piątek, 14 kwietnia 2017

Od Izy

-Nas jest niewielu!-wtrącił obużony i zmartwiony Jan.
-Jeżeli dobrze to rozegramy to się uda. Przynajmniej nie zginie nas wielu tak jakby to było jakbyśmy nic nie robili!-wtrącił rozgniewany Wojtek.
-Ja będę walczyć-wtrąciłam.
-A nie jesteś za młoda?-zapytał Zygmunt który nie był zadowolony z naszych planów.
-Nie mogę siedzieć i nic nie robić. Dalej nie dam rady tak.-obużyłam się.
-Izka dobrze mówi.-powiedział Leszek uśmiechając się do mnie.
Byłam na tajnym spotkaniu w piwnicy w jednej z kamienic. Szykowaliśmy się do powstania. Wywózki były juz codziennością. Getto powoli robiło się puste, albo nas wywozili albo zabijali. Musieliśmy coś z tym zrobić.
Leszek i ja byliśmy najmłodsi. Odkąd dołączyłam do tajnej organizacji zaczęłam się z nim spotykać. Był miły i zabawny. Lubiłam go, tylko lubiłam. Wiedziałam jednak, że on darzy mnie uczuciem innym niż kolega darzy koleżankę.
Ja nadal gdzieś w myślach miałam Janka, którego nie widziałam już bardzo długo. Nie dopuszczałam do siebie jednak myśli o tym, że może coś mu się stało. Miałam nadzieje, że po prostu przestał się mną interesować, że przestało mu zależeć. Wolałam to niż myśl, że może nie żyje albo go aresztowali.

***

Było ciemno jak wracałam do domu. Leszek chciał mnie odprowadzić jednak zdecydowałam iść sama.  Niemieccy żołnierze kręcili się po drogach. Ukrywałam się w cieniu aby mnie nie zobaczyli. Gdzieś w oddali słyszałam strzały. Ciekawe kogo tym razem bezdusznie pozbawiali życia. Marzyłam o tym aby wszyscy Ci bandyci zdechli oraz Ci którzy z nimi się bratali.
Pomyślałam o Zosi. Dla mnie była już obca. Bolał mnie kiedyś fakt że mnie zdradziła. To że jest egoistką dbającą o to aby jej było dobrze. Cieszyłam się że juz jej nie zobaczę, miałam taką nadzieję.
Kiedy zbliżałam się do kamienicy w ktorej mieszkałam zobaczyłam zapalone światła. Zaniepokoiło mnie to. Babcia zawsze wieczorem pilnowała aby światła w naszym mieszkaniu były zgaszone, ponieważ nie chciała "kusić odwiedzinami" Niemców.
Zaczęłam biec zaniepokojona. Od razu zwróciłam uwagę na to, że drzwi wejściowe zą otwarte. Wszędzie na korytarzu leżały jakieś rzeczy.
-Nieee..-wyszeptałam i wbiegłam po schodach na piętro.
Drzwi od mieszkań były otwarte lub wyważone. Nasze też.
-Babciu!!! Tomku!!!-krzyczałam nawołując bliskich.
Szukałam ich wszędzie w nadzieji, że ukryli się i Niemcy ich nie znaleźli.
Niestety nigdzie ich nie było. Osunęłam się na ziemię płacząc.
Straciłam ich. Moich ostatnich bliskich. Zostałam sama.
Usłyszałam czyjeś kroki i głosy na korytwarzu. Niemcy.
Szybko się schowałam. Widziałam przez szparę jak wchodzą do kuchni.
-Po wszystkim trzeba przysłać kogoś do posprzątania.
-Yhm. -powiedział drugi i podszedł do okna-Zobacz, zaraz ich rozstrzelają.
-Żydowskie śmieci. Wreszcie będzie ich mniej.
Obaj stali przy oknie i patrzyli na drogę za kamienicą.
Usłyszałam strzały. Odbijały się echem w mojej głowie. Zamarłam.
Niemcy po chwili wyszli a kiedy tylko upewniłam się, że poszli wyszłam na chwiejnych nogach z kryjówki.
Podeszłam do okna. Zobaczyłam dziesiątki ciał ludzi, moich sąsiadów z kamienicy odkąd mieszkam na terenie getta, niektórych znałam od dziecka. Zobaczyłam niewyraźny krztałt kwiecistego materiału. Głuchy krzyk uwięzł w moim gardle a łzy przestały płynąć.
Najgorsze sny stały się rzeczywistością.

***

Chwiejnym krokiem szłam do kamienicy gdzie mieszłam Leszek z rodzicami. Zapukałam do drzwi. Nikt mi nie otwierał.
-Leszek!!!-krzyknęłam łamiącym się głosem.
Po chwili drzwi się otworzyły. Zobaczyłam go.
-Iza? Co się stało??
-Nie żyją. Zabili ich.-wypłakałam wpadając mu w ramiona.


Od Rose

  Nie było łatwe dla mnie trzymać ich, za plecami słysząc strzelaninę. Wiedziałam, że Michael nie zabije ich wszystkich. Weźmie większość na przesłuchanie, było to oczywiste. Chłopaki dobijali się do drzwi a Agata stała z tyłu i płakała.
-Czemu nam to robisz? - spytała zrezygnowana.
-Uspokójcie się, tak im nie pomożecie. - odparłam.
-Jesteś normalna?! Ten Niemiec zrobił ci pranie mózgu!
-Radzę wam, żebyście się uspokoili. Nie wypuszczę was dopóki oni się nie rozejdą.
-Co ty chrzanisz!? Zośka, jak Boga kocham, odsuń się albo ja cię odsunę!
-Jeśli wyjdziecie od razu zginiecie. Nawet nie dobiegniecie do budynku obok. Siadać i słuchać co mam do powiedzenia.
  W końcu ulegli, usiedli na krzesłach a ja obok nich.
-Nie bez powodu was zgarnęłam. Gdybym została w środku nie doszłoby do żadnej strzelaniny a tym samym ja miałabym kłopoty. Wolałabym uniknąć nieprzyjemnej rozmowy z Michaelem, a więc zabrałam was byście przeżyli i mogli potem odbić swoich. Ja ręki do tego nie przyłożę... nie mogę. Mam związane ręce. Jednak wy możecie to zrobić beze mnie.
-Oszalałaś? Jak sobie to wyobrażasz? Wejdziemy do gestapo niezauważeni, zabierzemy ich i normalnie wyjdziemy? - parsknęła Agata.
-Nie wiem jak to zrobicie... nie proście mnie o pomoc, bo nie mogę zrobić wiele. Ale jestem pewna, że może wam się udać.
-Jak my to zrobimy w trójkę?
-Nie takie rzeczy się robiło. - uśmiechnęłam się.
-Jak możesz być tak spokojna?
-Bo wiem, że może wam się to udać.
-Co z Jankiem? Oni wszyscy tam giną!
-Nie zginą. - odparłam pewnie.
-Jak to? Skąd wiesz?
-Michael ich nie zabije. Oczywiście, zrobi to, ale po czasie. Potrzebuje informacje, nie jest głupi i nie wybije wszystkich jak kaczki. To byłoby bezmyślne. Będą w gestapo przesłuchiwani, ja postaram się mieć z nimi jakiś kontakt ale to prawie niemożliwe. Nie będę mogła utrzymywać z nimi stałego kontaktu... to byłoby podejrzane.
-Zależy ci tak bardzo na własnym bezpieczeństwie? Co się z tobą stało?
-Po prostu nie chcę żyć ciągle wojną. Staram się wam pomagać na tyle ile mogę.

  Gdy wszystko się skończyło otworzyłam im drzwi i przepuściłam by wyszli. Nie wiedzieli z początku co mają zrobić ze sobą, jednak ja podeszłam do nich powoli i złapałam za ramię Agatę.
-Będzie dobrze. Przemyślcie wszystko porządnie.
  Odeszłam by przygotować się na kolację.

  Siedziałam w pokoju szykując się na wieczór. Nie byłam przekonana co do tego wszystkiego, jednak co mi szkodzi. Musiałam się stawić i postarać by nie palnąć nic głupiego, jak to zwykle ze mną bywa. Ostatnio miałam wiele problemów, narastały z coraz większym tempem. Prześladowca na chwilę się ulotnił, ale to pewnie tylko kwestia czasu, większość ruchu jest właśnie w gestapo, część z nich jest skazana na śmierć, część może uda mi się wydostać... Serce skręcało mi na samą myśl, że mogą tam zostać skatowani.
  Użyłam jednych z lepszych perfum, którego dostałam od Michaela. Był genialny. Poprawiłam włosy i musiałam jeszcze ubrać odpowiednią sukienkę. Nie przywiązywałam wagi by wyglądać dziś zjawiskowo, moja głowa była zajęta innymi sprawami...

czwartek, 13 kwietnia 2017

Od Michaela

 Omawiałem z Liesel szczegóły dzisiejszej kolacji i listy gości, gdy do środka wpadła lekko zdenerwowana Zofia.
Zmierzyłem ją czujnym spojrzeniem.
- Coś nie tak Rose?
Spojrzała na Liesel, która właśnie wyrażała wzrokiem całą swoją niechęć.
- No cóż w takim razie zajrzę do Christiana - powiedziała po chwili.
- Nie musisz wychodzić - mruknąłem.
- Nie będę przeszkadzała - uniosła kąciki ust w kpiącym uśmieszku i ruszyła do drzwi. W progu odwróciła się przez ramię i obrzuciła spojrzeniem Zofię.
- Do zobaczenia wieczorem R o s e.
Zacisnąłem lekko zęby jednak nie dałem po sobie poznać, że aluzja Liesel wyraźnie mnie zaniepokoiła.  Przywołałem na siłę uśmiech na twarz.
- Chodź tu - poprosiłem.
Po chwili podeszła. Pociągnąłem ją na kolana i z lubością zanurzyłem się w jej włosach.
- Coś nie tak? - zamruczałem.
- Nie, wszystko w porządku - odpowiedziała po dłuższej chwili.
Doskonale potrafiłem wyczuć gdy ktoś kłamał, a zwłaszcza jeśli dobrze go poznałem. W tym momencie nie ulegało wątpliwości, że Zofia skłamała.
- Powiedz prawdę. Przecież widzę, że coś cię trapi.
- Michael, naprawdę wszystko jest w porządku - upierała się nadal - Czy to coś ważnego?
Oderwałem twarz od jej włosów i podążyłem za jej wzrokiem. Patrzyła na dokumenty.
- Hm... Te tu dotyczą nowych rozporządzeń w sprawie getta.
- A to? - mruknęła i podniosła kartotekę ze zdjęciem polskiego bandyty.
- Od dłuższego czasu rozpracowujemy ruch oporu. Niestety trzeba przyznać są dobrze wyszkoleni i nie tak łatwo ich namierzyć. Ostatnio jednak jeden z nich.. przeszedł na naszą stronę że tak powiem za moją namową - odparłem z dumą - Dzięki niemu wiemy, że ZWZ planuje w następny piątek atak na teatr w którym będzie odgrywany spektakl dla ważnych oficerów niemieckich. Na razie mamy nazwiska dwóch z nich - Tadeusza Sochackiego i Kamila Dobranowskiego.
Oczy Rose zaszła dziwna mgła. Wpatrywała się w zdjęcia tych partyzantów z nieodgadnionym wyrazem twarzy/
- Czemu ich jeszcze nie aresztowaliście? - mruknęła.
- Ponieważ wtedy złapalibyśmy tylko ich dwoje. O wiele bardziej opłaca się poczekać do piątku, a może nawet uda się schwytać ich przywódców?
Rose milczała.
- Znasz ich? - mruknąłem obserwując ją uważnie.
 W zasadzie byłem pewien, że tak. Sama tam należała przez pewien czas, więc musiała ich kojarzyć chociażby z nazwiska.
- Nie - odparła z pewnością w głosie. Ktoś inny by się na to nabrał - ktoś inny, ale nie ja.
- No cóż jeśli jednak sobie coś przypomnisz.. Będę czekał.
Rose nie odezwała się. Zobaczyłem na jej odkrytym ramieniu gęsią skórkę. Przejechałem po nim palcem.
- Idź już mam dużo pracy - mruknąłem po chwili - Przygotuj się na wieczór i czekaj na mnie.
Zofia wstała i ruszyła bez słowa do drzwi. Na progu rzuciła mi jeszcze zamyślone spojrzenie - i wyszła.

czwartek, 23 marca 2017

Od Rose

  Obiecałam sobie, że znajdę  Bartka za wszelką cenę. Gdy go dopadnę - już nie będzie odwrotu.Gdy siedziałam w gabinecie zszywając polskiej dziewczynce łuk brwiowy. Płakała za mamą, którą prawdopodobnie zabrali do gestapo.Bez chwili zastanowienia podjęłam się zadania wyciągnięcia stamtąd tej kobiety. To był odruch.
-Boli... chce do mamy...
-Daj mi godzinę a zobaczysz mamę, obiecuję. - uspokoiłam ją z uśmiechem. - Jak się nazywasz? - spytałam.
-Anna.
-A więc Aniu, nie bój się i pozwól mi załatwić tę sprawę. Mama będzie na pewno wolna jeszcze dziś.
  Nagle do gabinetu wparował Janek z chłopakami w tle. Wystraszona szybko zamknęłam drzwi i westchnęłam zła przemywając ranę dziewczynki kończąc ją zszywać.
-Słuchaj... musisz nas wysłuchać. - zaczął Kamil.
-Powinniśmy się gdzieś spotkać czy coś a nie tutaj, chłopaki... - wtrąciła Agata kurczowo trzymając się blisko Filipa.
-Nie, teraz trzeba to załatwić. - wtrącił jej narzeczony.
-Po kolei. O co chodzi? - spytałam ciągle zajmując się małą Anią.
-Słuchaj, musisz zacząć działać. - zaczął Janek.
  Wiedziałam co chcą powiedzieć. Kazałam wyjść pozostałym, został tylko Janek. Spojrzałam mu w oczy i zrezygnowana pokręciłam głową.
-Nie mogę wam więcej pomagać. Nie dziw się, że tak dawno nie mieliśmy kontaktu...
-Co? Jak to? Co ty teraz mówisz?
-Ktoś mnie chce wrobić. - szepnęłam. - Nie wiem czy to ktoś z ruchu, ale na pewno ten ktoś doskonale mnie zna...
-Miłosz? - spytał.
  Parsknęłam nerwowo śmiechem.
-Nim nie trzeba się już przejmować.
-Co to znaczy?
-Został uciszony raz na zawsze, jednak wciąż ktoś za mną chodzi, podsyła mi kwiaty do gabinetu z dziwnymi liścikami...
  Zmrużył oczy.
-Co to ma wspólnego do naszej współpracy?
-Że wuj Michaela skąd podejrzewa kim jestem. Jeśli jeszcze raz dostanie podobną wiadomość żarty się skończą. Jestem blisko tego, by pożegnać się ze światem... Musimy na ten moment przestać się widywać i kontaktować.
-Ruch chce żebyś nam pomogła w wyeliminowaniu Michaela. Tylko ty możesz nam w tym pomóc, tylko ty masz dostęp i tylko tobie ufa.
  Serce mi drgnęło. Zacisnęłam pięści i pogładziłam Anię po brązowych, grubych, rozpuszczonych włosach.
-Nie zrobię tego. - oświadczyłam. - Wydostanę Izę, zrobię co chcecie, ale nie mogę wam w tym pomóc. Ani wam na to pozwolić.
-Co ty wygadujesz? Zgrywasz się czy jak?
  Podeszłam bliżej do Janka i spojrzałam mu głęboko w oczy. Westchnęłam ciężko.
-Nie zależało to ode mnie... - zaczęłam niepewnie. - Janek, musisz mnie zrozumieć... traktuję cię jak bliskiego przyjaciela... Ja go... chyba go kocham...
  Spojrzał na mnie z niedowierzaniem.
-Kochasz szwaba? - wypalił.
-Poczekaj. - zatrzymałam go. - Nie myśl sobie, że cokolwiek mu powiedziałam o was. Nadal jestem tamtą Zośką... nadal liczy się dla mnie wasze życie. Jednak... ja jestem szczęśliwa, jestem bezpieczna w miarę możliwości i chcę być z nim, nie chcę innego życia... możesz tego nie rozumieć, jednak uwierz mi... ja naprawdę go kocham. I jeżeli postanowicie odebrać mi szczęście... załatwię wszystko tak, byście nawet nie mieli do niego dostępu na krok. Nie wydam was, choćbyście mieli rzeczywiście zamiar zabić Michaela. Jednak uszanujcie mnie i moje uczucia. Bo co jak co, trochę się zmieniłam. Liczy się dla mnie moje szczęście, bezpieczeństwo Adama i moje. Chcę tak żyć, zapominam chociaż trochę o wojnie. Jednak nie mogę dłużej wam pomagać jeśli wy chcecie dac mi w twarz i zabrać co moje. Michael jest mój, i nie ma mowy o żadnych próbach ataku na niego, bo przysięgam, że wywołacie większą wojnę niż ta teraz. Nie zrobię wam krzywdy, nigdy bym tego nie zrobiła jednak uważajcie na to co robicie. Iza wyjdzie w ciągu tego tygodnia, czekaj na mój znak by ją odebrać. Teraz żegnam. Odezwij się jak otrzeźwiejecie.
  Wyszedł bez słowa, a ja zaraz za nim. Tylko, że do gestapo.

  Będąc tam wszyscy mnie już doskonale znali. Nie było problemem wejść w każdej chwili do gabinetu Michaela, żołnierz który stał pod drzwiami nawet nie śmiał mnie zatrzymywać. Jednak tym razem obeszło się bez proszenia Michaela o uwolnienie matki dziewczynki. Skierowałam się do kogoś zupełnie innego...
-Wejść. - usłyszałam głos Christiana.
  Nawet nie zdążył skończyć słowa, już stałam w środku właśnie domykając drzwi.
-Pomyliłaś gabinety... - zaczął.
-Przyszłam do ciebie.
-Czyżbyś miała do mnie jakiś interes? Wybacz, nie do mnie z twoimi problemami, jakiekolwiek je masz.
-A jednak myślę, że dobrze, że wpadłam. - rozsiadłam się na fotelu.
  Spojrzał na mnie zaskoczony.
-Pozwoliłem Ci usiąść? To mój gabinet, nie Michaela.
  Wyśmiałam go prosto w twarz i spojrzałam na swoje czerwone paznokcie, po czym wymierzyłam w niego spojrzeniem zabójcy.
-Powiedziałeś coś wujowi Michaela o tym kim jestem?
-A co? Tak szybko przejrzał na oczy kim jesteś?
-Słuchaj... nie wiem, czy jesteś tak ślepym szwabem, czy po prostu mnie nie lubisz, albo obydwa, nie ważne... odpowiedz mi tylko, czy cokolwiek mu wspominałeś.
-Powiedziałem jedynie, że dziwne, że taka kobieta wzięła się znikąd w życiu Michaela. Tym się zainteresował.
  Zaśmiałam się.
-Uważaj co robisz, bo może cię zaboleć. - odparłam z lekkim uśmiechem i podeszłam do drzwi. Złapałam za klamkę, nagle Christian uderzył rękami w drzwi i zablokował mnie i wyjście przez drzwi.
  Spojrzałam się na niego spokojna i odwróciłam w jego stronę.
-Czego chcesz jeszcze? - spytałam.
-Jeśli dowiem się, że zraniłaś mojego przyjaciela, że wydałaś go ruchowi, że twoi polscy przyjaciele cokolwiek planują z twoim udziałem na Michaela... zniszczę cię. - uśmiechnął się. - I on nawet mnie nie powstrzyma, żeby wymierzyć ci sprawiedliwość.
-Sprawiedliwość należy się takim jak ty. Którzy zaczynają wojny i mordują niewinnych ludzi w ich własnym kraju.
-Taka z ciebie patriotka? Jakoś nie przeszkadza patriotce to, że pieprzy cię szwab... - zaśmiał się a ja wściekła uderzyłam go w twarz.
  Zacisnął zęby.
-Jak śmiesz do mnie tak mówić...? - wycedziłam.
-Jemu tylko o to chodzi. Myślisz,że on do ciebie cokolwiek czuje? - zaśmiał się. - Jesteś taka naiwna...
  Wściekła odepchnęłam go z trudem i wyszłam do gabinetu Michaela.

Od Janka

- Musimy ją wyeliminować - powiedział po dłuższej chwili Bartek - Razem z tym szwabem.
Wszyscy popatrzyliśmy na niego zdumieni.  Kwapisz uniósł brwi.
- Przepraszam, ale ty chyba nie mówisz o Zofii? - spytałem podnosząc się.
- Tak właśnie o niej mówię - odparł unosząc wyzywająco podbródek - Zofia Nowacka nas zdradziła. Jest teraz po stronie szkopów i pewnie chętnie dzieli się z nimi informacjami na nasz temat.
- Oczywiście, bo ty wcale nie robisz po ich stronie - prychnąłem.
- To co innego. Ja u d a j e Niemca, żeby wyciągnąć przydatne informacje.
- Zofia robi to samo - odparłem z przekonaniem, a w tle usłyszałem pomruki poparcia.
- Nie wierzę, żeby Zosia przeszła na ich stronę - wstała Agata. Filip pociągnął ją za rękę żeby usiadła, ale wyrwała się - Mamy z nią regularny kontakt, poza tym..
- Mamy? Mamy? - spytał nieoczekiwanie Filip - Kiedy ostatni raz się zjawiła?
Agata popatrzyła na niego z zaskoczeniem przemieszanym z wyrzutem. Zapadła cisza, Wszyscy zwrócili spojrzenie ku mnie, bo wiedzieli, że ostatni raz to ja miałem kontakt z Zosią.
- Cóż.. Nie miałem z nią kontaktu przez 2 tygodnie, ale to jeszcze nic nie znaczy..
- Podobno pracuję w szpitalu. N i e m i e c k i m - wtrącił z satysfakcją Bartek - Kapitanie mamy wystarczająco dużo dowodów na jej zdradę, myślę, że..
- Twoje dowody są śmieszne - przerwałem mu - Teraz prawie każdy szpital jest niemiecki.
- Miłosz podałby ich więcej. Na własne oczy widział jak Nowacka szła z Michaelem Heydrichem do restauracji dla szwabów pod rękę.
- To nic nie znaczy. Mogła chcieć po prostu zachować pozory - dodał dotąd milczący Kamil, a Michał poparł go pomrukiem.
- I chyba nie możemy zapomnieć o tym, że Miłosz nas wydał. Skąd wiadomo, że nie zrobi tego drugi raz? - wtrąciła Halszka, która od momentu jego zdrady, była na niego wyjątkowo cięta.
- Miłosz był torturowany. Myślę, że to ewidentnie łagodzi jego winę.
- Zosia nie powiedziała nic, a również była torturowana - uparcie obstawiałem przy swoim.
- Tak? To jak wytłumaczysz ostatnie aresztowanie Władka?
Aniela milczącą i wpatrującą się w okno, lekko drgnęła. Odwróciła się i spojrzała na Bartka z oczami pełnymi wyrzutu i łez. Dzień przed jego aresztowaniem, Władek jej się oświadczył. Była naprawdę szczęśliwa. Próbowała poruszyć niebo i ziemię by go odzyskać - niestety Kwapisz był nieugięty i kazał czekać.
- Zośka nawet dobrze go nie znała - dorzucił Grzesiek - Jeśli miałaby na nas donieść, dawno by nas już nie było.
- Dobrze.. Ale w takim razie jak Czarny wytłumaczysz, że Iza dalej tkwi w gettcie? Przecież tak obiecywała pomoc..
Zacisnąłem zęby. Wiedziałem że sukinsyn w końcu sięgnie po ten argument.
- Iza już za parę dni stamtąd wyjdzie - odparłem z przekonaniem.
- Możliwe. Nie wnikam. Ale przez kogo musiała tyle przecierpieć w burdelu? Janek - nie musisz tego przed nami ukrywać. Każdy to wie.
Wściekły potoczyłem spojrzeniem po zebranych. Niektórzy wbili zmieszany wzrok w podłogę lub sufit. Dziewczyny popatrzyły na mnie ze współczuciem, a Bronek i Michał dali mi spojrzeniem znać, żebym się nie przejmował.
- Tak łatwo im odpuścisz? - ciągnął dalej Bartek - To przez nią ten szkop umieścił ją tam. Gdyby nie ona, Iza dalej pracowała w fabryce.
- I pewnie dużo wcześniej zmarła by z powodu przemęczenia - dodał zgryźliwie Bronek.
- Wolałbym umrzeć z przemęczenia niż dać się pieprzyć szwabom - odparł.
Po tych słowach nie wytrzymałem. Zrobiło mi się ciemno przed oczami. Nawet nie wiem kiedy doskoczyłem do niego i pchnąłem go na stolik z zastawą należącą do matki Halszki. Gdy się rozbiła, dziewczyna krzyknęła - zresztą nie tylko ona. Nawet nie słyszałem głosów innych gdy padł mój pierwszy cios. Kątem oka zobaczyłem obok Kamila. Myślałem, że będzie mnie próbował powstrzymać, ale on niespodziewanie sam uderzył Bartka.
- Nigdy więcej tak o niej nie mów - wysyczał.
- Panowie uspokójcie się natychmiast! - krzyknął Kwapisz, jednak my dopiero przestaliśmy obkładać Bartka gdy odciągnęli nas chłopacy.
Rzucił nam wściekłe wspomnienie tamując krwotok z nosa.
- Dobra sory za tą Izę - rzucił po dłuższej chwili - Ale moje zdanie co do Zofii się nie zmienia. Myślę, że powinniśmy się z nią spotkać i wyznaczyć jej warunki - albo umożliwi nam dostęp do tego szwaba, albo zginie razem z nim.

wtorek, 21 marca 2017

Od Rose

  Nie wiem czy to co powiedział Michael w jakikolwiek sposób mnie pocieszyło. Na pewno jakoś podniosło na duchu, jednak jedyne co mogłam zrobić to czekać w obawie, że ktoś może w każdej chwili zniszczyć moje życie. Wtuliłam się nagle w Michaela, a on po chwili objął mnie delikatnie. Nie potrafiłam myśleć co by było, gdyby ruch podjął się jednak pozbycia się Michaela. Nie pozwoliłabym na to... byłabym wtedy w trudnej sytuacji... - między młotem, a kowadłem...
-... i nie przejmuj się Liesel... - dodał szeptem.
  Westchnęłam tylko i machnęłam ręką odsuwając go od siebie.
-Mam inne zmartwienia niż twoja rozemocjonowana, niewyżyta siostrzyczka.
  Nagle wpadł mi do głowy pewien pomysł. A raczej pewna osoba, która już kiedyś wydała mnie gestapo... ktoś z ruchu, a tą osobą był nie kto inny jak Miłosz.
  Uśmiechnęłam się nagle i szybko podeszłam do swojej teczki w której miałam parę dokumentów pacjentów. Przejrzałam je i szukałam Miłosza we wszystkich nazwiskach. Szukałam tam, gdzie dokumenty wydawały mi się podrobione, a było ich jeden na milion, to jak szukanie igły w stogu siana.
-Czego szukasz? - spytał zainteresowany Mich.
-Ehm... patrzę, czy nie ma tu takiego jednego... obiło mi się o uszy, że jakiś tutaj jest...
-Ale kogo masz na myśli?
-Gość z ruchu, miałeś go kiedyś w gestapo... wydał mnie. Może nie pamiętasz... ale uciekłam z nim kiedyś. On zwiał, nikt śladu po nim nie widział...
-Odłóż to na potem, dość chyba się dziś nadenerwowałaś, co?
-Nie, tylko sprawdzę i dam sobie spokój.
-Myślisz, że polak byłby w papierach niemieckich?
-Mógł podrobić. - spojrzałam na niego z nadzieją.
-Poznasz go? Mógł się zmienić.
-Mężczyzną trudniej przejść taką przemianę, uwierz mi. - zaśmiałam się.
  Pierwszy raz od kilku dni naprawdę zaśmiałam się szczerze. Jednak zaraz spochmurniałam widząc kogoś bardzo podobnego do Miłosza. Wzięłam do ręki dokument i przyglądałam mu się.
  Michael również rzucił okiem, czy może przypadkiem kogoś takiego nie kojarzy.
-Podejrzewasz go o to śledzenie?
-Nie mam pojęcia jaki miałby w tym cel...
-Może wkupić się na nowo w łaski ruchu. - mruknął.
-Tylko dlaczego chciałby w to mieszać mnie?
-Podobno cię nie lubił... w czasach gdy jeszcze byłaś z nim w jednej celi.
-Racja... ale nie mogę ich podejrzewać... Niektórzy z ruchu nie zgodzili by się na to by działać na nie moją korzyść...
-Może się co do nich mylisz.
  Spiorunowałam go wzrokiem a on podniósł w obronie ręce.
-Dobra,dobra nic już nie mówię. - parsknął.
  Pokręciłam głową z lekkim uśmiechem i zamyśliłam się powracając do dokumentów.

  Poranek jakby oklapł i postanowił trwać kilka lat. Nie pamiętałam, kiedy ostatnim razem minuty i godziny dłużyły mi się tak nieznośnie. Starałam się znaleźć sobie tyle zajęć, ile tylko mogłam by nie myśleć o prześladowcy. Jednak nic nie dawało mi spokoju. Michael był w gestapo, księżniczka Liesel smacznie spała ze względu na wczesną godzinę, a Adam zaraz miał szykować się do szkoły.
  Poleciłam Marcie by zajęła się nim wyjątkowo. Zawsze ja rano budziłam go, robiłam mu śniadanie... jednak teraz coś musiałam zrobić by zabić czas.
  W szpitalu wchodząc do siebie starałam się jakoś odreagować. Wiem, że to dziwne by zrelaksować się porządnie idąc do miejsca w którym dzieje się najwięcej nieszczęścia, jednak tylko tam mogłabym odreagować.
   Siadając za biurkiem nie zauważyłam kolejnego listu. Zacisnęłam zęby zła. Był tak samo podobny do poprzedniego i napisane było na nim ''Do Rose''.
  Wściekła nawet go nie otworzyłam, skierowałam się do przyjaciela ojca. Z impetem weszłam do jego gabinetu, w którym popijał herbatę zszywając jakąś kobietę. Zacisnęłam w dłoni kopertę z listem i pokazałam mu to.
-Jakim prawem ktoś wszedł do mojego gabinetu? - wysyczałam.
-Jestem zajęty, przyjdź za...
-Teraz mi powiedz kto to był! - zażądałam zdenerwowana.
-Rose, nie mam pojęcia o czym mówisz.
-Ktoś mnie prześladuje, ktoś za mną łazi... ktoś musiał mieć klucz i wejść i zostawić list, nikt nie widział...
-Musiało być wcześnie rano, w takich godzinach nikogo nie ma na korytarzach...
-Pieprzysz! - zaśmiałam się nerwowo. - W naszych czasach korytarze są puste?! Kto to był?
-Gdybym wiedział od razu zostałby poprowadzony do odpowiedzialności. To jest niedopuszczalne, jednak nie mam pojęcia o tej sprawie.
  Wściekła wyszłam i wróciłam do gabinetu spoglądając na kopertę. Szybko ją otworzyłam i przeczytałam.

        Nie szukaj winnego, bo źle to się skończy. Widzę każdy twój ruch. Lepiej, żebyś uważała na to co mówisz i robisz, Z. 

  Zgniotłam list i włożyłam go do torebki. Podparłam czoło i spojrzałam w blat biurka. Cała się trzęsłam doprowadzało mnie to do szału. To co mogą ze mną zrobić jak tylko dowiedzą się kim jestem... nie przeżyłabym pierwszych sekund gdyby odebrali mi wszystko co mam. Znowu.
  Gdy jednak siedziałam w gabinecie szpitalnym, po dłuższym czasie usłyszałam telefon. Zmęczona nawet nie miałam ochoty odbierać, jednak podeszłam i podniosłam słuchawkę.
-Witaj skarbie. - usłyszałam głos Michaela. - Chyba mam kogoś dla ciebie.
-Kogo? - spytałam lekko rozkojarzona.
-Przyjedź do mnie to się dowiesz. Nasz kierowca już czeka pod szpitalem.
-Co? - spytałam zaskoczona i wyjrzałam przez okno na ulicę.
-Po prostu przyjedź.
  Wydawał się spokojny, rozbawiony i trochę zirytowany. Zebrałam się, zamknęłam gabinet i wyszłam na zewnątrz. Gdy tylko byłam w gestapo podążyłam w stronę gabinetu Michaela. Nie umknęło mojej uwadze, że jak zwykle będąc tu niektórzy wlepiają we mnie wzrok. Tym razem nie byłam obojętna, drażniło mnie wszystko, nawet to co nie miało znaczenia.
  Weszłam do środka i zobaczyłam stojącego Miłosza. Z brodą, całkowicie inny. Jednak było w nim coś takiego, co mówiło od razu że to on.
  Spojrzałam na Michaela zaskoczona.
-Skąd on się tu... - zaczęłam.
-Nie było trudno go znaleźć.
  Był wystraszony. Nie miał pojęcia co się dzieje i dlaczego ''współpracuję'' ze szkopem.
-Zośka...?
-Powiedz co wiesz o Bartku. Gdzie on jest. - zażądałam.
-Nie wiem. - odparł obojętnie. - Cholera go wie, nie mamy z nim kontaktu...
-Wstąpiłeś do ruchu?
-I ty tak otwarcie przy tym brudnym Niemcu tak mówisz?! - oburzył się. - Jesteś taka sama jak oni. Janek kłamał, jesteś zwykłą zdradziecką dziwką. - parsknął.
  Nie wytrzymałam, wzięłam pistolet który leżał na biurku Michaela i wycelowałam w Miłosza.
-Ty nawet nie umiesz strzelać. - parsknął.
-To patrz.
  Strzeliłam w kolano, upadł krzycząc przeraźliwie.
-Nie umiem strzelać,mówisz? Mogę poprawić...
-Nie!
-To wyśpiewaj wszystko tak jak wyśpiewałeś o mnie gdy ostatnim razem tu byłeś.
-Rose... - zaczął Michael.
-Nie! - przerwałam mu zdenerwowana. - Mów Miłosz, co wiesz!
-Nie dopuszczają mnie do informacji... ale... Bartka ostatnio widziałem jak kręcił się obok szpitala... nie wiem w jakim celu... ale on ma tam wujka, więc tam przychodzi...
-Co jeszcze wiesz? Gdzie on teraz może być?
-Skąd mam wiedzieć?!
  Michael odebrał mi pistolet i spojrzał na mnie pobłażliwie. Ja, zła, zdeterminowana i przerażona wyciągnęłam kolejny list który dziś dostałam. Kucnęłam przy Miłoszu i pokazałam mu go.
-Kojarzysz charakter pisma? - spytałam ostrzej.
  Milczał, zastanawiając się.
-Mów, albo on - wskazałam na Michaela - zajmie się tobą odpowiednio.
-Dobra... dobra... podobny do Bartka, ale jest nieco inny... trochę jak Filipa... nie wiem...
-To się lepiej dowiedz, bo stracisz jedną z części ciała, jasne?
-Ciągle mówię prawdę... nie powiem konkretnie... bo nie wiem, ale to pomieszane pismo...jakby któryś z nich pisał na zmianę...
-Co oni kombinują... - szepnęłam sama do siebie i wstałam.
  Podałam Michaelowi list.
-Kolejny dostałam dziś rano.
  Spojrzał na niego i zaklął pod nosem.
-Co z nim zrobimy. - wskazał na Miłosza.
-Rób z nim co chcesz, nie obchodzi mnie to. Może jeszcze Ci coś powie...
  Westchnęłam, pocałowałam go czule i wyszłam.
  Co się dzieje...? Czemu ktoś się mnie tak uczepił i co wyprawia Filip i Bartek?

Od Michaela

  Gdy wróciliśmy do domu kazałem Marcie zaparzyć Zofii ziół na uspokojenie. Lekko roztrzęsiona siedziała w kuchni, gdy gosposia uwijała się przy blacie. Mina Marty wyraźnie wskazywała na to że jak najszybciej chciała się dowiedzieć co się stało, jednak dałem jej wzrokiem znać, by na razie o nic nie pytała.
- Kochanie posłuchaj - przykucnąłem przy niej - O nic się nie martw. Włos ci z głowy nie spadnie póki ze mną jesteś. Szybko się dowiemy kim jest ta osoba.
- A co jeśli przeze mnie coś ci się stanie? - spytała cicho.
Uśmiechnąłem się pod nosem.
- Od kiedy zaczęłaś się tak o mnie martwić?
Już otwierała usta żeby odpowiedzieć gdy do kuchni weszła Liesel w swoim drogim futrze i szalach. Oddała torebkę swojej służce i z westchnieniem ulgi opadła na krzesło.
- Jestem taka zmęczona. Ta próba była dziś naprawdę wyczerpująco. Marto zaparz mi herbaty proszę - rzuciła.
Liesel miała przedwczoraj dać występ i wczoraj wyjechać, jednak jego termin został przełożony na za 2 dni ze względu na to, że aktor grający głównego bohatera ciężko się rozchorował i nowy zastępujący go, szybko musiał opanować swoją rolę.
- Już panienko, skończę tylko przygotować napar panience Rose.
Liesel uniosła brwi i spojrzała na Zofie. Dobrze znałem ten wzrok. Nie była przyzwyczajona by na coś czekać albo komuś ustępować.
- Stało się coś? - spytała słodkim głosem ze skrywanym uśmieszkiem.
Dobrze znałem swoją siostrę i o ile z początku była pozytywnie nastawiona do Rose, teraz uległo to zmianie.
Byłem prawie pewny, że jej nie lubiła. Zastanawiałem się tylko dlaczego.
Zofia przeniosła umęczony wzrok na mnie.
-Wszystko w porządku - mruknęła w końcu.
- Ah tak... Cóż, zwłaszcza twoja mina o tym dobitnie świadczy - odparła ironicznie.
Rose popatrzyła na nią zaskoczona.
- Liesel - wtrąciłem z lekką przyganą.
- Tak braciszku? - uśmiechnęła się niewinnie do mnie - Ja chciałam tylko pomóc..
- W czym chcesz pomagać? - mruknąłem
- Cóż... Różnie to bywa gdy gra się jednocześnie na dwóch frontach - odparła rozbawiona podnosząc się.
Zaskoczony spojrzałem na nią, a Rose zacisnęła wargi.
Zadowolona efektem jaki wywołała ruszyła do drzwi.
- Marto - zwróciła się na progu do przysłuchującej się uważnie wszystkiemu w milczeniu gosposi - Podziękuje ci jednak za tą herbatę. Zaraz przyjedzie po mnie Christian. Napije się czegoś na mieście.
- Razem ze swoją narzeczoną? - wtrąciła nagle Zofia mierząc Liesel spojrzeniem.
Moja siostra spojrzała na nią z doskonale ukrytym zaskoczeniem. Uśmiechnęła szeroko jak gdyby nigdy nic - mimo to znałem ją wystarczająco dobrze, żeby zobaczyć w jej oczach satysfakcję i jakiś nowy zamiar.
Uwielbiała wyzwania, a każdego kto stawał jej na drodze uwielbiała wprost eliminować.
- Federice dziś coś wypadło. Natomiast jutro na wspólnej kolacji z wujem Albertem ma być. Mich, mówił ci o tym prawda?
- Tak - mruknąłem.
- Nie słyszałam natomiast - ciągnęła dalej - Żebyś t y była zaproszona.
Oburzony spojrzałem na nią.
- Liesel co cię dziś ugryzło? - zareagowałem ostro - Rose również dostała zaproszenie takie samo jak ty.
Siostra patrzyła na mnie przez dłuższą chwilę, jakby miała coś powiedzieć. Po chwili jednak widocznie się rozmyśliła, bo obdarzywszy Rose spojrzeniem wyższości bez słowa wyszła z pokoju.
- Niech panienka się nie przejmuje - szepnęła Marta podając wystarczająco już przygnębionej Zofii napar - Panienka Liesel miewa czasem takie dni.
Owszem było to prawdą, jednak wyczuwałem, że chodziło tu o coś więcej. Czyżby Liesel czegoś się domyślała ?
Było to absolutnie wykluczone. Zachowaliśmy wszelkie środki ostrożności, a z Christian został parokrotnie poinformowany, że gdyby pisnął słowem na temat jej prawdziwej tożsamości, ciężko by mi się naraził. Jeśli jednak... Nie, starałem się o tym nie myśleć. I tak mieliśmy już wystarczająco problemów.
- Michael, czy ona czegoś przypadkiem nie podejrzewa? - szepnęła Rose jakby czytając mi w myślach.
- Nie, jestem pewny, że nie - odparłem z udawanym przekonaniem - Rose staraj się nie wchodzić jej w drogę. Za parę dni wyjedzie i pewnie długo jej nie zobaczysz.
- Czemu mnie nie lubi? Wydawało mi się, że z początku złapałyśmy dobry kontakt..
- Liesel taka jest - mruknąłem. Nie chciałem wprost powiedzieć, że jej najgorszą cechą charakteru była właśnie dwulicowość.
Widząc jej przygnębioną minę ruszyło mnie trochę serce. Podszedłem do niej, złapałem ją za rękę i spojrzałem głęboko w oczy.
- Zosiu niczym się nie przejmuj. Szybko znajdziemy tego, kto cię śledzi i wysłał ten list. Poniesie surową karę - zacisnąłem szczęki w myślach postanowiwszy, że sam się nim zajmę - Liesel szybko wyjedzie, a co do Rudnickiej zaczniemy działać. Obiecuje ci to - szepnąłem i pocałowałem ją w czoło.

Od Rose

  Po kilku dniach zaczynałam się niepokoić o swoje bezpieczeństwo jak i Adama. Oczywiście, uśmiechałam się na co dzień i zachowywałam normalnie by nie wzbudzać niepokoju i innych... natomiast po kilku dniach miarka zaczęła się przebierać. W szpitalu zupełnie traciłam poczucie czasu, pracując nad papierami, bo w większości wyręczał mnie przyjaciel ojca... może dlatego, że nie chciał bym doświadczała tych wszystkich ''przykrych'' widoków, które nie za bardzo mnie drażniły, jednak niektóre były tak drastyczne, że rzeczywiście czasem wolałam zająć się papierami i dokumentami pacjentów. Tak czy inaczej, większość umierała a ja patrzyłam jak proszą o odnalezienie swojej żony, męża, syna czy córki a ja nie mogę nic zrobić.
  Przypomniałam przysięgę jaką składałam gdy wstąpiłam do ruchu. Nie byłam pewna, czy ją złamałam czy też nie, jednak czułam się z tym okropnie. Dopóki Iza nie wyjdzie z getta nie będę w stanie być szczęśliwą nawet gdybym bardzo się starała.
  Spokoju nie dawał mi ktoś, kto ewidentnie mnie śledził. Miałam wrażenie, że ktoś mnie obserwuje, po ostatniej sprawie z wujem Michaela również zaczęłam się niepokoić. Bałam się puszczać Adama do szkoły, więc postanowiłam, że będzie od odwożony i przywożony pod sam dom, nie ma innej opcji. To załatwię, jednak dalej co ze mną? Ktoś musiał wygadać, że widuję się z Jankiem, teraz będzie to niemożliwe... jednak co za tym idzie, niebezpieczeństwo spoczywa również na Michaelu, choć trudno będzie mu cokolwiek udowodnić, bo niby jak? Jest na tak wysokiej pozycji, nikt nawet nie śmie mu udowadniać takiego czynu, chyba, że jego cudowny wujaszek od siedmiu boleści - i tu jest punkt bez wyjścia. Kto mnie tak nienawidzi, albo coś do mnie ma, że postanowił mnie wydać razem z Michaelem?
  W tym momencie kolejne podejrzenia nasunęły mi się do głowy, jednak odrzucałam je za każdym razem gdy atakowały.
  Nikt z ruchu nawet nie śmiałby mnie wydać, przecież pomagałam im z Izą jak mogłam... choć i tak zawiodłam. Jednak... chcieli wyeliminować Michaela, więc... skoro ja się nie zgodziłam to co im pozostało? - Wyeliminować mnie.
-O czym tak myślisz? - spytał Michael pojawiając się w progu kuchni.
  Przegryzłam wargę i popiłam herbatę.
-O tym o co ostatnio cię prosiłam...
-Jesteś przewrażliwiona, nikt przecież cię nie wyda. Wuj jest po prostu... ostrożny.
-Na moje, nie wpadłby na to sam. - spojrzałam na niego mrużąc oczy. - Zrób to dla mnie i dowiedz się o nim tyle ile możesz. Anton Preis. Tak ma na nazwisko.
-Mówiłaś, że nie pamiętasz nazwiska.
-Nie pamiętałam, ale trafił jego ojczym do szpitala, wypytałam, więc wiem.
-Czemu tak się przejmujesz? Nikt cię nie skrzywdzi. - kontynuował pewny swego.
-Obawiam się, że możesz się mylić.
-Co chcesz przez to powiedzieć?
-Myślę, że ktoś mnie śledzi... - zaczęłam niepewnie. - To nie paranoja, ani nic mi się nie wydaje. Od kilku dni mam takie wrażenie... nie wzięło się znikąd. Ten Anton... on wie o mnie dość dużo... Mógłby być do tego zdolny.
-Dobrze, sprawdzę go. - podszedł bliżej i pocałował mnie w szyję.
-I prosiłabym cię, żeby Adama odwoził kierowca. Do domu to samo.
-Przesadzasz...
-Proszę Cię... będę spokojniejsza.
-Czemu tak bardzo się czegoś boisz? - zauważył.
-Pogadamy jak podasz mi te informacje, dobrze? Naprawdę mi na tym zależy.
-Obiecuję. - parsknął śmiechem ale zaraz spoważniał widząc moją minę.
-Muszę się zbierać do pracy... - szepnęłam.
  Spojrzał na mnie lekko zirytowany gdy odeszłam od niego.
-Wiesz, że uważam, że nie powinnaś wcale tam chodzić.
-Wiem. - uśmiechnęłam się i poszłam się ubrać.

  Gdy jechałam do szpitala zupełnie nie traciłam czujności. Może to przesada, jednak bałam się, że ktoś chce mi zaszkodzić. Nie tylko mnie, ale również Michaelowi i Adamowi. Nie chciałam do tego dopuścić. Byłam tak rozkojarzona, że nawet podejrzewałam o to ruch oporu. Odganiałam te myśli, ale na próżno. Nie dopuszczałam do siebie tego, że Michaelowi mogłoby się coś stać, mojemu bratu także.
  Wchodząc do szpitala zajęłam się pacjentem z oderwaną ręką. Krwawił jak cholera, przyjaciel ojca starał się odciągnąć mnie od pomysłu by zająć się zszyciem rany, jednak na próżno. Podjęłam się zadania i potem byłam wolna. Zakrwawiony fartuch nawet mnie nie odtrącał, nie ruszyło mnie już nic. Byłam pochłonięta myślami o tym co mogło przyjść z czasem. A ja nie wiedziałam co robić i co powiedzieć Michaelowi, bo kiedyś musiało to nastąpić.
-List to pani. - wyrwał mnie z zamyślenia głos pielęgniarki.
-Od kogo?
-Od pana, nie wiem kim był, nawet się nie przedstawił.
  Szybko otworzyłam. Nie było tam dużo do czytania, jednak...

    Uważaj na tego swojego szkopa i brata. Niedługo możesz wszystko stracić. 
        I pamiętaj - obserwuje cię, Z.

  Szybko wybiegłam z gabinetu i rozejrzałam się po korytarzu. Niestety, ten ktoś już odszedł.
-Gdzie on jest? Jak wyglądał?
-Niestety, nie miałam okazji się przyjrzeć bo dał list i powiedział tylko dla kogo, odwracał wzrok i twarz... po czym odszedł bardzo szybko...
  Po tym wszystkim pojechałam do Michaela do gestapo. Wiedziałam o której kończy, nie chciałam mu przeszkadzać. Gdy wychodził zdziwił się na mój widok. Opierałam się o mur budynku, gdy zobaczył moje przerażenie lekko się zaniepokoił.
-Co się stało?
-Chodź. - wciągnęłam go do samochodu i tam pokazałam list.
  Gdy szybko go przeczytał, parę razy by przeanalizować charakter pisma czy nawet literkę Z na końcu spojrzał na mnie.
-Mówiłam... że ktoś mnie śledzi... - zaczęłam zdenerwowana mówiąc szybko i bez końca. - Był w szpitalu, dał ten list pielęgniarce... nie znam charakteru pisma, ale Z świadczy o tym, że ten ktoś wie kim jestem... chce mnie zniszczyć... albo nastraszyć... nie wiem czego chce... Ale muszę ci o czymś powiedzieć... Słyszałam, że ktoś chce się ciebie pozbyć.
-Kto? - warknął zirytowany całą sytuacją.
-Rozmawiałam z... pewną osobą i prosili mnie o pomoc w tym... w tej akcji... oczywiście odesłałam tę osobę tam skąd przyszła... podejrzewam... że ktoś przejął pomysł i ma zamiar kropnąć dwie osoby za jednym razem. Ja jestem bombą, która cię zniszczy... ja pociągnę cię za sobą na dno... - ciągnęłam, a on jedyne co zrobił to objął mnie i uspokajał.
  Jednak to nic nie dało. Miałam mętlik w głowie i byłam przerażona.

środa, 15 marca 2017

Od Rose

  Gdy usłyszałam znany mi chód Michaela siedziałam w salonie wśród książek. Starałam się oderwać myśli od Izy i innych złych rzeczy które zaprzątały moją głowę. Jednak po chwili jakaś nieznana mi kobieta zaczęła się śmiać i rozmawiać z kimś. Wstałam powoli, odkładając książkę na swoje miejsce. Pokazałam się pewnie w przed pokoju lustrując od góry do dołu dziewczynę.
  Spojrzałam na Michaela, jego wyraz twarzy mówił coś w stylu ''tylko nic nie palnij, błagam''.
  Uśmiechnęłam się nagle do nowo przybyłej dziewczyny.
-Rose. - przedstawiłam się.
-Tak, wiem kim jesteś. - zaśmiała się. - Obiło mi się o uszy, że jesteś nową partnerką mojego brata.
  Uniosłam brwi.
-Plotki szybko się rozchodzą. - odparłam spokojnie.
  Christian pojawił się sekundę później. Nie byłam zadowolona widząc go tu, on również nie kipiał z radości gdy ujrzał mnie w przejściu. Zrobiłam miejsce by wszyscy normalnie przeszli a na końcu złapał mnie Michael.
-Nie mówiłeś, że masz siostrę. - mruknęłam wyprzedzając go.
-Spokojnie, jeszcze wuj ma zamiar złożyć nam wizytę.
  Przewróciłam oczami i westchnęłam.
-Co zrobić z Adamem?
-A co ma być? Jest twoim bratem, niech zejdzie.
-Myślę, że to za szybko.
-Żartujesz sobie?
-Michael, on nienawidzi Niemców, wiesz o tym. Staram się go jakoś przekonać, ale nie wszystko na raz. Poza tym, jest moim przyrodnim bratem.
-Jak to...?
-Później pogadamy.
-A, no i... Liesel ma do ciebie pewną sprawę. - zaczął głośniej.
  Spojrzałam na nią, gdy podchodziła do nas.
-Chciałabym cię prosić, byś udostępniła mi mój pokój... wiesz, ten z widokiem na ogród.
  Spojrzałam wymownie w stronę Michaela, potem wzrok powędrował znów na Liesel.
-Jutro zacznę się przenosić, a tymczasem możesz przeczekać jedną noc w pokoju obok.
  Michael spiorunował mnie wzrokiem.
-Ona tak tylko...
-Nie, mówię zupełnie poważnie... wiesz, ja po prostu uważam, że bez sensu przenosić mnie i Adama na zbity pysk i ostatnią chwilę. Jutro na spokojnie udostępnię Ci szafę, wszystko będziesz miała wolne. Podejrzewam, że przyjechałaś z walizkami i wygodniej będzie umieścić ubrania i inne rzeczy normalnie jak człowiek tam gdzie powinny być... a my kobiety mamy ich sporo więc myślę, że się dogadamy. Oczywiście, jeśli koniecznie potrzebujesz pokój na tą chwilę nie ma problemu. - uśmiechnęłam się w jej stronę.
-Masz rację. Zastanawiam się, czemu nie jesteś z moim bratem w jednym pokoju, skoro jesteście... jakby... razem?
-Widzisz, mój brat nie przywykł do mieszkania samemu. Jesteśmy zza granicy, przystosowanie się do nowych ludzi jest dla niego trudne.
-Ach, jesteś tu z bratem?
-Tak, jednak teraz prawdopodobnie się uczy języka, trochę jest dla niego kłopotliwy.
  Christian ciągle mierzył mnie wzrokiem i Liesel. Na momencie zauważyłam, że siostra Michaela jest mu bliska w jakiś sposób. Parsknęłam w duszy, nawet nie było mi go szkoda.
 

wtorek, 14 marca 2017

Od Izy

Słońce przyjemnie grzało. Był piękny słoneczny dzień. Biegłam śmiejąc się po plaży przy Wiśle.
-Czekajcie!!!-krzyknął Kamil.
Spojrzałam na Zosia która praktycznie biegła równo ze mną a potem zerknęłam za siebie.
Zobaczyłam Kamila i Kube. Deptali nam po piętach lecz byłyśmy szybsze.
Wbiegłśmy do wody mocząc sobie nogi do kolan.
Chłopaki dołączyli do nas. Zaczeliśmy się chlapać śmiejąc się przy tym.
Kuba podbiegł do mnie i złapał mnie w pasie kiedy chciałam uciec. Przewrócił mnie razem ze sobą. Oboje znaleźliśmy soę przez pod wodą.
Tezymał mnie mocno i nie chciał puścić. Otworzyłam oczy ale nie zobaczyłam jego twarzy. To nie był już Kuba.
Zaczęłam się szamotać chcąc się wydostać z jego uścisku.
Udało się.
Wypłynęłam na powierzchnię. Okazało się że byłam dalej od brzegu.
Podpłynęłam bliżej bojąc się że ten ktoś złapie mnie znowu i utopi.
Kiedy już mogłam dotknąć stopami ziemi zatrzymałam się.
Nie zrobiłam tego dlatego że się zmęczyłam.
Zobaczyłam na plaży ciała Kamila i Kuby. Niedaleko też leżał bezwładny Tomek i Janek. Spojrzałam dalej.
Zobaczyłam babcię. Uśmiechała się. Ktoś strzelił a ona upadła. Krzyknęłam i pobiegłqm ale tylko kawałek. Za babcią bowiem zobaczyłam Zosię z pistoletem w ręce. Śmiała się złowiewczo. Ktoś chwycił mnie za ręke. Spojrzałam i zobaczyłam Michaela, tego Niemca. Wciągał mnie spowrotwm na głęboką wode.
Krzyczałam..

Otworzyłam oczy. Czułam że mam mokrą twarz. Coś mi na pasowało. Podniosłam głowęi zobaczyłam Janka. Przytulałam się do niego przez sen.
-Co..
-Spokojnie.. Miałaś zły sen??-zapytał głaszcząc mnie po włosach.
-Tak jakby..-odparłam kładąc głowę na jego klatce piersiowej-Tak jakby..-wyszeptałam ponownie..
-Opowiesz mi go??-zapytał mnie Janek.
-To nic ciekawego.
-Jeśli tak uważasz.
-Która jest godzina???
-Dochodzi 7 rano. Niedługo muszę iść.. Szkoda że nie mogę was dziś zabrać.
-Janek??
-Tak??
-Dziękuje..
-Za co???
-Za to że zostałeś na noc przy mnie i za to że ryzykujesz życiem chcąc wyciągnąć stąd babcię, Tomka i mnie mimo iż ecale nie musisz. Jedyne osoby które nie powinny tu być to ty i babcia. Oboje nie macie we krwii nawet 1% genu żydowskiego. Nie to co ja i Tomek.
-Nikt tu nie powiniem być..-odparł mając całkowitą racje.
Zamknęłam oczy. Tak bardzo bym chciała aby było inaczej..

Od Michaela

- Spóźnia się już 5 minut - mruknął Christian pod nosem uparcie wbijając wzrok w miejsce gdzie zaraz powinien wjechać pociąg.
- Spokojnie - parsknąłem rozbawiony, gdy nagle kątem oka zauważyłem inny pociąg, dobrze mi zresztą znany.
Christian podążył za moim spojrzeniem. Zirytowany mruknął pod nosem.
- No nie czy naprawdę te żydowskie psy będą się plątać po dworcu, akurat na przyjazd Liesel?
- Nie przejmuj się, szybciutko to załatwimy - rzuciłem i ruszyłem w kierunku stojącego już transportu.
- Stać - krzyknąłem gdy strażnicy właśnie zaczynali otwierać wrota.
Jeden z nich stojący najbliżej i chyba najważniejszy podszedł bliżej. Zerknąłem na jego naramiennik. Podporucznik. Uśmiechnąłem się pod nosem.
- Heil Hitler! - rzucił salutując.
Skinąłem mu głową
- Skąd ten transport dokąd oficerze?
- Majorze melduje, że więźniowie przewożeni są z Gdańska do Oświęcimia.
- Czemu zarządziliście postój?
- W jednym z wagonów krzyczano, że rodzi się dziecko.
- Ahh a od kiedy to wy podporuczniku przejmujecie się jakimś żydowskim szczenięciem?
Młodzik wyraźnie się stropił. Westchnąłem.
- Dobrze zróbcie co macie zrobić i odjeżdżajcie stąd czym prędzej.
- Tak jest panie majorze! - zasalutował i ruszył w stronę wagonów.
Gdy otworzyli wrota dwóch ludzi jak bezwładne kukły wysunęło się z pociągu wprost na tory. Po chwili poczułem niewyobrażalny odór. Zgorszony zmarszczyłem nos. Nie nie zdecydowanie nie ten widok powinna zobaczyć moja siostra po przyjeździe.
Istotnie z wagonu po chwili dało się słychać płacz dziecka i jakąś szamotaninę. Kobieta krzyczała coś po polsku gdy strażnicy zabrali jej dziecko. Już miałem się odwrócić gdy nagle z pociągu wykorzystując zamieszanie wyskoczył młody chłopak - może w wieku Adama - i zaczął uciekać.
Bez wahania sięgnąłem do pasa po pistolet, odbezpieczyłem go i zanim strażnicy zdążyli się zorientować strzeliłem.
Chłopak upadł. Wycelowałem idealnie w serce więc nie musiał ginąć w męczarniach - choć należało mu się.
Już dawno sobie obiecałem, że każdy kto w mojej obecności jawnie wystąpi przeciwko zasadom III Rzeszy zostanie ukarany.
A co z wybrykami Rose? - szepnął jakiś złośliwy głosik w głębi mojej głowy.
- Michael, chyba jedzie! - krzyknął Christian.
- Posprzątajcie i zbierajcie się stąd szybko - wydałem rozkaz. Gdy posłusznie kiwnęli głowami ruszyłem do Chrisa.
Pociąg Liesel akurat stanął w momencie gdy odjeżdżali. Gdy drzwi się zaczęły otwierać, a z środka wychodzili pospiesznie ludzie, obydwoje z Christianem intensywnie jej wypatrywaliśmy.
Nagle czyjeś palce zakryły mi oczy, a w powietrzu wyczułem dobrze znany zapach perfum.
- Zgadnij kto to - usłyszałem równie dobrze znany mi głos i odwróciłem się z radością chwytając ją w ramiona.
- Liesel ty przebiegła cwaniarko - śmiałem się obracając ją w ramionach.
Gdy wreszcie postawiłem ją na nogi przyjrzałem jej się uważnie. Nie mogłem wprost uwierzyć w to, że tak się zmieniła i wypiękniała.
- Siostrzyczko co jak co, ale muszę przyznać że wyrosłaś na piękną kobietę.
- Ty też niczego sobie wyglądasz - uśmiechnęła się w zadowoleniu gładząc mi mundur - Idealnie na tobie leży. Pewnie masz duże wzięcie u tutejszych kobiet.
Parsknąłem śmiechem, gdy usłyszałem z boku chrząknięcie. Spojrzałem na Chrisa. Piorunował mnie spojrzeniem nieszczęśnika.
- Ah tak wybacz bracie. Liesel chyba pamiętasz Chrisa?
- Jakże mogłabym zapomnieć - posłała mu swój promienny uśmiech podając dłoń do pocałowania.
Jak na mój gust całował tę dłoń trochę zbyt długo, ale nic nie powiedziałem.
- Naprawdę przepięknie wyglądasz - mruknął, a ja przewróciłem oczami.
- Hm dziękuje za komplement.  Słyszałam, że za niedługo się żenisz. Twoja narzeczona ma ogromne szczęście - wbiła mu szpilę z uśmiechem, a ja z trudem stłumiłem wybuch śmiechu widząc minę biednego Chrisa.
Oj moja siostra to nie była byle jaka zwykła śpiewaczka i artystka z głową w chmurach.
- To co możemy jechać? - spytałem po dłuższej chwili wymiany zdań na temat pogody i wygody podróży.
- Tak, tak. Zanieście te bagaże do samochodu - rzuciła odwracając się w stronę swoich służących.
Gdy wszyscy zbliżaliśmy się do wozu, Radke pospiesznie wyszedł przejmując część walizek od służki Liesel. Zauważyłem, że przyglądał jej ukradkiem i uśmiechnąłem się pod nosem.
Gdy jechaliśmy Liesel ciekawie rozglądała się przez okno.
- Hm wydaje mi się, że ostatnim razem jak tu byłam było jakoś hm... cieplej i jaśniej.
- Może dlatego, że mamy zimę moja droga - parsknąłem.
- Oh no tak. Przyzwyczaiłam się już do słonecznych Włoszech..
- Zastanawiam się czy jest takie miejsce w Europie w którym jeszcze nie byłaś.
- Oj tak braciszku. Z pewnością nie wybieram się do ZSRR choć dostałam parę ważnych zaproszeń na koncerty.
- W Warszawie występujesz po jutrze zgadza się?
- Tak. Muszę się dobrze wyspać, nie chciałabym popsuć tego występu. Oczywiście dostanę ten pokój z widokiem na ogród?
- Ehm.. - zaciąłem się lekko - Widzisz..
- O co chodzi?
- O to Liesel że u twojego braciszka mieszka pewna młoda dama - uśmiechnął się złośliwie Christian, a ja spiorunowałem go wzrokiem.
- Jaka młoda dama? - ton siostry lekko się zmienił. Była bardzo emocjonalna, kapryśna i zawsze dostawała czego chciała. Głupia rzecz, choćby nie zajęcie przez nią pokoju który chciałaby zająć mogło się skończyć awanturą.
- Za chwilę ją poznasz moja droga - odparłem lekko posyłając wymowne spojrzenia Christianowi - Jestem przekonany, że ją polubisz. Zajmuje ten pokój, jednak myślę, że jeśli poprosisz to przeniesie się na czas twojego pobytu gdzie indziej.
- Np do twojej sypialni? - parsknął wesoło Chris, ale widząc moją minę dodał pojednawczo - Dobra dobra nic nie mówię już.
- Jest Niemką? - Liesel zadała zasadnicze pytanie.
- Tak - odparłem kłamiąc bez mrugnięcia okiem - Ma jednak polskie korzenie.
- To twoja kochanka ma się rozumieć?
- Hm.. Można tak powiedzieć - odparłem ugodowo - Jednak jest dla mnie ważna.
Liesel spojrzała na mnie z niedowierzaniem.
- Od j e j śmierci nie widziałam, żebyś traktował jakąś poważnie. Zwłaszcza taką która ma p o l s k i e korzenie.
- Liesel nie przesadzaj. Jest naprawdę wyjątkową osobą i jestem pewien, że przypadnie ci do gustu - powiedziałem jednak w głębi ducha zacząłem mieć obawy jak będzie wyglądał ten najbliższy czas.
Li dobrze znana mi była z tego, że jeśli kogoś nie lubiła potrafiła zrobić z jego życia piekło. Nie przebierała w środkach. Jeśli do tego Christian jeszcze wtrąciłby swoje 3 grosze na temat Zofii..
Hm postanowiłem zawczasu się nie przejmować. Co ma być to będzie.

poniedziałek, 13 marca 2017

Od Janka

Spałem, gdy usłyszałem szelest i momentalnie się ocknąłem. Zdezorientowany faktem, że śpię nie w swoim łóżku zacząłem się rozglądać. Dopiero gdy pewna osoba przekręciła się nieznacznie u mojego boku, dotarło do mnie gdzie jestem.
Wciąż jednak nie mogłem w to uwierzyć. Że Iza spała obok w miarę bezpieczna i cała. Była poważnie poraniona i doznała ogromnej krzywdy za którą już w głowie układałem plan zemsty - jednak była przy mnie.
Wpatrywałem się w nią przez dłuższą chwilę, gdy przerwało mi ciche chrząknięcie.
- Spokojnie - usłyszałem szept, gdy lekko się poderwałem.
Iza śpiąca na mojej klatce piersiowej odetchnęła głośniej przez sen, ale całe szczęście nie obudziła się.
Opadłem znów na poduszki. Gdy pani Rudnicka podeszła bliżej, spojrzałem na nią zmieszany rozglądając się po pokoju w poszukiwaniu zegara.
- Która godzina? - spytałem szepcząc w końcu.
- Dochodzi trzecia, ale...
- Już dawno powinienem wyjść - zacząłem próbując się wysunąć spod Izy, tak by jej nie obudzić.
- Janek nie wygłupiaj się - przerwała mi tonem nieznoszącym sprzeciwu - Chcesz wracać o tej porze do domu?
- Poradzę sobie, znam wiele przejść i..
- Wyjście z getta też? - spytała unosząc brwi - Dobrze wiesz, że nawet nie zbliżysz się do szlabanu i cię zastrzelą. Lub w innym wypadku wezmą na gestapo.
Zamilkłem pokonany takimi argumentami.
- Posłuchaj Janek - wyszeptała cicho babcia po dłuższej chwili - Muszę z tobą porozmawiać, a nie wiem kiedy następnym razem nadarzy się taka okazja..
- Będę przychodził tak często jak będzie to możliwe do momentu gdy was wszystkich stąd wyciągniemy z pomocą Zosi.
- Janek posłuchaj...
- Zapasu jedzenia wystarczy wam na długo. Izie przyniosę leki, a może nawet uda mi się sprowadzić lekarza.  A ci którzy wyrządzili jej krzywdę zapłacą za to - zgrzytnąłem zębami.
- Dziecko jestem ci ogromnie wdzięczna za wszystko co dla nas robisz.. Ale nie możemy się dłużej oszukiwać. Zaczynają się wywózki. Całe kamienice w środku nocy pustoszeją. Ludzi pędzi się jak bydło do wagonów. Wiadomo jakie jest docelowe miejsce tej podróży..
- Wywózki owszem może i się zaczynają - przytaknąłem jej - ale od drugiej strony getta. Biorą najpierw mężczyzn. Zanim dojdzie tutaj minie sporo czasu, a wtedy będziecie wszyscy bezpieczni po aryjskiej stronie.
- Janek właśnie w tej sprawie mam do ciebie prośbę.  Obiecaj mi że mimo wszystko wyciągniesz stąd Izę.
- Oczywiście, że ma pani moją obietnicę. Wyciągnę ją - razem z nami.
Przez dłuższą chwilę się nie odzywała. Pogłaskała wnuczkę delikatnie po włosach i uśmiechnęła się lekko.
- Zawsze była taka dzielna.. Taka mądra.. Miała tyle serca do ludzi i zwierząt.. I jest taka młoda.. Musi wyjść z tego piekła i przeżyć wojnę.
- I przeżyję. A pani i Tomeczek również..
- Januś ja już mam swoje lata. Czy tu czy tam - co to za różnica? Na razie i tak czeka nas to samo piekło. Jestem zmęczona tą wieczną tułaczką. Wolę zostać tu..
- Niech pani tak nawet nie mówi! - powiedziałem głośniej, ale szybko ściszyłem głos zerkając na Izę -  Ma pani jeszcze wiele lat do przeżycia. Kto zatańczy na weselu Izabeli? Kto będzie opiekował się jej wnukami?
- Twoi rodzice - uśmiechnęła się łobuziersko, tak że przez chwilę wyglądała jak młoda dziewczyna. Zapaliły mi się lekko policzki, a ona nie wiem jakim cudem to spostrzegła i roześmiała się cicho.
- Janek taki z ciebie odważny dowódca i żołnierz, zastrzelisz bez wahania, w akcjach zachowasz zimną głowę - ale przy kobietach tracisz głowę.
- Nie przy kobietach proszę pani. Przy Izie. Wcześniej raczej mi się to nie zdarzało.
Uśmiechnęła się pod nosem.
-  Więc jak? Umowa stoi? Zabierzesz ją stąd jak najszybciej się da?
- Zabiorę obiecuję to pani na słowo harcerza i żołnierza. I was również.
- Janek Tomek stąd nie ma szans wyjść - uśmiechnęła się smutno - Ma zbyt charakterystyczny wygląd Żyda. Wszędzie go poznają.
- Niech pani tak nie mówi, sprytnie to wszystko zorganizujemy..
- Janek proszę cię nie ma czasu na to. Nie jestem głupia i wiem ile czasu zajmie ci zdobycie odpowiednich dokumentów. Najpierw wyciągnijcie stąd Izę. Błagam cię. Ona zbyt wiele przeszła. Później ewentualnie wrócicie po nas...
Po dłuższym namyśle zgodziłem się z nią.
- Nie wiem tylko czy ona się na to zgodzi - szepnąłem głaszcząc ją po ramieniu.
- Nie martw się, coś wymyślę. Twoja głowa w tym, żeby po prostu stąd wyszła. I proszę cię zachowaj tą rozmowę w dyskrecji - dodała podnosząc się.
- Może pani na mnie liczyć - szepnąłem gdy wychodziła, a ona w odpowiedzi posłała mi jeden ze swoich najcieplejszych uśmiechów, który jeszcze długo miał mi pozostać w pamięci.

Od Rose

  Wróciwszy do domu od razu napotkałam złego Michaela. Przy wspólnej kolacji czułam, że coś jest nie tak. Dziubiąc w talerzu nie podnosiłam wzroku zamyślona. Adam gdy skończył jeść wstał i poszedł na górę bez słowa. Ciekawe jak by zareagował gdyby dowiedział się, że tak naprawdę to nie ma siostry. Jest sam. Tak jak ja.
-Chyba nie podoba mu się pomysł niemieckiej szkoły. - odezwał się nagle.
  Spojrzałam na niego i westchnęłam.
-Nie interesuje mnie, że mu się on nie podoba. Tak musi być.  
  Spiorunowałam go wzrokiem.
-Coś nie gra? - spytałam ostrożnie.
-Obiło mi się o uszy coś co muszę wiedzieć...
-Więc słucham. - zmrużyłam oczy podejrzliwie.
-Widziałaś się ostatnio z kimś z ruchu?
-Owszem. Mówiłam Ci o tym. Chciałam zdobyć dokumenty...
-Wcześniej się widziałaś z kimś jeszcze?
-Tak. Widywałam się. Z Jankiem. Ale to niemożliwe, żeby ktokolwiek nas widział. Byliśmy w ukryciu gdzie nikt nie mógł o nas wiedzieć.
  Automatycznie nasunął mi się Bartek. Ale nie, on nie mógł nas wydać. Zbyt wiele by stracił gdyby nadawał na mnie i ruch szkopom.
-Po co się z nim widywałaś?
-W prywatnej sprawie. Nawet niech nie przejdzie Ci przez myśl fakt, że mogłabym spiskować za twoimi plecami.
-Wuj uważa co innego. - mruknął pod nosem z nadzieją, że nie dosłyszę.
-Ale on tobą kieruje. - parsknęłam śmiechem.
-Słucham? Gdyby nie on nie byłbym tu gdzie jestem.
-Powiem Ci coś, Michael - nachyliłam się do niego i spojrzałam w oczy. - To, że on cię wychował a to, że jesteś teraz majorem to dwie różne rzeczy. Swoje stanowisko zawdzięczasz własnej pracy i wysiłku. Wiecznie nie może tobą kierować niczym kukłą, nie może robić z tobą co chce.
-Mówisz tak tylko dlatego, że go nienawidzisz. - odparł swobodnie.
-Mówię tak dlatego, żebyś zrozumiał, że nie jesteś taki dzięki niemu. Oczywiście, nie wątpię, że musisz go szanować... ale uważam, że nie powinieneś go czcić za to, że jesteś na tak wysokiej pozycji.
-Nie rozmawiajmy o tematach o których nie masz pojęcia.
-Doskonale wiesz, że gdzieś tam mam rację. Może i nie wiem o tobie wszystkiego, ale przyznaj, że nie mówię bezmyślnie. Wracając, nie spiskuję za twoimi plecami. Jeśli trzeba będę unikać kontaktów z ludźmi z ruchu, ale od momentu gdy Iza wróci pod moje czujne oko. Jeśli nie, w tej kwestii nic się nie zmieni.
-Czemu jesteś taka zawzięta? To tylko nędzna, nic nie warta...
-Dla mnie jest coś warta. - wtrąciłam, zanim się zapędził.
  Dalej martwiło mnie to, że ruch planuje wyeliminować Michaela. Beze mnie nawet na niego nie spluną, jeśli się wychylą to dostaną od razu kulkę w łeb... tego bym nie przeżyła. Oby się nie pchali tam, gdzie nie powinni bo przestanę być tak przejęta i im w jakikolwiek sposób pomagać.
-Myślisz, że z Adamem będą problemy? - spytałam o coś, co od momentu naszej rozmowy mnie dręczyło.
-Jeśli będzie sprawiać jakiekolwiek, to się za niego wezmę.
-Michael... - westchnęłam.
-Przecież go nie zabiję...
-Dobrze wiesz, że nie martwię się o to. Wiesz, że nie chcę byś go zmieniał w potwora jakimi są Niemcy.
  Przewrócił oczami.
-Będzie delikatnie tylko...
-Nie. Postanowione. - przerwałam. - Słuchaj... chciałabym, żebyś sprawdził pewnego... szkopa.
-Którego?
-Jest młody... Anton, znam tylko imię. Młody...
-A co Ci zrobił, że się go uczepiłaś?
-Myślę, że to on stoi za szpiegowaniem mnie.
  Uniósł brwi zaciekawiony.
-A skąd znasz niemieckiego żołnierza?
-Powiem Ci więcej jeśli dostarczysz mi informację której potrzebuje. Muszę być pewna. Jeśli to rzeczywiście on, to mamy oboje problem.
-Jesteś niesamowicie uparta. - parsknął.
-Potrzebuję tej informacji, Michael. On zagraża mnie, co za tym idzie również Tobie. Jeśli jest w stanie sprzedać mnie, to również nie omieszka wyeliminować ciebie. Zrobi to za jednym zamachem więc prosze o to, byś działał ostrożnie ale szybko.
  Zaskoczony milczał, po czym pocałował mnie.
  Jednak nadal miałam mętlik w głowie co do różnych spraw...

niedziela, 12 marca 2017

Od Izy

Wszystko było takie jasne. Zamknęłam oczy. Szum w głowie stawał się coraz silniejszy.
Miałam migrenę??? Światłowstręt i szum w głowie zawsze przy niej mnie dręczą.
Chciałam się podnieść.
Ból, ogromny ból przeszył moje ciało. Jęknęłam. Otworzyłam oczy.
Zobaczyłam Tomka. Miał mokrą twarz od łez. Czemu płakał??
-Co się stało???-zapytałam krzywiąc się.
-Myślałem że umierasz..-powiedział ze łzami w oczach które spowrotwm zagościły na jego twarzy.
-Umieram??-zapytałam.-Czemu wszystko mnie boli..
-Zostałaś postrzelona. Myślałem na początku że Cię zabił..
Postrzelona?! Wspomnienia wróciły.
Niemiec celujący do moich bliskich. Uderzyłam go. Ktoś do mnie strzelił..
-Gdzie babcia???-zapytałam.
-W kuchni.-odparł.
Chciałam usiąść.
-Nie rób tego. Babcia zabandarzowała Ci ramię, kula na szczęście przeleciała na wylot.. Ale nadal krwawisz.
Dotknęłam bandażu. Zabolało bardziej kiedy się uraziłam.
-Wyliżę się.-odparłam.
Drzwi się otworzyły i do pokoju weszła babcia i.. Janek!!!
Podbiegł od razu do mnie. Spojrzał na bandaże.
-Nic Ci nie jest??
-Śmierć jeszcze troche poczeka.-uśmiechnęłam się aby go upewnić że zaraz nie skonam.
-Iza.. Wybacz to moja wina. Nie potrzebnie czekałem.. Gdybym was wtedy zabrał..
-Janek.. To nie twoja wina.
Babcia zabrała Tomka i wyszli zostawiając mnie z Jankiem.
-Jak się czujesz??
-Jestem zmęczona ale bywało gorzej.
-Gdzie Cię zabrali?? Kiedy wróciłaś??
-Nie chcę o tym rozmawiać...-odparłam.
Wspomnienia bolały bardziej niż rana postrzałowa.
-Zkrzywdzili Cię??
Milczałam
-Zabije ich.. Tylko się dowiem którzy to konkretnie..
-Daj spokój Janek.-odparłam przerażona myślą że coś by mogli zrobić..
Westchnął.
-Zabierzemy was, Zosia kombinuje. Niedługo będziecie bezpieczni.. Wyciągne was stąd.
Uśmiechnęłam się smutno do niego. Wiedziałam bowiem że to się nie uda, a przynajmniej nie mi. Nawet jeśli ucieknę z getta, nie ucieknę przed wspomnieniami rzeczy które mnie tu spotkały.
-Jestem śpiąca..-powiedziałam.
-Idź spać.. Posiedzę przy tobie.
Uśmiechnęłam się.
-Mógłbyś.. Się położyć przy mnie??-zapytałam nieśmiało.
Widziałam w jego oczach zmieszanie jednak przytaknął.
Położył si€delikatnie przy mnie a ja oparłam głowę na jego ramieniu.
Dłużo czasu bie potrzebowałam aby zasnąć.

Od Michaela

 Siedziałem zamyślony przy biurku kończąc palić papierosa. Zbliżała się 18 i trzeba było powoli zbierać się do domu.
 Uśmiechnąłem się na wspomnienie Zofii, która dziś wparowała do gabinetu podczas przesłuchania i nawet nie drgnęła na widok tego Żyda. Zastanawiałem się skąd w niej taka zmiana? Wcześniej wciąż mi się stawiała a teraz była nie do poznania.
A co najważniejsze podobało mi się to.
Gdy kończyłem pisać raport zadzwonił telefon.
- Słucham? - odebrałem po chwili.
- Halo Michael? - usłyszałem dobrze znany mi głos i uśmiechnąłem się pod nosem.
- Liesel już zaczynałem się martwić, że coś ci wypadło i nie przyjedziesz.
- Miałabym ominąć okazję spotkania się z moim braciszkiem? Nigdy!
- Kiedy będziesz?
- Sądzę, że jutro wieczorem powinnam dojechać.
- Doskonale. Jeśli nie dam rady przyjechać osobiście, wyjedzie po ciebie mój szofer.
- Oby miał pojemny bagażnik.
Parsknąłem śmiechem.
- Dasz sobie radę sama w pociągu z tymi wszystkimi walizkami?
- Oj nie martw się nie będę sama. Biorę ze sobą dwóch służących.
- Świetnie. Oczywiście wiem, że nic by ci nie groziło w pierwszej klasie naszej niemieckiej linii, jednak będę spokojniejszy wiedząc, że ktoś ci towarzyszy.
- I ja sama również będę się czuła bezpieczniejsza. Tyle się teraz słyszy o tych polskich bandytach..
- Masz rację siostrzyczko. Zatem do jutra.
- Do jutra kochany - pożegnała się i rozłączyła.
Dawno jej nie widziałem, więc ogromnie cieszyłem się na ten przyjazd. Zastanawiałem się jednak jak zareaguje na Zofię i Adama. Nienawidziła Polaków i była gorącą wielbicielką nazizmu. Postanowiłem że mimo wszystko nie będę jej wtajemniczać w prawdziwe pochodzenie Rose i chłopaka.  Nie chciałem jej w to wplątywać.
Ktoś zapukał do drzwi i w szparze ukazała się głowa wuja Alberta.
- Można?
- Oczywiście wujku - odparłem przywołując na twarz uśmiech.
W Norwegii otrzymałem stopień Majora i po przyjeździe w 'nagrodę' dostałem swój własny gabinet. Albert wszedł do środka z uśmiechem zerkając na plamy krwi na dywanie.
- Widzę, że nie próżnujesz ledwo po przyjeździe.
- Zapomniałem powiedzieć sprzątaczką, żeby to usunęły - mruknąłem.
- Dowiedziałeś się czegoś? Gdybyśmy odkryli gdzie ten Żyd ukrył te dokumenty..
- Jestem blisko - uciąłem - Sądzę, że jutro, góra po jutrze wszystkiego się dowiem.
- Hm świetnie - mruknął przechadzając się po pokoju.
Uważnie go obserwowałem.
- Co u twojej kochanki? Nadal z tobą mieszka? - spytał niby obojętnie.
- Zgadza się - mruknąłem zastanawiając się o co mu chodzi.
- Chyba jest dla ciebie wyjątkowo ważna.
- Zgadza się - odparłem swobodnie.
- Liesel do mnie dzwoniła. Ma jutro przyjechać.
- Wiem, przed chwilą skończyłem z nią rozmawiać.
- Więc pomyślałem sobie - ciągnął dalej nie patrząc na mnie - Że może mogliśmy zjeść po jutrze wspólną kolację w naszej ulubionej restauracji. Chciałbym bliżej poznać tą twoją. Liesel zapewne też.
Zrobiło mi się gorąco, choć perfekcyjnie ukryłem emocje. W tej nagłej chęci Alberta poznania Rose kryło się coś więcej. I zaraz się o tym miałem przekonać.
- Doszły mnie słuchy ostatnio.. - ciągnął - Że widziano ją w towarzystwie.. polskich bandytów.
Momentalnie się spiąłem. Zastanawiałem się czy to prowokacja - czy też istotnie otrzymał takie informacje.
A jeśli tak... To od kogo?
- To całkiem prawdopodobnie - odparłem jak gdyby nigdy nic patrząc mu pewnie w oczy - Chętnie mi pomaga. Ma swoje dojścia, które wykorzystuje.
- Dojścia? To znaczy brata się z polaczkami?
- Wujku sądzę, że nie musisz zaprzątać sobie głowy m o i m i sprawami - odparłem delikatnie.
- Twoimi sprawami? Michael nie poznaję cię - podszedł bliżej i prześwidrował mnie spojrzeniem.
Poczułem nagle znane mi dobrze z przeszłości uczucie. Skruszony spuściłem wzrok. Jak mogłem odzywać się w ten sposób do człowieka, który zastąpił mi ojca i zawsze chciał dla mnie najlepiej?
Albert widząc efekt który wywołał uśmiechnął się z zadowoleniem. Podszedł do mnie, nachylił się i wyszeptał.
- Nigdy nie zapominaj w jakiej sprawie służymy. Żadna kobieta nie może tego zmienić rozumiesz?
Pokiwałem w milczeniu głową.
- Uczucia bywają mylne - ciągnął dalej - Chyba nie muszę ci przypominać historii niemieckiego dowódcy który został zwiedziony przez kobietę wysłaną przez szpiegów i przyczynił się do upadku ważnej sprawy?
- Nie musisz - mruknąłem.
Albert jeszcze przez kilkanaście minut udzielał mi rad aż w końcu wyszedł. Ja godzinę po nim. Gdy wracałem do domu miałem mętlik w głowie.  Zastanawiałem się czy Zofia jest mi naprawdę wierna? I co ostatecznie zrobić z Rudnicką?
Musiałem to przemyśleć.

sobota, 11 marca 2017

Od Rose

  Nie mogłam znieść myśli, że cokolwiek mogło pójść nie tak. Obudziłam się w łóżku Michaela, wtulona w jego poduszkę. Czułam na niej jego zapach, westchnęłam zadowolona i rozmarzona, po czym po długim wyleżeniu się wstałam. Ubrana w krótki jedwabny szlafrok weszłam do pokoju Adama, który właśnie czytał jedną z niemieckich książek.
  Uśmiechnęłam się i poczochrałam jego gęstą czuprynę.
-Długo cię nie było. - odezwał się w końcu.
  Od wczorajszej rozmowy to go trapiło... jednak nic nie powiedział.
-Marta chyba źle cię nie traktowała. - mruknęłam uśmiechnięta.
-Ostatnio masz mniej dla mnie czasu.
-Bo mam wiele spraw na głowie.
-Jakich na przykład? - przerwał, spoglądając na mnie tymi swoimi niebieskimi, wielkimi oczami.
-Pracuję i... ech... Adam, chcę  z tobą porozmawiać o niemieckiej szkole. - w końcu to z siebie wydusiłam. Spojrzał na mnie wystraszony.
-Będziesz bezpieczniejszy.
-Nie będziesz ze mnie robić jednego z tych szkopów!
-Mówiąc to widzę w tobie Janka. - parsknęłam. - Niestety, ja się ciebie o to nie pytam tylko informuję. Chciałabym byś się z tym powoli oswoił...
-Jeśli mnie tam wyślesz, zrobię tam piekło.
  Kucnęłam przy nim.
-A jeśli Ty zrobisz piekło tam, to tutaj dopiero twoja siostrzyczka cię urządzi.
-Grozisz mi? - zaśmiał się. - Jeszcze naślij na mnie tego swojego Niemca co cię trzyma jak na smyczy...!
-Słuchaj, nie masz prawa tak mówić. Nie znasz go. Nawet nie starasz się zrozumieć...
-Wolę umrzeć niż rozumieć jakiś szkopów co zabijają niewinnych nas! Niewinnych polaków!
  Wstałam i wyprostowałam się.
-A więc będziesz musiał się przemóc i zacząć rozumieć szkopów, bo niedługo czeka cię szkoła. Postanowione.
  Zamknęłam drzwi i zeszłam na dół. Marta już prawie kończyła robienie mi śniadania.
-Dokończę. - wtrąciłam.
-Zaczęłam to...
-Marto, naprawdę, sama dla siebie potrafię zrobić śniadanie. - uśmiechnęłam się. - Dziękuję.
  Gdy zjadłam od razu zabrałam się do papierkowej roboty. Przeglądałam akta pacjentów które musiałam przejrzeć i podpisać. Już trzecie akta a kolejne podrobione niemieckim nazwiskiem i imieniem. Było tego niewiele, jednak ktoś, nie tylko z ruchu zajmował się tym. Polacy próbowali przetrwać jak się da, nawet przystając na myśl o tym, żeby być pod nazwiskiem niemieckim.
  Usłyszałam pukanie do drzwi. Zapominając zupełnie o tym, jak jestem ubrana nawet się nie przejęłam. Marta otworzyła drzwi, a ja zakopana po uszy w aktach nie słyszałam nawet o co chodzi. Gdy nagle usłyszałam krzyk gosposi...
-Rose! To do ciebie...!
  Zaskoczona odeszłam od stołu i podeszłam do drzwi. Marta odeszła, a ja wpatrywałam się w wielką paczkę którą trzymał jakiś szkop. Wpatrywał się we mnie oczarowany, a raczej w mój krótki czarny szlafrok. W tym momencie zdałam sobie sprawę, że wyglądam naprawdę niestosownie, więc zaczerwieniłam się automatycznie.
-Od kogo to? - spytałam szybko chowając się za drzwiami.
  Szkop otrząsając się wzruszył ramionami.
-Nie wiem, to anonimowa paczka.
  Od razu pomyślałam, że to Janek podesłał mi dokumenty... ale w tak dużej paczce...?
  Przechwyciłam ją i kiwnęłam szkopowi. Nie odchodził chwilę, więc spojrzałam na niego zaskoczona.
-Coś jeszcze?
-Nie... po prostu... jest pani... zjawiskowo piękną kobietą...
-Dziękuję. - uśmiechnęłam się lekko zakłopotana.
-Da się pani zaprosić dzisiaj na... może na kolację?
-Wybaczy pan, ale mam za dużo na głowie.
-Może jutro? Będę tutaj o tej samej porze, o ile nie wcześniej... może wtedy...
-Naprawdę nie mam czasu, ale dziękuję za propozycję. - uśmiechnęłam się szeroko. - Do widzenia.
  Zamknęłam drzwi i spojrzałam na paczkę. Szybko zwinęłam dokumenty pacjentów szpitala i poszłam ze wszystkim na górę. Tam zajęłam się paczką i to co w niej było zaszokowało mnie.
  Były tam rzeczy rodziców, jakieś zdjęcia, listy... i pieniądze.
  Były zachowane w starej kopercie, napchanej zdjęciami a pomiędzy nimi pieniądze. Zaszokowana oglądałam kupę kasy...
  A na samym dole dokumenty... Adama. Zerknęłam na nie, i z nimi był dołączony list od matki. Otworzyłam go i szybko przeczytałam zniecierpliwiona.

     Droga Zosiu
  
  Nigdy nie spodziewałam się, że nadejdzie ten moment, gdy będę musiała wyznać prawdę. Pewnie czytając to nie ma mnie już na tym świecie, jednak musisz wiedzieć coś o swoim bracie. 
  Nie jest on synem twojego ojca, lecz pewnego Niemca. Tak, zdradziłam twojego tatę ze szkopem... a Adaś jest w połowie taki jak biologiczny ojciec. Nie chciałam by ktokolwiek o tym wiedział... jednak gdy zostałaś z nim sam jak palec musisz znać prawdę. Tobie pozostawiam to, co zostało, i prawdę którą wiesz dobrze, czy wyznać bratu. Nie traktuj go inaczej, chłopiec nie jest winny niczemu... całe życie patrzyłam na Adama jak na syna mordercy polaków... jednak on niczemu nie zawinił. Wychowaj go jak własnego S Y N A, bo potrzebuje dobrej matki. Nie popełniaj błędów takich co ja, działaj ale z głową... Oboje cię z ojcem kochamy i nie chcemy byś cierpiała. Patrzymy na Ciebie z góry, kochamy w dalszym ciągu i zostawiamy trochę pieniędzy na nowy start. Nie daj się, Zośka. 

   W szoku wpatrywałam się w list i podarłam go. Zapłakana ruszyłam z pieniędzmi pod łóżko, by je zachować. Adam... nie jest moim bratem. Jest, ale przyrodnim. Moja głowa pękała, jednak musiałam trzymać fason.
  Gdy po czasie doszłam do siebie wzięłam dokumenty, zaniosłam do szpitala po czym poszłam na spotkanie z Bartkiem. Znalazłam go jak patrolował jedną z ulic.
-Masz to o co prosiłam Janka?
-Nie da rady ich załatwić.
-Jak nie da rady?! - wykrzyczałam.
-Cicho! Na litość boską... - warknął. - Filip i Agata po ślubie gdzieś się zaszyli, Janek ma obawy że spieprzy te dokumenty... poza tym nie widzieliśmy się... powiedział, że zrobi co w jego mocy jednak nie daje gwarancji... a Iza się odzywała?
-Nie. Nikt stamtąd się nie odzywał.
-Podobno nie ma jej w Puffie. Jest znów w gettcie z babcią.
-Cholera, co?! - wypaliłam wściekła. - Dobrze... - westchnęłam. - Proponujesz coś?
-Zmień trochę plan. Michael nie pomoże?
-Nie wiem nawet czy popiera mój pomysł... chcę tylko by była znów bezpieczna... Dobrze... przekaż Jankowi, że nazwisko musi być takie jak moje.
-Co? Czemu?
-Będzie jako moja siostra.
-Dziewczyno, jesteś tu w ogóle? Czy z głową w chmurach? Zawsze taka byłaś. Latałaś nie wiadomo gdzie w obłokach gdy na dole działo się piekło.
-Bartuś, ja mam wszystko pod kontrolą nawet jak siedzę wśród chmur! - westchnęłam spokojniejsza. - To najlepsza cecha, większa wyobraźnia daje więcej możliwości na np. uwolnienie mojej przyjaciółki... Chcę te dokumenty, rozumiesz? Przekaż Jankowi że nie ma opcji by ich nie załatwił. Ja znajdę Filipa... Może Michael mnie uprzedzi i przynajmniej ją stamtąd wyciągnie... oszczędzi mi to trochę zachodu.
-Więc co robić?
-Pogadaj z Jankiem i powiedz co Tobie powiedziałam. Muszę iść. - odeszłam w stronę gestapo.
 
  Gdy szłam korytarzem słyszałam krzyki dobiegające ze strony gabinetu Michaela. Obok drzwi warował jeden z gestapowców, uśmiechnęłam się do niego lekko.
-Ma gościa, tak? - uniosłam brwi.
-Nikt ma tam nie wchodzić. - odparł.
  Zaśmiałam się.
-Ale ja nie jestem nikt... - szepnęłam do niego. - Muszę tam wejść...
-Ale...
  Zanim zareagował ja już weszłam.
  Zakrwawiony Żyd leżał na podłodze a nad nim stał Michael.
-Musiałaś wejść z odpowiednim momencie... - westchnął.
-Wybacz. - odparłam niewzruszona. - Potrzebuję twojej pomocy.
-Znowu? Dobra. I tak już wiem co chciałem. Zabrać go!
  Żyd został wyszarpany z gabinetu, podeszłam do drzwi i zamknęłam je na klucz. Odwróciłam się do Michaela na pięcie i podeszłam do niego powoli.
-A więc o co chodzi?
-Stęskniłam się...
  Parsknął.
-I dlatego przerywasz mi w przesłuchaniu?
  Złapałam go za mundur i przyciągnęłam do siebie.
-To wystarczający powód dla którego tu jestem... Rozmawiałam z Adamem i stwierdziłam że dobrym pomysłem jest posłanie go do niemieckiej szkoły. Po drugie... pomysł z Izą nie wypalił.
  Zaśmiał się.
-Skąd ja to skarbie wiedziałem?
-... bo jeden z twoich pieprzonych podwładnych odesłał ją znów do getta.
-Jak to odesłał? Skąd wiesz?
-Mam swoje źródła, kochanie. Znów będzie katowana i zmuszana do jakiś ciężkich prac! Nie tak miało to wyglądać Michael... - westchnęłam zrezygnowana.
-To na pewno załatwię. - mruknął zły.
-Na pewno, to tym razem załatwisz to lepiej. - odparłam siadając na jego fotel za biurkiem.
-Co masz na myśli?
-Gdy znów pójdziesz z wizytą do getta zrobisz wszystko tak by Iza wyglądała na martwą. Dużo cię to nie będzie kosztować, bo Iza już wygląda jak trup.
-I co dalej mam niby zrobić?
-To co ze mną. Zostanie przywieziona do nas.
-Do naszego domu? A co ja jestem? Schronisko dla żydówek?
-Postaraj się to zrobić chociażby dla mnie. Będę szczęśliwsza i spokojniejsza. Pozwól mi działać gdy już będzie pod naszym okiem. Sfałszowane dokumenty będą na moje nazwisko. Czyli będzie wszystko wyglądało jakby to była moja siostra. Nie widzę problemu, jej przemiana nastąpi z czasem. Najpierw trzeba ją doprowadzić do zdrowia i stanu psychicznego jak wcześniej.
-Przemyślę to.
-Zawsze tak mówisz. - uśmiechnęłam się i podskoczyłam z krzesła na równe nogi. - Ale dziękuję, że chociaż o tym pomyślisz.
  Usiadłam na biurku i przyciągnęłam go do siebie po czym pocałowałam namiętnie. Nie mogłam się opanować, nie wiem czy coś do niego czułam, ale podobało mi się to. Bardzo.
  Przerwało nam energiczne pukanie do drzwi. Odsunęłam się od Michaela i otworzyłam szkopowi, który spojrzał tylko na moją podwiniętą sukienkę. Poprawiłam ją szybko i uśmiechnięta wyszłam z gestapo prosto do domu.

czwartek, 9 marca 2017

Od Izy

Czas mijał a ja nadal leżałam na łóżku wpatrując się w sufit.
Czułam się strasznie. Rana pooperacyjna na podbrzuszu zaczynała się ciapać. Zaczynało do mnie docierać to że niedługo umrę. Jak nie wykończą mnie Niemcy to umrę przez zakażenie. Usiadłam zginając się. Bardzo bolało.
Wstałam jednak szybko tego pożałowałam. Podbiegł do mnie Tomek. Nawet nie wiedziałam że był w pokoju.
-Iza lepiej nie wstawaj.-pomógł mi usiąść.-Jak się czujesz??? Coś cię boli???
Spojrzałam się na jego zmartwioną twarz.
-Tomek..-jęknęłam
-Tak???
-Dlaczego tu nadal jesteście??-wyszeptałam krzwiąc się z bólu-Czemu Janek was nie zabrał..
-Był tu kilka razy ale Ciebie wtedy nie było... Chłopak był zrozpaczony.
-Co??
Janek był zrozpaczony faktem że mnie nie ma??? Aż tak się tym przejął???
Od czasu kiedy go ostatni raz widziałam minęło sporo czasu. Tęskniłam za nim jednak nie wiedziałam czy chce aby mnie widział. Czułam że lepiej by było jakbym umarła nie wracając tu. Jakby mnie wykończyli w Puffie byłoby lepiej. Nie chciałam aby moi bliscy mnie widzieli taką, w takim stanie.
-Iza.. Powiedz mi.. Gdzie byłaś.. Co ci zrobili???
-Nie chcę o tym rozmawiać..-odparłam kładąc się na łóżku i odwracając się do niego plecami.
-Mi możesz powiedzieć... Nikomu nie powiem..
Zamknęłam oczy a pomimo tego i tak po policzkach zaczęły mi płynąć łzy.
Wspomnienia wracały a za każdym razem ból był coraz mocniejszy.

***

Obudziło mnie zamieszanie w drugim pokoju. Pomimo bólu wstałam i podeszłam do drzwi. Słyszałam Niemców. Krzyczeli coś.
Otworzyłam drzwi.
Jeden z Niemców celował do Tomka i babci. Krzyczał coś czego nie rozumiałam.
Docierało do mnie to że chce ich zastrzelić. Stał do mnie plecami więc mnie nie widział.
Przypływ adrenaliny sprawił że zapomniałam o bólu i wzięłam do ręki kawałek drewna. Podeszłam i z całej siły uderzyłam Niemca w głowę. Zobaczyłam krew ja jego czaszcze kiedy upadł. Ktoś w drzwiach krzyknął.
Nie wiem czy najpierw poczułam ból czy usłyszałam strzał.
Jedyne czego byłam pewna to ciemności która zapadła kiedy upadłam na podłoge obok ciała Niemca.

Od Rose

  Planowałam od dłuższego czasu jak uratować Izę. Nie mogłam być ciągle zdana na Michaela, na jego łaskę. Czasem musiałam działać na własną rękę i nawet nie omieszkałam mu o tym powiedzieć. Gdy wróciliśmy z jednych z ostatnich bankietów jakie w Norwegii przeżyliśmy, postanowiłam z nim porozmawiać. Jednak był to nie mały problem bo od jakiegoś czasu nie miał go wiele, a ja chciałam jak najszybciej z nim o tym porozmawiać.
-Mam zamiar wydostać Izę.
  Spojrzał się na mnie kpiąco i spojrzał mi prosto w oczy pełen podziwu, że mam w ogóle odwagę podejmować się zadania przeciwko szkopom.
-Poczułaś się chyba zbyt pewnie niż...
-Nie, wiem że byłbyś jeszcze bardziej zły gdybyś nie wiedział o tym, a kiedy Cie o tym powiadamiam... Wydajesz się chyba mniej wściekły niż zwykle.
  Zmruzylam pewnie oczy i westchnęłam.
-Zabraniam Ci. Sam to załatwię.
-Michael, ja jednak zaryzykuje. Uwierz mi, mam głowę do planowania, nie raz mnie tam widzieli.
-Masz tam nie chodzić. To nie odpowiednie miejsce dla Ciebie.
-Bo jestem pokojowym pieskiem? Mam ładnie wyglądać? Wybacz - zaśmiałam się - ale mój mózg trzeba jakoś wykorzystać. Wolę żebyś wiedział w części że coś planuje... Przynajmniej cię nie okłamuje.
  Uśmiechnęłam się i pocalowalam go delikatnie.
  Spojrzałam głęboko w oczy i zadowolona westchnęłam.
-Jutro wracamy do Polski, ale nie zacznę od razu wszystkiego. Przysięgam że zrobię to tak by nawet nikt nie śmiał podejrzewać mnie czy Ciebie o uwolnienie Izy. Zaufaj mi.
 
  Gdy dotarliśmy do Polski od razu wyszłam do pracy do szpitala. Michael nawet nie wiedział że wyszłam, Marta zajmie się Adamem. Ostatnio przestałam poświęcać mu uwagi co trochę mną potrząsnęło... Jednak zajmę się tym później.
   Gdy wyjmowałam kulę z brzucha jednego z żołnierzy podeszła pielęgniarka. Zniesmaczona spojrzała na to jak bez cienia obrzydzenia grzebię mężczyźnie w brzuchu, poczym odezwała się wreszcie.
-Ktoś domaga się spotkania z Panią...
-Nie mam teraz czasu. - odpalam skupiona.
  Wyjelam kule a pielęgniarka aż prawie zwróciła. Wytarłam ręce i kazałam opatrzyc ranę do końca drugiemu lekarzowi.
  Poszłam za pielęgniarka a obok gabinetu napotkałam twarz Bartka. Uniosłam brwi i z uśmiechem wypuściłam go szybko do środka.
-A więc co cie sprowadza? - spytałam przeglądając dokumenty żołnierza.
  Widoczne sfałszowanie dokumentów. Już nie raz byłam świadkiem jak Filip z ruchu paprze przy dokumentach... Poznam takie od razu, Niemcy nawet nie potrafią odróżnić prawdziwych od tych podrobionych.
-Janek rozpaczliwie chce odzyskać Izę. - wypalił w końcu.
-Nie rozmawiamy o czymś co da się tak łatwo załatwić. Bez pomocy Michaela uda mi się ją uwolnić.
-Jak chcesz to niby zrobić? Zwołać ruch?
-Kwapisz nie pozwoli im nawet palca wychylić. Działam na własną rękę, robię co trzeba.
-Jest też druga sprawa którą musisz rozważyć...
-Mianowicie?
-Chcemy pozbyć się Michaela.
  Spojrzałam na niego i ujrzałam wroga. Nie wiem dlaczego, nie chciałam by dłużej tu był. Wyrzuciłam go zapewniając że to przemyśle... Jednak nie widziałam siły która przekona mnie bym cokolwiek zrobiła Michaelowi.
  Gdy wyszłam z pracy wcześniej skierowałam się do Felici i Louisy, które pracowały przeciwko szkopom odkąd wojna się zaczęła. Miały mężów Polaków którzy byli już od dawna z dala od nich, same postanowiły działać na własną rękę.
  Gdy usłyszały o Izie zgodziły się. Od razu Felicia poszła do Puffu, pod pretekstem pilnowania porządku wśród żydówek. Ja natomiast gdy weszłam i miałam styczność z jedną z kobiet które tutaj zażądzały, pewna siebie nawet nie omieszkałam prosić o minimalny wstęp do Izy. Zgodziła się, wiedziała, a raczej była pewna że to rozkaz prosto od Michaela. Zadowolona powiedziałam również że złożę wizytę tej polskiej brudnej kobiecie i tym ja przekonałam. Wpuściła mnie do Izy a ja usiadłam obok niej, leżącej na lozku pod szmatami, wychudzonej i zimnej.
-Zostaw mnie. - szepnęła.
-To ja. - odezwałam się sucho.
  Poprzednie spotkanie z nią nawet mnie nastawiło na jej atak, rozmowa z Michaelem również dała mi wiele sił ale i odwagi by tu przyjść.
-Bądź silna. Niebawem stąd wyjdziesz zadbałam o wszystko.
-Zosia...?
-Teraz mów do mnie Rose. Nie istnieje żadna Zosia, rozumiesz? Powiesz im gdyby pytali że dałam Ci nauczkę że nie jesteś posluszna tym którzy Cie odwiedzają i jeżeli sytuacja się powtórzy przyjdę ponownie z nakazem aresztowania i wyrokiem śmierci. Załatwię to co trzeba. Gdy przyjdzie ktoś nowy, jakiś mężczyzna musisz się opierać bardziej niż zwykle. Musisz zrobić tak by on pozostał ranny. Zaatakujesz go, zadbasz by zostało udowodniony atak z twojej strony. Wtedy zostanę wezwana jako pośrednik Michaela. Z nim wszystko załatwię. Do zobaczenia i musisz wytrzymać.
  Załatwiłam sprawę z kobietą zarządzającą Puffem i poszłam na spotkanie z Jankiem.
  Zapukałam do jego drzwi przed godziną policyjną , zaskoczony ojciec otworzył mi drzwi a ja z uśmiechem kiwnęłam głową.
-Janek... Ktoś do ciebie.
  Gdy zobaczyłam zmarnowanego Janka weszłam do środka nieproszona.
-Możemy porozmawiać sami? - spytałam pewna siebie.
  Zaskoczony nie wiedząc co zrobić otworzył drzwi do pokoju i tam usiadł patrząc na mnie.
  Spokojnie zaczęłam.
-Potrzebuje sfałszowanych dokumentów dla Izy. Na jutro rano. Podasz mi je przez Bartka. Musi mieć niemieckie imię i nazwisko... Wszystko idealnie podrobione, bez jakis niedociągłości.
-Robi się ale... Wyciągniesz ją?
-Robię to na własną rękę i tak, gdy tylko dostanę wiadomość...
-Co masz zamiar zrobić?
-Musisz robić co każę bez pytań. Gdy będzie wolna i będzie możliwość zobaczycie się.
-Ten twój Niemiec ci pomaga?
-Nie.
-Wie coś?
-Dziś mu o wszystkim powiem.
-Oszalałaś?!
-Janek, jemu ufam najbardziej. Mam w nim wsparcie. Jeżeli mi zaufa tak samo jak ja ufam jemu... Jeżeli pozwoli mi zaryzykować to Iza niedługo będzie wolna. Ale z pewnymi konsekwencjami. Musisz wiedzieć że nie będzie ona mogła ot tak spotykać się z tobą i babcią. Tobie pozostawiam wyciągnięcie jej babci, to sprawa łatwiejsza niz Izy. Na jutro dokumenty maja być gotowe, Bartek przyniesie mi je do szpitala. Tymczasem dobranoc.
  Wyszłam nie słuchając więcej pytań od niego.
  Gdy wróciłam do domu usiadłam na kanapie obok Michaela. Poważna i spokojna nie odrywałam od niego wzroku.
-No, pochwal się co wymyśliłaś. Jeśli to będzie wyglądało obiecująco to przemyśle ten twój planik. - uśmiechnął się i spojrzał na mnie odkładając kieliszek wina.
  Gdy wszystko mu odpowiedziałam kipiąca entuzjazmem, on milczał przez chwilę.
-Sama to wszystko obmyśliłaś? Kto sfałszuje Ci dokumenty? Wiesz jak ryzykujesz?
-Ty też ryzykowałeś gdy załatwiałeś mi moje. - odparłam sprytnie.
-Nie powiem, że plan jest głupi... Tylko jak wytłumaczę że jesteś moim posrednikiem w sprawach Puffu?
  Uśmiechnęłam się.
-OJ nie mów, że niczego nie wymyślisz... Przemyśl to. Jeżeli Iza stamtąd nie wyjdzie nic się nie ułoży w moim życiu, a ja dopilnuję by stała się taka jak ja...
-Kontaktowałaś się z tymi polaczkami?
-Z jednym by załatwił dokumenty.
-Pozorowanie śmierci? Żartujesz sobie, nie przejdzie.
-U mnie przeszło aż pod nosem twojego wujaszka.
  Błysnęłam zębami i usiadłam mu na kolanach zabierając kieliszek wina.
-Bardzo poważnie nad tym pomyśl. Przysięgam, że pójdzie zgodnie z moim planem. Iza nie zawiedzie i ja też nie.
-Przydasz mi się nie tylko jako osoba towarzyszącą na bankietach.
-Czyżbym zrobiła w końcu jakieś wrażenie?
-Ten plan można by jeszcze jakoś lepiej wymyślić... Ale jako nieliczna z kobiet umiesz myśleć strategicznie.
-Na pewno nie na twoją korzyść. - pocalowalam go. - Przyjdę do sypialni za godzinę, bądź tam lepiej i czekaj na mnie.
  Wstałam i ruszyłam na górę.
-A ty gdzie? - spytał rozbawiony.
-Do Adama załatwić parę spraw...
 

Od Janka

- Wyjechała - rzucił po chwili milczenia.
- Jak to wyjechała? - spytałem zaskoczony.
- Do Norwegi z tym Niemcem u którego mieszka.
- Czyli już całkowicie przeszła na ich stronę? - spytałem gorzko.
Bartek obrzucił mnie dziwnym spojrzeniem.
- Myślałem, że się przyjaźnicie i że kto jak to ale ty wierzysz w jej działanie po naszej stronie.
- Ehm... To nie tak - zapatrzyłem się w okno - Po prostu naprawdę dawno jej nie widziałem. Za niedługo będą trzy miesiące odkąd ją zabrali..
- Powinieneś się cieszyć, że żyję i że zrobiła dużo w sprawie Izy.
- Tak że zapadła się pod ziemię - mruknąłem.
- Ale przynajmniej nie wykończyła się w tej fabryce - odparł.
W głębi ducha przyznałem mu rację i po chwili skarciłem się.
- Mamy zamiar wkrótce wpleść Zofię w nasze plany. Mieszka naprawdę u wpływowego Niemca. Michael Heydrich jest niebezpiecznym i niewygodnym dla nas człowiekiem. Gdyby udało się wyciągnąć jej jak najwięcej informacji dotyczących dalszych planów gestapo, moglibyśmy przekazać je do Anglii. A gdyby wydobyła już wszystko - ostateczny krok. Jego likwidacja.
- Myślisz, że byłaby zdolna by go zabić? - mruknąłem sceptycznie - Zosia była zwykłą sanitariuszką.
- Ta dziewczyna ma silniejsze nerwy od niejednego polskiego żołnierza, uwierz mi widziałem ją w akcji. Jestem pewny że dla ruchu zrobiłaby to. No i przy okazji uwolniłaby się wraz z bratem.
- Widzę, że już dawno dobrze to sobie zaplanowaliście - mruknąłem.
- Dziwne, że twój oddział nic o tym nie wie - odparł z dziwną nutą w głosie.
- Dobrze wiesz że głównie zajmujemy się akcjami zbrojnymi. Kontrwywiad to wasza działka. Zresztą.. dziwię się, że dowództwo przystało na ten plan narażenia Zosi jeszcze bardziej.
- Ostatecznie to będzie i tak jej decyzja, ale myślę, że zgodzi się bez problemu.
- O ile wróci z tej Norwegii - mruknąłem.
- Wróci. Mamy informację, że to kwestia paru dni.
- Hm no cóż. W takim razie daj mi znać, gdy się pojawi. Naprawdę pilnie muszę się z nią zobaczyć - mruknąłem zrezygnowany i ruszyłem do drzwi.
- Janek - zatrzymał mnie jeszcze - Jestem pewien że Zośka nie pozwoliłaby aby Izie się coś stało. Nie martw się stary.
- Jasne. Dzięki - rzuciłem gorzko i wyszedłem z mieszkania myśląc, że tak naprawdę nie miałem za co dziękować.
Parę dni? Teraz tak naprawdę mogła się liczyć każda godzina. Byłem tak bezradny - i wściekły z tego powodu - że zakręciłem w pustą uliczkę i kląłem na przemian krzycząc i kopiąc śmietniki uderzając pięściami w ścianę.
Nie wiem jakim cudem po jakimś czasie usłyszałem obok głos Bronka i poczułem jak jego ręce starają się mnie unieruchomić. Byłem jak w amoku.
- Muszę ją odnaleźć Bronek muszę - szeptałem.
- Janek dobrze, ale teraz musimy..
- To moja wina. Moja wina. Gdybym wtedy od razu ją stamtąd zabrał... A nie czekał nie wiadomo na co!
- Janek proszę cię otrząśnij się - Bronek czujnie rozglądał się po oknach i wylocie uliczki - Na pewno jej nie pomożesz jeśli teraz cię zgarną rozumiesz?
- Już wszystko mi jedno. Wszyscy ostatnio przeze mnie giną. Wszyscy.
- Teraz się będziesz nad sobą użalał? - przyjrzał mi się badawczo - Czarny którego znałem nigdy się nie załamywał tylko d z i a ł a ł.
- Aa pieprzenie.. Ty nic nie rozumiesz. Jak mam działać - kiedy nawet nie wiem gdzie ona jest?!
- Znajdziemy ją. Obiecuje ci to. Nie mogła się po prostu zapaść pod ziemię.
- Ona może nawet już nie żyć Bronek, nie rozumiesz tego?!
- Stary zależy ci na niej?
- Głupio się pytasz. Oczywiście, że tak!
- Więc weź się w garść i chodźmy stąd. Porozmawiamy zaraz dobrze?
W końcu ustąpiłem. Gdy skręcaliśmy już do mojej kamienicy, Bronek po głębokim namyśle zaczął.
- Myślę, ze powinieneś jak najczęściej odwiedzać jej babcie. Nigdy nie wiadomo czy się czegoś nie dowie - no i przede wszystkim kobieta nie może zostać sama.
- Sądzisz, że bym ją tak samą sobie zostawił? - oburzyłem się - Ale dobrze wiesz że to nie takie proste z tymi przepustkami.
- Wiem. Ale mimo wszystko pójdziemy tam jutro i  zaczniemy działać.
- Niech ci będzie - mruknąłem zrezygnowany wchodząc do środka.
Mimo to nie żywiłem większych nadziei.