestawić.
- W końcu - mruknął dowódca - Siadajcie, nie mamy dużo czasu.
- Sam komendant mówił, że ostrożność przede wszystkim - mruknął Tadek posłusznie z pozostałymi zajmując miejsca.
Kwapisz nie mając już na to co odpowiedzieć, uśmiechnął się lekko, wstał i zaczął wszystkich uciszać.
Momentalnie ucichły rozmowy. Jedynie jeszcze Halszka wyszeptała mi nad uchem 'Czarny, przesuń się trochę' i Kwapisz przemówił.
- Hm jak pewnie podejrzewacie jest to dosyć ważna zbiórka. Zacznę od wiadomości najistotniejszej, która zapewne was ucieszy. Otóż od wczoraj tj. od dnia 20.06.1940 nasza drużyna oficjalnie przynależy do organizacji Wawra.
Rozległy się mocne brawa i radosne okrzyki.Wawer działał dopiero od paru miesięcy, ale był nam dobrze znany. Wiedzieliśmy, że gdy tylko do niego dołączymy, będziemy oficjalnie mogli angażować się w akcje.  Bronek szturchnął mnie w ramię.
- W końcu będziemy mogli zacząć działać na pełnych obrotach - westchnął z zadowoleniem.
- Damy szkopom popalić - dodał podekscytowany Misiek.
- O tak a ty w szczególności - parsknęła śmiechem Halszka.
Przekomarzali się jeszcze chwile, po czym Kwapisz znów zabrał głos. Słuchałem go uważnie wpatrując się w liżące języki ognia.


- Oprócz tego w nasze szeregi dołączą dziś trzy nowe osoby - uśmiechnął się tajemniczo.
Wszyscy zaczęli się ciekawie rozglądać. 'Nowych' nie było trudno wyłapać. Chłopak czający się gdzieś w tyle stał dumnie wyprostowany, jednak w jego oczach wyraźnie malowała się niepewność. Stojąca obok dziewczyna nawet nie kryła się ze strachem, rzucając na wszystkich lękliwe spojrzenia.
'Trzecią' też szybko wyłowiłem wzrokiem. Ta jednak nie trzymała się z daleka, tylko siedziała między Filipem z Agatą, a Kamilem. Przyjrzałem jej się z zainteresowaniem i w tym samym momencie mój wzrok wyłapał Michał.
- Niezła - parsknął śmiechem - Ale uważaj Bronek już sobie na nią naostrzył zęby.
- Co Bronek co Bronek? - wychylił się mój przyjaciel z boku, a ja rozbawiony wstałem i ruszyłem w stronę linii drzew, ponieważ Kwapisz właśnie wydał polecenie sformowania w szyku apelacyjnym.
Zapiąłem zieloną bluzę, która na ten moment zastępowała mi mundur i  po chwili gdy wszyscy zaczęli się zbliżać, razem z Władkiem, Miłoszem, Stefkiem, Wandą, Krysią i Filipem którzy również byli zastępowymi wydałem komendę.
- W dwu szeregu frontem do mnie zbiórka.
W momencie ustawiła się przede mną moja szóstka - Misiek z Bronkiem (którzy dorównywali mi stopniami, ale woleli mi powierzyć dowództwo) Tadeusz Halszka Rozalia i Romek, który właśnie w tej chwili szczerzył do mnie zęby.
Powstrzymałem śmiech i w dalszym ciągu wydawałem komendy.
- Baczność - zakomenderowałem - Spocznij. Kolejno - odlicz.
Po chwili Kwapisz stanął na środku, a obok niego Matylda - jego osobista pomocniczka - i Wróbel - Andrzej Wróblewski, drugi dowódca - który pojawił się przed chwilą i mrugał do nas porozumiewawczo.
- Zastępowi do złożenia raportu wystąp - zakomenderował uroczyście Kwapisz.
Po złożeniu raportu przez Władka i Miłosza przyszła kolej na mnie.
- Druhu komendancie zastępowy Jan Wojciechowski melduje zastęp 'Czarne Wilki' na apelu wieczornym. Stan zgodny sprawdzony.
W końcu po wszystkich ceregielach, Kwapisz przeszedł do głównej sprawi.
- Zofia Nowacka, Janina Górska i Artur Górski - wystąp.
Niepewnie cała trójka wyszła ze swojej trzy-osobowej grupki w której stali do tej pory na brzegu. Byłem ciekawy do których zastępów przydzieli ich Kwapisz, ale to miało się okazać pewnie dopiero za parę dni.
Kilkanaście minut później dziewczyna która już wcześniej zapoznała się z naszymi i wpadła w oko Bronkowi recytowała słowa przysięgi.

„Ślubuję na Twoje ręce pełnić służbę w Szarych Szeregach, tajemnic organizacyjnych dochować, do rozkazów służbowych się stosować, nie cofnąć się przed ofiarą życia”.

Podejrzewałem, że miała zostać tylko sanitariuszką, a nie trwale wiązać się z drużynom, mimo jednak przysięgę każdy z nich musiał złożyć.
Po całej oficjalnej ceremonii mogliśmy z powrotem wrócić do ogniska. Wtedy jeszcze nikt z nas nie wiedział, że jeden z nas spędza te chwile po raz ostatni w naszym gronie.


Od Zosi

  Weszłam do domu zmęczona. Jak zwykle, mama stała w kuchni a ja rozglądałam się za jakimkolwiek pomysłem by wyjść z domu wieczorem. Może powinnam iść, poznać tych ludzi a nie żyć tak jak do tej pory? Skoro już chcę zacząć tak swoje ''dorosłe'' życie...
-Co tam sterczysz, na miłość boską...? - westchnęła mama. - Rozłóż te talerze.
-Właśnie, bo ja... umówiłam się na wieczór z Izą.
-Wieczór? A konkretnej godziny to nie łaska podać, Zośka?
  Złapałam za talerze i rozłożyłam je szybko. Potem sztućce.
-Zawołaj brata na obiad. - odezwała się mama, po dłuższej chwili milczenia.
-Adaś, chodź. - weszłam do naszego pokoju, w którym częściej przesiadywał niż na zewnątrz. Mama i tak zabraniała mu wychodzić na długo, bała się o niego.
-Obiad. - uśmiechnęłam się do braciszka.
  Wstał i smętnie podążył do kuchni.
  Usiadłam przy stole, mama szybko zjadła i wyszła do cukierni. Jak to w soboty, otwiera je nieco później. Zostałam sama z młodszym bratem, który zdawał się wcale nie mieć apetytu. Skoro mama wyszła a wcale nie wróciła do poprzedniej rozmowy o moim wyjściu postanowiłam zostawić Adama u sąsiadki, przyjaciółki mamy. Adam wcale nie stawiał oporu, obok był jego dobry kolega z którym od piaskownicy się bawi. Szybko wstąpiłam do Izy, mieszkała ulicę stąd. Wbiegłam po schodach z uśmiechem na ustach i zapukałam szybko trzy razy do drzwi. Otworzyła mi Iza, zaskoczona moją niezapowiedzianą wizytą. Ale była zadowolona, że raczyłam przyjść... od dwóch dni się nie widziałyśmy, dla nas to prawie wieczność.
  Padłam jej w ramiona, zaczęłam się śmiać bez powodu...
-Co cię tak bawi, Zośka? - spytała zamykając drzwi.
-Jestem szczęśliwa, że mogę w końcu cię zobaczyć, Iza...! Chodź się przejść... nad Wisłę!
-Zocha... - westchnęła z uśmiechem.
-Chodź...! Dawno razem nie wychodziłyśmy na spacery... chodź... - spojrzałam na nią błagalnie i złapałam za dłoń.
-Dobrze no. - zaśmiała się a ja podskoczyłam do drzwi.

  Gdy byłyśmy nad Wisłą usiadłyśmy na trawie wpatrzone w czyste, letnie niebo. Dla takich spokojnych, pięknych chwil warto żyć.
-Wykąpiemy się? - spytałam nagle.
-Nie, no bez przesady, Zośka. - zaśmiała się Iza. - Chociaż... nogi mogę w sumie zamoczyć... - wstała i zeszła z górki prosto do zimnej wody. - Lodowata!!! - krzyknęła.
  Zaśmiałam się patrząc w jej stronę.
-Chodź!
-Ja... nie przepadam za zimną wodą...! - odparłam specjalnie ją podpuszczając.
-Zaraz ci dam zimną wodę! - zaśmiała się i zaczęła biec w moją stronę.
  Szybko się podniosłam i zaczęłam przed nią uciekać. Zawsze byłyśmy prawie równe w szybkości, jednak nieco ją prześcigałam... zazwyczaj.
  Złapała mnie, była ode mnie trochę silniejsza więc bez problemu przyczołgała mnie do Wisły i chciała wrzucić całą mnie do lodowatej wody.
-Iza!!! - zaśmiałam się. - Puść, jak Boga kocham!
  Zaczęła mnie łaskotać, dopiero teraz odpaliła się we mnie energia. Oddałam jej tym samym, prawie wpadła do wody. Złapałam ją za rękę, przyciągnęłam do siebie i przytuliłam roześmiana. Zobaczyłam jak słońce zachodzi, więc wiedziałam, że muszę się zbierać.
-Iza, ja muszę już iść...
-Tak krótko? Myślałam że dłużej tu zostaniemy.
-Przysięgam ci, że nie jeden dzień taki będzie. - złapałam ją za dłonie. - Wpadnę jeszcze jutro, dobrze?
-A gdzie idziesz teraz? - spytała, gdy zaskoczona ujrzała jak oddalam się w głąb lasu.
-Chcę pobyć sama, przejdę się jeszcze.
-Nie uważasz, że nie powinnaś chodzić sama szczególnie tak późną porą?
-Nie, mamo. - zaśmiałam się. - Do jutra.
-Pa. - odeszła w stronę przeciwną a ja ruszyłam w głąb lasu.

  Usłyszałam śmiechy, więc ruszyłam w tym kierunku. Po kilku krokach dotarłam do całej ekipy, która zdaje się jeszcze nie była całkiem pełna. Podbiegła do mnie Agata, która uśmiechnięta objęła mnie. Była bardzo podekscytowana.
-Jeszcze nie ma wszystkich... Ale mogę cię przedstaw...
-Nie, to nie będzie konieczne. - odparłam szybko lekko spanikowana. - Należę do nieśmiałych osób, ale mam czas na poznanie wszystkich...
-Jeśli Bóg da... - odparła pod nosem i nagle się wyszczerzyła, zmieniając temat. - Chodź.
  Poszłam za nią do całego grona siedzącego przy ognisku. Komendant, jak dobrze pamiętam, kiwnął mi tylko paląc z boku papierosa. Zdawał się być nie za bardzo towarzyski, na jego twarzy widniał malutki cień uśmiechu, jednak nie byłam w stanie tego stwierdzić w stu procentach.
-Antek. - przedstawił się ktoś, stojący za mną.
  Wzdrygnęłam się nagle, serce mi stanęło. Odwróciłam się do chłopaka, był młodszy ode mnie o dwa lata, tak na oko wyglądał. Podałam mu dłoń z uśmiechem. Agata stała obok, patrząc na tego niskiego, którym tak bardzo się chwaliła ubiegłego spotkania.
-Zośka. - odparłam po dłuższej chwili milczenia chłopakowi.
-Filip, miło panią poznać. - pocałował mnie w dłoń, szelmowsko unosząc brwi.
  Agata spojrzała na niego rozbawiona. Naprawdę był niski, ale wyższy o pół głowy od Agaty. Objął ją  i pocałował, a ja z lekkim uśmiechem odwróciłam wzrok.
  W krzakach usłyszeliśmy szelest, stamtąd wyszło kilku następnych, a z jeszcze innej strony kolejny, ale szedł sam. Nie wiem skąd, jego chód był mi dziwnie znajomy... Obserwowałam go bacznie, gdy nagle z zamyślenia wyrwał mnie czyjś głos.
-Bronek. - przedstawił się chłopak w zielonej kurtce, a ja podałam mu rękę delikatnie się uśmiechając do pozostałych.
  Zanim jednak poznałam resztę, ujrzałam  Kamila.
  Zmroziło mnie. I nic mi nie powiedział...?
-Zośka? - zdziwił się podobnie jak ja.
-Nic nie mówiłeś... - powiedziałam do niego ciszej.
-Nie mogłem. Ty też nic nie pisnęłaś... nawet słowem...
-Kuba wie? Iza?
-Nikt. Papierosa? - wyjął paczkę proponując mi, jednak odmówiłam.
-Wiesz, że nie palę. - uśmiechnęłam się promiennie. - Dobrze cię widzieć.
-Ciebie też, Ruda.
-Przestań. - zagroziłam mu palcem.
-Nie ma jeszcze Grześka i... kogo?
-Trzech osób, zaraz będą. - odparł Filip, jak dobrze pamiętam.
-Mają jeszcze dziesięć minut. - odparł sucho Komendant.
  Agata siedziała podekscytowana na kolanach Filipa, ładna była z nich para. Jeszcze wielu nie zdążyłam poznać... imion nie będę w stanie mylić, jednak przy tak sporym gronie... będzie nie łatwo.

środa, 18 stycznia 2017

Od Janka

 Stałem od parunastu minut nad brzegiem Wisły i bezsensownie wrzucałem kamyki w brudną toń rzeki. Był wyjątkowo upalny czerwiec i idealne warunki do kąpieli.
Po 1 jednak w tych czasach nikt nie myślał o tak prozaicznej czynności jak kąpiel, zwłaszcza gdy w każdej chwili mógł zostać wyciągnięty na ląd i w samym stroju kąpielowym wpakowany na ciężarówkę.
Po 2 nawet jeśli nie groziłoby ryzyko ujęcia przez tych szwabskich psów, Bóg jeden wiedział co teraz prąd Wisły ze sobą niósł.
Parę dni temu niedaleko stąd na brzegu między krzakami wyłowiono ciało mężczyzny w stanie silnego rozkładu.
Ów mężczyzna okazał się wujkiem naszego biednego Antka. 
Chłopak jak wielu innych obiecał go pomścić i od tego czasu zaczął się czynniej we wszystko angażować. 
Osób, które ja chciałem pomścić było coraz więcej, a każda następna tylko bardziej rozpalała moją nienawiść do szkopów. 
Z zamyślenia wyrwał mnie odgłos zbliżających się kroków. Damskie obcasy miarowo grzęzły w piachu. Miałem świetny słuch od dziecka, toteż gdy Hania w celu zaskoczenia mnie zasłoniła mi od tyłu oczy, nawet nie drgnąłem. 
- Hm...  Ciekawe kto to - mruknąłem rozbawiony - Punktualna jak zawsze.
Hania stanęła przede mną uśmiechnięta od ucha do ucha. Jej wyraz twarzy zawsze mnie rozbrajał. W samym środku terroru i mordów ta dziewczyna była dla nas wszystkich istnym chodzącym słońcem. Miałem szczęście, że była moją łączniczką, choć od jakiegoś czasu podejrzewałem, że jej stosunek do mnie wychodzi znacznie poza relację zawodową - a nawet przyjaźń. 
- Powinieneś być ostrożniejszy - uśmiechnęła się filuternie. 
- I kto to mówi - parsknąłem - Gdzie stare sprawdzone metody? Obojętne siadanie obok siebie na ławce? Wymiana danych podczas mijania się na ulicy? No no Haniu robisz się coraz bardziej śmielsza. 
- Nikt za mną nie szedł, zrobiłam celowo dwa dodatkowe kółka. Dlatego spóźniłam się parę minut, ale chyba nie masz mi tego za złe? - uśmiechnęła się lekko. 
- Wiesz w ciągu paru minut wiele rzeczy może się wydarzyć - mrugnąłem do niej.
Dziewczyna lekko się zarumieniła. Udałem, że niczego nie widzę, ale w środku się śmiałem. Michał pewnie od razu znalazłby jakąś ciętą ripostę na ten moment.
Nie chcąc wprawiać jej dłużej w zakłopotanie, wybrnąłem zręcznie z sytuacji. 
- No dawaj co tam dzisiaj dla mnie masz.
Hania jakoś dziwnie unikając patrzenia mi w oczy, ostrożnie wyciągnęła z torebki plik dokumentów. Schowałem je pospiesznie, jednak pierwszy rzut oka utwierdził mnie w przekonaniu, że dziś to nic ważnego. Pewnie będzie trzeba znowu coś komuś dostarczyć.
- Wiesz, dziś po zbiórce jest ognisko... Przyjdziesz? - wyrwała mnie nagle z zamyślenia.
- Ognisko? -spytałem zaskoczony. 
- Komendant wyraził zgodę - wzruszyła ramionami - Ma podobno coś ważnego do przekazania. 
- Hm w takim razie czemu nie - mruknąłem a w myślach zobaczyłem co dziś pewnie będziemy tam odstawiać i uśmiechnąłem się sam do siebie.
Hania odebrała ten uśmiech na swoją korzyść i wręcz rozkwitła, a ja westchnąłem w duszy. Wkrótce chyba będę musiał z nią porozmawiać.
Wkrótce łączniczka powoli się oddaliła. Poczekałem jeszcze chwilę, a następnie ruszyłem w przeciwną stronę, by pozałatwiać wszystkie naglące sprawy.

Wieczorem gdy słońce już powoli zachodziło zapuściłem się powoli w las. Chłopaki już na mnie czekali, zobaczyłem cień zielonej kurtki Bronka. Zapatrzyłem się w zachodzące słońce i pierwszy raz od dawna wstąpiła we mnie jakaś nowa nadzieja.

Od Zosi

-Zośka! - usłyszałam krzyk Kuby.
-Zostaw mnie. - westchnęłam zła. 
-Przecież nic takiego jej nie powiedziałem... 
-Zostaw Izę w spokoju, dobra? - odwróciłam się na pięcie patrząc na przyjaciela. - Wiesz jakie są czasy teraz?! Nie wierzę w miłość od tak sobie, nie wierzę w twoje chore uczucia do niej. 
-Bo co? Bo straciłaś Krzyśka? Mnie też to zabolało, jak wszystkich. 
-Nie wybaczę tym którzy byli tam i nic nie mogli zrobić by mu pomóc. 
-Mieli narażać życie? 
  Przemilczałam to. Tak wielu ich było a żaden nie starał się pomóc Krzyśkowi? Od jego śmierci minął prawie miesiąc, wciąż bolała mnie jego strata. 
-Spieszę się do Izy. 
-Nic nie powiedziałem, przysięgam. 
-To czemu była taka dziwna gdy się spotkałyśmy? Od razu Ty przyszedłeś mi na myśl. 
-Nie mam na to czasu, Zośka. Możemy się nie sprzeczać? 
-Zrozum, Kuba... Nie rań jej... proszę. 
-Nic jej nie mówiłem! - powiedział tym razem spokojniej. 
-Dobrze... przepraszam... Nie powinnam... - odparłam nieco ciszej. 
-Kuba, wyleję cię na ten krzywy pysk jak tu zaraz nie przyjdziesz! - wrzasnął właściciel piekarni, Nowicki. 
-Już mi lepiej... przepraszam, naprawdę... wybuchłam niepotrzebnie... leć do pracy. 
-Trzymaj się. 
  Odszedł i szybkim krokiem podszedł do szefa stojącego na progu. Szybko zniknęłam za rogiem pędząc do cukierni mamy by jej pomóc. 
-Co tak długo? - spytała oschle. 
  Znów kłótnia z ojcem...? 
-Przepraszam, to się więcej nie powtórzy mamo. 
-Żebym cie tylko nie spotkała w gronie tych żołnierzyków za grosze, bo pożałujesz. 
-I tak zrobię wszystko, by...
-Nawet nie myśl o tym, rozumiesz Zośka?! - warknęła ostrzegawczo pod nosem, podając starszej pani z uśmiechem jedno z ciast. 
  Mama nie miała pojęcia o tym, co zrobiłam całkiem niedawno. Iza też o tym nie wie, nie mogę dawać jej pomysłów i narażać jej na niebezpieczeństwa ze strony przeciwnika. Ojciec chyba by mnie zabił, gdyby dowiedział się, że zostałamsanitariuszką... 
-Zamkniesz piekarnię? - spytała gdy już jej przeszło. 
-Tak, pewnie... A gdzieś wcześniej wychodzisz?
-Coś załatwić. 
  Zdziwiona odprowadziłam ją wzrokiem. 
-Dzień dobry, poproszę te cztery bułki. - wyrwał mnie z zamyślenia głos młodej dziewczynki. 
  Uśmiechnęłam się do niej i podałam jej bułki. 
-Proszę bardzo. 
-Ładną ma pani bransoletkę. - szepnęła mi cicho. 
  Zaśmiałam się i nachyliłam do niej.
-Dziękuję. - odszepnęłam. - Sama ją zrobiłam parę lat temu. 
-To przed wojną prawda? - spytała niewinnie.
  Zmroziło mnie. Nie umiałam odpowiedzieć jej na to pytanie. Jak rozmawiać z tak małą dziewczynką o tak tragicznym czasie jaki nastał? 
-Hm... a może chciałabyś coś słodkiego gratis, co? 
-Chyba mama będzie zła... 
-Na pewno nie... jak chcesz możesz zjeść tutaj, nikomu nie powiem. 
-Obiecuje pani? - zaśmiała się pod nosem.
  Była urocza...
-Pewnie. Proszę. - podałam jej ciastko. 
  Gdy zjadła podziękowała i szybko wyszła. 
  Była moim ostatnim klientem, więc wyszłam i zamknęłam cukiernię.

  Wróciłam do domu i zamknęłam za sobą cicho drzwi. W ramiona wpadł mój mały siedmioletni braciszek Adam. Objęłam go mocno i z uśmiechem spojrzałam mu w błękitne oczy, w które mogłabym patrzeć bez końca ze strachu, że pewnego dnia stracę go i całą moją małą rodzinę. Żyję w tym strachu jak wszyscy... Odkąd straciłam Krzyśka umarła pewność bezpieczeństwa, którą sama niedawno w sobie na siłę chcę obudzić. 
-Akurat przyszłaś na kolację... mama jest jakaś zła... - szepnął mi na ucho.
-Jakoś sobie z tym poradzimy. - mrugnęłam do niego i wstałam z kolan.
  Adaś pobiegł do kuchni, ja zdjęłam płaszcz i poszłam w ślad brata. Mama stała w kuchni jak zwykle o tej porze. Rozłożyłam talerze i czekaliśmy tylko na tatę. Gdy się spóźniał powoli zaczynałam się martwić, przeczuwam, że został mi uraz po Krzyśku... coraz bardziej boję się o bliskie mi osoby... 
  Gdy usiedliśmy przy stole gdy ojciec w końcu wrócił zmęczony otarł czoło. 
-Dużo pracy? - spytała mama rozweselona.
  Jak ona to robi, że w sekundę jest wesoła a w jeszcze inną wściekła?
-Dwie osoby na stole dzisiaj. - westchnął niewzruszony.
  Przemilczałam to. Nienawidziłam mówić o śmierci, a teraz takie czasy, że śmierć mam na każdym kroku gdziekolwiek bym nie poszła. 
-Mam nadzieję, Zosia, że wywiewa ci powoli z głowy ten pomysł o sanitariuszce. - napomniał ojciec. 
  ''Właśnie tato, dostałam rolę sanitariuszki, jesteś zadowolony?''
-Nie, nie do końca. - odparłam cicho. 
-Pamiętaj, że jeśli tylko się dowiem... - walnął pięściami w stół. Adam podskoczył obok mnie a ja złapałam go za rączkę. - Przepraszam... ja po prostu się o Ciebie boję, Zosia. O was wszystkich.
-Wiem, tato. Nie zrobię niczego wbrew tobie. 
  ''Kłamać umiem świetnie...'' 
  Było mi z tym okropnie źle, że muszę to robić. Jednak... nie było wyjścia...

  Weszłam do lasu, na pierwsze z moich spotkań z... ech... ciągle widzę niezadowolonego ojca... 
-To ta nowa sanitariuszka? - spytał stojący, starszy, na czele reszty. 
-Tak jest. Zosia. - odparłam i spojrzałam na niego.
  Sunął po mnie wzrokiem od góry do dołu, następnie spojrzał mi prosto w twarz.
-Niezła... - mruknął pod nosem a ja zacisnęłam zęby z poirytowania. - No, panienki. Nowa koleżanka nie znaczy, że macie zacząć się obijać... Na razie jest spokój, Niemców nie widać ale czujność trzeba zachować...
  Nie byłam pewna, że dam radę...
  Nie. Muszę. Muszę nauczyć się żyć w taki sposób by móc poradzić sobie dalej. 
-Teraz tak, Zosia, ta? - spojrzał na mnie paląc papierosa. - Jeśli się mnie nie posłuchasz, będzie z tobą kiepsko. Masz robić to co każę i postępować według reguł ustalonych przeze mnie. 
-Tak jest. - przytaknęłam. 
-No, mam wrażenie, że się dogadamy. - odwrócił ode mnie wzrok. - Spocznij. - kiwnął w stronę chłopaków. 
  Była tu jedna dziewczyna, podeszła do mnie później.
-Agata - podała mi rękę. - Jestem łączniczką i sanitariuszką. Jak coś to pomóc mogę... jakbyś czegoś nie wiedziała. - uśmiechnęła się do mnie. - Widzisz tego niskiego, po lewej? Ten obok Tomka...
-Tomka?
-Ta, on dowodzi naszą grupą, ale nie jest taki zły. Musi nami potrząsać... nieźle mu to wychodzi...
-Widzę tego niskiego, i co dalej? - spytałam nieśmiało.
-Oświadczył mi się dzisiaj. - pisnęła cicho. - Ale nikomu nie mówimy... na razie... powie to przy wszystkich wieczorem przy ognisku... idziesz? 
-Nie wiem... ja... 
-Spokojnie, nie gryziemy. - zaśmiała się. 
  Może lepiej pójść...? Nie byłam pewna...