Weszłam do domu zmęczona. Jak zwykle, mama stała w kuchni a ja rozglądałam się za jakimkolwiek pomysłem by wyjść z domu wieczorem. Może powinnam iść, poznać tych ludzi a nie żyć tak jak do tej pory? Skoro już chcę zacząć tak swoje ''dorosłe'' życie...
-Co tam sterczysz, na miłość boską...? - westchnęła mama. - Rozłóż te talerze.
-Właśnie, bo ja... umówiłam się na wieczór z Izą.
-Wieczór? A konkretnej godziny to nie łaska podać, Zośka?
Złapałam za talerze i rozłożyłam je szybko. Potem sztućce.
-Zawołaj brata na obiad. - odezwała się mama, po dłuższej chwili milczenia.
-Adaś, chodź. - weszłam do naszego pokoju, w którym częściej przesiadywał niż na zewnątrz. Mama i tak zabraniała mu wychodzić na długo, bała się o niego.
-Obiad. - uśmiechnęłam się do braciszka.
Wstał i smętnie podążył do kuchni.
Usiadłam przy stole, mama szybko zjadła i wyszła do cukierni. Jak to w soboty, otwiera je nieco później. Zostałam sama z młodszym bratem, który zdawał się wcale nie mieć apetytu. Skoro mama wyszła a wcale nie wróciła do poprzedniej rozmowy o moim wyjściu postanowiłam zostawić Adama u sąsiadki, przyjaciółki mamy. Adam wcale nie stawiał oporu, obok był jego dobry kolega z którym od piaskownicy się bawi. Szybko wstąpiłam do Izy, mieszkała ulicę stąd. Wbiegłam po schodach z uśmiechem na ustach i zapukałam szybko trzy razy do drzwi. Otworzyła mi Iza, zaskoczona moją niezapowiedzianą wizytą. Ale była zadowolona, że raczyłam przyjść... od dwóch dni się nie widziałyśmy, dla nas to prawie wieczność.
Padłam jej w ramiona, zaczęłam się śmiać bez powodu...
-Co cię tak bawi, Zośka? - spytała zamykając drzwi.
-Jestem szczęśliwa, że mogę w końcu cię zobaczyć, Iza...! Chodź się przejść... nad Wisłę!
-Zocha... - westchnęła z uśmiechem.
-Chodź...! Dawno razem nie wychodziłyśmy na spacery... chodź... - spojrzałam na nią błagalnie i złapałam za dłoń.
-Dobrze no. - zaśmiała się a ja podskoczyłam do drzwi.
Gdy byłyśmy nad Wisłą usiadłyśmy na trawie wpatrzone w czyste, letnie niebo. Dla takich spokojnych, pięknych chwil warto żyć.
-Wykąpiemy się? - spytałam nagle.
-Nie, no bez przesady, Zośka. - zaśmiała się Iza. - Chociaż... nogi mogę w sumie zamoczyć... - wstała i zeszła z górki prosto do zimnej wody. - Lodowata!!! - krzyknęła.
Zaśmiałam się patrząc w jej stronę.
-Chodź!
-Ja... nie przepadam za zimną wodą...! - odparłam specjalnie ją podpuszczając.
-Zaraz ci dam zimną wodę! - zaśmiała się i zaczęła biec w moją stronę.
Szybko się podniosłam i zaczęłam przed nią uciekać. Zawsze byłyśmy prawie równe w szybkości, jednak nieco ją prześcigałam... zazwyczaj.
Złapała mnie, była ode mnie trochę silniejsza więc bez problemu przyczołgała mnie do Wisły i chciała wrzucić całą mnie do lodowatej wody.
-Iza!!! - zaśmiałam się. - Puść, jak Boga kocham!
Zaczęła mnie łaskotać, dopiero teraz odpaliła się we mnie energia. Oddałam jej tym samym, prawie wpadła do wody. Złapałam ją za rękę, przyciągnęłam do siebie i przytuliłam roześmiana. Zobaczyłam jak słońce zachodzi, więc wiedziałam, że muszę się zbierać.
-Iza, ja muszę już iść...
-Tak krótko? Myślałam że dłużej tu zostaniemy.
-Przysięgam ci, że nie jeden dzień taki będzie. - złapałam ją za dłonie. - Wpadnę jeszcze jutro, dobrze?
-A gdzie idziesz teraz? - spytała, gdy zaskoczona ujrzała jak oddalam się w głąb lasu.
-Chcę pobyć sama, przejdę się jeszcze.
-Nie uważasz, że nie powinnaś chodzić sama szczególnie tak późną porą?
-Nie, mamo. - zaśmiałam się. - Do jutra.
-Pa. - odeszła w stronę przeciwną a ja ruszyłam w głąb lasu.
Usłyszałam śmiechy, więc ruszyłam w tym kierunku. Po kilku krokach dotarłam do całej ekipy, która zdaje się jeszcze nie była całkiem pełna. Podbiegła do mnie Agata, która uśmiechnięta objęła mnie. Była bardzo podekscytowana.
-Jeszcze nie ma wszystkich... Ale mogę cię przedstaw...
-Nie, to nie będzie konieczne. - odparłam szybko lekko spanikowana. - Należę do nieśmiałych osób, ale mam czas na poznanie wszystkich...
-Jeśli Bóg da... - odparła pod nosem i nagle się wyszczerzyła, zmieniając temat. - Chodź.
Poszłam za nią do całego grona siedzącego przy ognisku. Komendant, jak dobrze pamiętam, kiwnął mi tylko paląc z boku papierosa. Zdawał się być nie za bardzo towarzyski, na jego twarzy widniał malutki cień uśmiechu, jednak nie byłam w stanie tego stwierdzić w stu procentach.
-Antek. - przedstawił się ktoś, stojący za mną.
Wzdrygnęłam się nagle, serce mi stanęło. Odwróciłam się do chłopaka, był młodszy ode mnie o dwa lata, tak na oko wyglądał. Podałam mu dłoń z uśmiechem. Agata stała obok, patrząc na tego niskiego, którym tak bardzo się chwaliła ubiegłego spotkania.
-Zośka. - odparłam po dłuższej chwili milczenia chłopakowi.
-Filip, miło panią poznać. - pocałował mnie w dłoń, szelmowsko unosząc brwi.
Agata spojrzała na niego rozbawiona. Naprawdę był niski, ale wyższy o pół głowy od Agaty. Objął ją i pocałował, a ja z lekkim uśmiechem odwróciłam wzrok.
W krzakach usłyszeliśmy szelest, stamtąd wyszło kilku następnych, a z jeszcze innej strony kolejny, ale szedł sam. Nie wiem skąd, jego chód był mi dziwnie znajomy... Obserwowałam go bacznie, gdy nagle z zamyślenia wyrwał mnie czyjś głos.
-Bronek. - przedstawił się chłopak w zielonej kurtce, a ja podałam mu rękę delikatnie się uśmiechając do pozostałych.
Zanim jednak poznałam resztę, ujrzałam Kamila.
Zmroziło mnie. I nic mi nie powiedział...?
-Zośka? - zdziwił się podobnie jak ja.
-Nic nie mówiłeś... - powiedziałam do niego ciszej.
-Nie mogłem. Ty też nic nie pisnęłaś... nawet słowem...
-Kuba wie? Iza?
-Nikt. Papierosa? - wyjął paczkę proponując mi, jednak odmówiłam.
-Wiesz, że nie palę. - uśmiechnęłam się promiennie. - Dobrze cię widzieć.
-Ciebie też, Ruda.
-Przestań. - zagroziłam mu palcem.
-Nie ma jeszcze Grześka i... kogo?
-Trzech osób, zaraz będą. - odparł Filip, jak dobrze pamiętam.
-Mają jeszcze dziesięć minut. - odparł sucho Komendant.
Agata siedziała podekscytowana na kolanach Filipa, ładna była z nich para. Jeszcze wielu nie zdążyłam poznać... imion nie będę w stanie mylić, jednak przy tak sporym gronie... będzie nie łatwo.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz