-Zostaw mnie. - westchnęłam zła.
-Przecież nic takiego jej nie powiedziałem...
-Zostaw Izę w spokoju, dobra? - odwróciłam się na pięcie patrząc na przyjaciela. - Wiesz jakie są czasy teraz?! Nie wierzę w miłość od tak sobie, nie wierzę w twoje chore uczucia do niej.
-Bo co? Bo straciłaś Krzyśka? Mnie też to zabolało, jak wszystkich.
-Nie wybaczę tym którzy byli tam i nic nie mogli zrobić by mu pomóc.
-Mieli narażać życie?
Przemilczałam to. Tak wielu ich było a żaden nie starał się pomóc Krzyśkowi? Od jego śmierci minął prawie miesiąc, wciąż bolała mnie jego strata.
-Spieszę się do Izy.
-Nic nie powiedziałem, przysięgam.
-To czemu była taka dziwna gdy się spotkałyśmy? Od razu Ty przyszedłeś mi na myśl.
-Nie mam na to czasu, Zośka. Możemy się nie sprzeczać?
-Zrozum, Kuba... Nie rań jej... proszę.
-Nic jej nie mówiłem! - powiedział tym razem spokojniej.
-Dobrze... przepraszam... Nie powinnam... - odparłam nieco ciszej.
-Kuba, wyleję cię na ten krzywy pysk jak tu zaraz nie przyjdziesz! - wrzasnął właściciel piekarni, Nowicki.
-Już mi lepiej... przepraszam, naprawdę... wybuchłam niepotrzebnie... leć do pracy.
-Trzymaj się.
Odszedł i szybkim krokiem podszedł do szefa stojącego na progu. Szybko zniknęłam za rogiem pędząc do cukierni mamy by jej pomóc.
-Co tak długo? - spytała oschle.
Znów kłótnia z ojcem...?
-Przepraszam, to się więcej nie powtórzy mamo.
-Żebym cie tylko nie spotkała w gronie tych żołnierzyków za grosze, bo pożałujesz.
-I tak zrobię wszystko, by...
-Nawet nie myśl o tym, rozumiesz Zośka?! - warknęła ostrzegawczo pod nosem, podając starszej pani z uśmiechem jedno z ciast.
Mama nie miała pojęcia o tym, co zrobiłam całkiem niedawno. Iza też o tym nie wie, nie mogę dawać jej pomysłów i narażać jej na niebezpieczeństwa ze strony przeciwnika. Ojciec chyba by mnie zabił, gdyby dowiedział się, że zostałamsanitariuszką...
-Zamkniesz piekarnię? - spytała gdy już jej przeszło.
-Tak, pewnie... A gdzieś wcześniej wychodzisz?
-Coś załatwić.
Zdziwiona odprowadziłam ją wzrokiem.
-Dzień dobry, poproszę te cztery bułki. - wyrwał mnie z zamyślenia głos młodej dziewczynki.
Uśmiechnęłam się do niej i podałam jej bułki.
-Proszę bardzo.
-Ładną ma pani bransoletkę. - szepnęła mi cicho.
Zaśmiałam się i nachyliłam do niej.
-Dziękuję. - odszepnęłam. - Sama ją zrobiłam parę lat temu.
-To przed wojną prawda? - spytała niewinnie.
Zmroziło mnie. Nie umiałam odpowiedzieć jej na to pytanie. Jak rozmawiać z tak małą dziewczynką o tak tragicznym czasie jaki nastał?
-Hm... a może chciałabyś coś słodkiego gratis, co?
-Chyba mama będzie zła...
-Na pewno nie... jak chcesz możesz zjeść tutaj, nikomu nie powiem.
-Obiecuje pani? - zaśmiała się pod nosem.
Była urocza...
-Pewnie. Proszę. - podałam jej ciastko.
Gdy zjadła podziękowała i szybko wyszła.
Była moim ostatnim klientem, więc wyszłam i zamknęłam cukiernię.
Wróciłam do domu i zamknęłam za sobą cicho drzwi. W ramiona wpadł mój mały siedmioletni braciszek Adam. Objęłam go mocno i z uśmiechem spojrzałam mu w błękitne oczy, w które mogłabym patrzeć bez końca ze strachu, że pewnego dnia stracę go i całą moją małą rodzinę. Żyję w tym strachu jak wszyscy... Odkąd straciłam Krzyśka umarła pewność bezpieczeństwa, którą sama niedawno w sobie na siłę chcę obudzić.
-Akurat przyszłaś na kolację... mama jest jakaś zła... - szepnął mi na ucho.
-Jakoś sobie z tym poradzimy. - mrugnęłam do niego i wstałam z kolan.
Adaś pobiegł do kuchni, ja zdjęłam płaszcz i poszłam w ślad brata. Mama stała w kuchni jak zwykle o tej porze. Rozłożyłam talerze i czekaliśmy tylko na tatę. Gdy się spóźniał powoli zaczynałam się martwić, przeczuwam, że został mi uraz po Krzyśku... coraz bardziej boję się o bliskie mi osoby...
Gdy usiedliśmy przy stole gdy ojciec w końcu wrócił zmęczony otarł czoło.
-Dużo pracy? - spytała mama rozweselona.
Jak ona to robi, że w sekundę jest wesoła a w jeszcze inną wściekła?
-Dwie osoby na stole dzisiaj. - westchnął niewzruszony.
Przemilczałam to. Nienawidziłam mówić o śmierci, a teraz takie czasy, że śmierć mam na każdym kroku gdziekolwiek bym nie poszła.
-Mam nadzieję, Zosia, że wywiewa ci powoli z głowy ten pomysł o sanitariuszce. - napomniał ojciec.
''Właśnie tato, dostałam rolę sanitariuszki, jesteś zadowolony?''
-Nie, nie do końca. - odparłam cicho.
-Pamiętaj, że jeśli tylko się dowiem... - walnął pięściami w stół. Adam podskoczył obok mnie a ja złapałam go za rączkę. - Przepraszam... ja po prostu się o Ciebie boję, Zosia. O was wszystkich.
-Wiem, tato. Nie zrobię niczego wbrew tobie.
''Kłamać umiem świetnie...''
Było mi z tym okropnie źle, że muszę to robić. Jednak... nie było wyjścia...
Weszłam do lasu, na pierwsze z moich spotkań z... ech... ciągle widzę niezadowolonego ojca...
-To ta nowa sanitariuszka? - spytał stojący, starszy, na czele reszty.
-Tak jest. Zosia. - odparłam i spojrzałam na niego.
Sunął po mnie wzrokiem od góry do dołu, następnie spojrzał mi prosto w twarz.
-Niezła... - mruknął pod nosem a ja zacisnęłam zęby z poirytowania. - No, panienki. Nowa koleżanka nie znaczy, że macie zacząć się obijać... Na razie jest spokój, Niemców nie widać ale czujność trzeba zachować...
Nie byłam pewna, że dam radę...
Nie. Muszę. Muszę nauczyć się żyć w taki sposób by móc poradzić sobie dalej.
-Teraz tak, Zosia, ta? - spojrzał na mnie paląc papierosa. - Jeśli się mnie nie posłuchasz, będzie z tobą kiepsko. Masz robić to co każę i postępować według reguł ustalonych przeze mnie.
-Tak jest. - przytaknęłam.
-No, mam wrażenie, że się dogadamy. - odwrócił ode mnie wzrok. - Spocznij. - kiwnął w stronę chłopaków.
Była tu jedna dziewczyna, podeszła do mnie później.
-Agata - podała mi rękę. - Jestem łączniczką i sanitariuszką. Jak coś to pomóc mogę... jakbyś czegoś nie wiedziała. - uśmiechnęła się do mnie. - Widzisz tego niskiego, po lewej? Ten obok Tomka...
-Tomka?
-Ta, on dowodzi naszą grupą, ale nie jest taki zły. Musi nami potrząsać... nieźle mu to wychodzi...
-Widzę tego niskiego, i co dalej? - spytałam nieśmiało.
-Oświadczył mi się dzisiaj. - pisnęła cicho. - Ale nikomu nie mówimy... na razie... powie to przy wszystkich wieczorem przy ognisku... idziesz?
-Nie wiem... ja...
-Spokojnie, nie gryziemy. - zaśmiała się.
Może lepiej pójść...? Nie byłam pewna...


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz