poniedziałek, 30 stycznia 2017

Od Zosi

  Byłam w niemym szoku. Nie był taki jak Johan, jednak szybko przypomniałam sobie gdzie jestem, a kim są oni. Ten typ jest taki jak każdy inny a mój rozsądek jak i serce pierwszy raz w życiu się ze sobą zgadzają przez co czułam się jeszcze silniejsza i wytrwalsza w swoich przekonaniach. Nic nikomu nie wyjawię, a dowiem się kto stoi za tym wszystkim. Musiałam się dowiedzieć, innej możliwości nie ma.
  Podeszłam do małego okienka na końcu mojej ''komnaty'' i wpatrywałam się w ulice pełne strachu i przerażenia przed gestapo. Ludzie bali się przechodzić obok, a  tymi odważnymi byli dzieci, które nie zawsze zdawały sobie sprawę z powagi sytuacji. Na myśl, że bez mrugnięcia okiem mogą zabić małe dziecko... zagotowało się we mnie. Odeszłam od okna i spojrzałam na ranę na ramieniu. Johan przynajmniej powinien dostać za swoje, mam taką szczerą nadzieję. Mój plan jednak się powiódł, by go zlikwidować. Może bardzo zaszkodzić Izie, którą stąd starałam się chronić jak i całą resztę z ruchu oporu. Jednak Iza była priorytetem, była moją ''siostrą'', tak mogłam to ująć. Ochrona jej z samego gestapo była dla mnie trudna i może kosztować życiem, ale dla niej mogę nawet umrzeć by tylko przeżyła i szkopy nie miały możliwości jej tknąć.
  Jednak Johan nie był aż tak głupi i tym razem go nie wykorzystam do swoich celów, jeśli okażą mu łaskę i przytrzymają przy życiu. Wolałabym by jednak zdechł jak pies, jak powinien odejść z tego świata za wszystkie straszne rzeczy które nawyprawiał wraz z całą tą bandą niemieckich szumowin. Gdyby spotkał Izę, na pewno nie przeszedłby obojętnie i możliwe, że złapałby ją i przyprowadził tutaj... musiałabym udawać, że jej nie znam co byłoby trudne. Nie może dojść do tego, że się znamy. Dlatego sama nacisnęłam spust by wyszło tak, że nagiął rozkaz i zranił mnie, a mógł nawet zabić. Wiem, że gestapowcy surowo przestrzegają zasad a ja miałam z tego samą korzyść... jak na razie.
  Wyeliminowałam jednego, zaraz przyjdzie czas na drugiego. Musiałam coś wymyślić by ktoś tu podszedł, otworzył kraty...
  Mogę wykorzystać swoją jakąś tam atrakcyjność przeciwko nim, a oni są bardzo ulegli jeśli chodzi o kobiety, nawet polki.
  Gdy jednak usłyszałam kroki na dół, przywarłam do krat i tylko czekałam aż jeden z nich podejdzie. Aczkolwiek, nikt się nie zjawił, a przed moją celą pojawiła się nowa twarz kobiety. Była tak samo skazana na pewną śmierć jak ja, szkopy nikogo nie oszczędzą nie ważne jak to będą obiecywać, nie mogłam im wierzyć choćby obiecywali mi tak jak tamten poprzedni. I nie mogłam pozwolić mu mącić mi w głowie. Nikomu się to nie udało i jemu ani żadnemu innemu się to nie uda.
-WYPUŚĆCIE MNIE! - krzyknęła po polsku, co tutaj było prawie nie do przyjęcia.
-Niech pani się uciszy. - szepnęłam do niej.
-Zamknij się, ja próbuje walczyć...
-Walczyć? - parsknęłam. - Tutaj pani nie ma co walczyć, nie chcę dołować jednak takie są realia. Nie wypuszczą pani bo pokrzyczy sobie trochę jakaś kobiecina.
-Mam małego synka... pięcioletniego. Muszą mnie wypuścić, do cholery!
-Prędzej panią zabiją. - mruknęłam.
  Podszedł jakiś szkop i walnął w kraty tamtej kobiety.
-Zamkniesz się albo tu i teraz cię zatłukę! - warknął i odszedł.
-Przynajmniej niech pani nie mówi po polsku... nie tu.
-A ty co?! Polka a stoisz po stronie niemieckich kanalii?!
-Po prostu staram się uchodzić z życiem nie wydając swoich.
-Swoich? Jesteś z ruchu oporu? - spytała ciszej, uspokajając się trochę.
  Poczuła się... bezpieczniejsza, jakkolwiek mogę to nazwać?
-Widziałam co zrobiłaś tamtemu, wczoraj... nacisnęłaś spust, prawda? Dlaczego?
-Miałam być w nienaruszonym stanie, to musiał być rozkaz od kogoś ważnego... więc gdy tamten złamie rozkaz po prostu jest w większości przypadkach kara śmierci.
-Skąd tyle wiesz o gestapo?
-Miałam przyjaciela, cukiernika który z cukierni mamy roznosił tutaj czekolady, ciastka... wiele wiedział, był jak dobry informator... mówił mi wszystko, chciałam wiedzieć o szkopach i gestapo tyle ile mogłam. Wiedziałam, że to się przyda. Był świetny.
-Był...?
-Nie żyje. Zginął wraz z moim chłopakiem Krzyśkiem w pierwszym starciu z Niemcami.
-Przykro mi...
  Jednak stałam się odporna na ból po stracie Krzysia. Powoli zapominałam, jak wygląda jego twarz, a nawet jak było nam razem... dobrze? Zaczynałam widzieć wady naszego krótkiego związku i zaczynałam wątpić w coś takiego jak prawdziwa miłość.
  Kobieta wyglądała naprawdę młodziutko, na jakieś osiemnaście lat...? Jednak brudna twarz ją zdradzała, lekko postarzała nawet do dwudziestki.
-Idziemy. - szkop otworzył drewniane drzwi tamtej celi naprzeciwko i zabrał kobietę.
  Błagała znowu by ją wypuścili... ale nawet ja wiedziałam że idzie na pewną śmierć.
  Po chwili i mnie zabrano. Znów stałam przed tamtym szkopem, wyprostowałam się i zachowałam twarde spojrzenie.
-Możesz wyjść. - rzucił chłodno do szkopa stojącego za mną. Ten wyszedł na jego rozkaz a my zostaliśmy sami. - I jak? Podjęłaś decyzję?
-Nie będę z wami współpracować. - odparłam szybko i pewnie.
-Chyba nie przemyślałaś mojej propozycji... skarbie... - wstał i podszedł do mnie.
  Stanął prosto przede mną, spojrzałam w górę w jego oczy. Nie spuszczałam nawet wzroku.
-Nie miałam nad czym się zastanawiać.
-Hm. - mruknął zdziwiony moją postawą i tym, że nie złamał mnie jeszcze. Ale zaraz się uśmiechnął. - Wprowadzić go! - krzyknął, a do środka został wepchnięty Miłosz.
  Zmroziło mnie. Miałam ochotę go zabić. Zacisnęłam zęby.
-Znasz go? - spytał szkop, uśmiechając się lekko.
-Nie. - odparłam niewinnie.
-A wydaje mi się, że jednak go znasz.
  To on, ten pies wydał ruch oporu. Tylko... czemu wspomniał o mnie? A nie o np. Janku czy Bronku? Agacie? Filipie? Kimkolwiek stamtąd? Tylko czemu ja?
  Nie ukazywałam zaskoczenia, zastąpiłam je obojętnością. Dla mnie mógł zginąć. Nie był wart nawet mojej łaski czy samego Boga.
-Skoro nie jest nic wart i nie znasz go, mogę zrobić to...? - wyjął nóż i wbił mu w dłoń.
  Starałam się nie odwracać głowy i tylko tępo patrzyłam na to jak Miłosz krzyczy z bólu i krew wypływa na podłogę.
  Spojrzałam na szkopa, mój wyraz twarzy nie zmieniał się.
-Jak już mówiłam, nie znam go. - odparłam obojętnie.
  Zmrużył oczy ale zaczął się dopiero rozkręcać.
  Szybkim ruchem pociągnął nóż wzdłuż jego ręki, Miłosz płakał i wyrywał się, nie mógł wytrzymać i prosił, by przestał i abym ja przyznała, że go znam.
-Zośka!!! Przecież mnie znasz!!!
-Ten pies bredzi. Nie znam go i nie wiem skąd on zna mnie.
-Ale on jest z ruchu, prawda? Tak jak ty?
-Nie jest z ruchu.
-A ty? Jesteś?
-Owszem, ale nic ode mnie nie wyciągniesz. - odparłam stanowczo.
  Wyjął nóż i kopnął Miłosza w brzuch.
-Zabrać ją! - krzyknął szkop i przyszło dwóch.
  Jeden zabrał mnie a drugi zabrał Miłosza. Wykrwawi się na śmierć... wściekłość nie minęła, był zdrajcą. Nic nie wartym psem, który teraz należał do Niemców.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz