środa, 1 marca 2017

Od Janka

  Szedłem pewnym krokiem przez ulice getta, starając się najmniejszym gestem nie przykuć zainteresowania Niemców. Bronek chciał mi towarzyszyć, ale zmusiłem go żeby został przed bramą i poczekał na mnie. We dwoje mogliśmy wzbudzić podejrzenia.
Uśmiech na myśl że zaraz zobaczę Izę zgasł mi z twarzy gdy zobaczyłem ten rozmiar ludzkiego cierpienia. W momencie gdy zauważyłem wychudzonego trupa kobiety tulącej jeszcze do siebie swoje martwe dziecko, musiałem całą siłą woli zmusić się żeby nie przystanąć.
Niedaleko mnie pod latarnią szwaby właśnie urządzały sobie rozrywkę na biednych żydowskich chłopcach, każąc im wykonywać przeróżne ciężkie ćwiczenia. Dranie byli dziś w wyjątkowo dobrym humorze. Powodem było zapewne to że chwilowo odnosili sukcesy w powietrznej bitwie o Anglię.
Zacisnąłem zęby. Anglicy jeszcze pokażą im gdzie ich miejsce.
I my, Polacy też.
Był październik 1940 r. Wojna nie chyliła się ku końcowi - a wręcz przeciwnie - przybierała coraz ostrzejsze tony.
Zastanawiałem się ile to piekło jeszcze potrwa.
- Poratuje pan grosikiem? - wyrwał mnie z zamyślenia piskliwy głosik gdzieś z dołu.
Zatrzymałem się. Nie powinienem. Powinienem iść dalej, ale jednak nie zastanawiając się długo wyjąłem szybko banknot z portfela i wrzuciłem go dziewczynce do miski.
Oczy rozbłysły jej czystym szczęściem.
- Dziękuje panu - odpowiedziała - Będziemy miały co jeść dziś z mamusią..
Uśmiechnąłem się do niej ze współczuciem i mimo że wszędzie kręcili się Niemcy, przykucnąłem.
- A gdzie maleńka jest twoja mamusia?
Mała zmartwiła się lekko i po chwili zadumy wzruszyła ramionami.
- Nie wiem. Poszła rano pierwszy raz do "lekkiej pracy". Mówiła, że to szansa dla nas. Kazała mi się nie ruszać stąd.
Zasępiłem się. Moje dobre serce nakazało mi jak najszybciej zaopiekować się dziewczynką - ale zdrowy rozsądek był przeciwnego zdania.
Gdybym mógł uratować te wszystkie dzieci.. tych ludzi..
Jeden szwab zaczął mi się podejrzliwie przyglądać, a przecież nie mogłem dać się złapać. Musiałem jak najszybciej zobaczyć Izę - ta dziwna tęsknota działała mi już powoli na nerwy.
- Jak masz na imię? - spytałem jeszcze.
- Deborah, proszę pana.
- Deborah jestem pewien, że twoja mamusia zaraz przyjdzie ale faktycznie nie powinnaś się stąd nigdzie ruszać. Będę tędy wracał za jakiś czas - jeśli mama nie wróci zastanowimy się co dalej, dobrze?
- Dobrze proszę pana - pokiwała głową ze zrozumieniem. Była inteligentną dziewczynką - ale dla Niemców nie była nawet człowiekiem - Dziękuje jeszcze raz. Dobry z pana człowiek.
Uśmiechnąłem się do niej ciepło i ruszyłem dalej Okopową.
Gdy skręcałem już  w ulice wiodącą na Stawki - tam gdzie mieszkała Iza z babcią i tym Tomeczkiem - usłyszałem rozmowę dwóch mężczyzn.
- Wybierasz się dziś do Puffu?
Ta nieznana mi wcześniej nazwa tak mnie zaintrygowała, że zapomniałem o tym że mam się nie zatrzymywać i stanąłem obok nich udając, że oglądam ogłoszenia.
Z natury byłem ciekawy i lubiłem wiedzieć - a jeśli nie wiedziałem, jakaś wewnętrzna siła pchała mnie podświadomie do tego żeby jak najszybciej się dowiedzieć.
Podejrzewałem, że odziedziczyłem to po ojcu.
- Skończyły mi się bony, a z kaską trochę krucho więc dziś raczej nie.
- Stary przecież ci pożyczę. Nie wygłupiaj się nie wiadomo kiedy Niemcom skończy się dobra wola.
Coraz bardziej zaintrygowany zastanawiałem się o co może chodzić.
Następne zdanie jednego z nich wszystko wyjaśniło.
- To jedyny burdel który zaostał się w Warszawie nie tylko dla Niemców. Nie daj się prosić, ta kobitka ze wczoraj była całkiem, całkiem...
Zniesmaczony odwróciłem się i poszedłem dalej. W głowie mi się nie mieściło, że tak można. Ci tu byli policjantami żydowskimi i służyli Niemcom. Tego tez nie pojmowałem - jak można w taki sposób zdradzać swój naród? I w takich warunkach mieć jeszcze ochotę chodzić do burdelu?
Skręciłem na Stawki kręcąc głową. Zastanawiałem się co jeszcze Niemcy wymyślą, żeby upokorzyć te biedne kobiety i poróżnić ludzi.
Numer kamienicy odszukałem dosyć szybko i wszedłem do środka, rozglądając się wcześniej uważnie, czy nikt za mną nie idzie.
Z mieszkaniem poszło równie łatwo. Dozorca pociągnięty za język szybko mi je wskazał.
Gdy zapukałem przez dłuższą chwilę panowała cisza, jednak zaraz usłyszałem charakterystyczne szuranie i w drzwiach stanęła pani Rudnicka - a raczej jej cień.
Kobiecie na mój widok dosłownie ze szczęścia rozbłysły oczy. Wciągnęła mnie do środka z nadzwyczajną na jej wiek i stan krzepą i zamknęła drzwi.
- Dzięki Bogu - odetchnęła z ulgą - A już myślałam, że to Niemcy.
 Prowadząc mnie do kuchni zajrzała do salonu.
- Tomeczku możesz wyjść z ukrycia. To tylko Janek.
Mały niepewnie wyszedł ze skrytki pod stołem. Pokiwałem głową z uznaniem.
- Dobra kryjówka.
- Sam ją odkryłem i trochę przerobiłem - odparł z dumą Tomek.
- My się chyba jeszcze nie znamy - uśmiechnąłem się lekko i oficjalnie mu się przedstawiłem gdy podszedł bliżej.
- Pan jest żołnierzem prawda? - spytał po chwili.
- Hm... Można tak powiedzieć. A co? Chciałbyś też zostać żołnierzem?
- O tak! - odparł ochoczo siadając przede mną - Zostanę żołnierzem i pójdę na wojnę z Niemcami. Wtedy na pewno ją wygramy - dodał z tak pewną miną, że parsknąłem śmiechem i poczochrałem mu włosy.
Babcia Izy splotła niezręcznie ręce stojąc przy kuchennych szafkach.
- Januś przykro mi, ale nie mam nic, żeby podać ci do picia lub jedzenia. Przedwczoraj skończył się zapas który dałeś naszej Izuni - nagle kobieta uroniła łzę, ale otarła ją pospiesznie.
- Nic nie szkodzi pani Rudnicka. Przyniosłem trochę tego i owego. Starczy chyba na cały miesiąc - parsknąłem śmiechem i wyciągnąłem z plecaka siatkę z chlebem, cukrem, konserwami, serami i z trudem zdobytą szynką.
Mały od razu zabrał się do jedzenia. Babcia czuła się z początku niezręcznie, jednak po długich podziękowaniach z jej strony i zapewnieniach z moich że to dla mnie nic takiego, zabrała się do jedzenia.
Obserwując ich uśmiechnąłem się lekko.
- Iza powinna chyba zaraz wrócić? - spytałem pogodnie - Przyszedłem troszkę przed czasem - wyjaśniłem przepraszająco.
Obydwoje nagle przestali jeść.
- To ty nie wiesz? - wykrztusił Tomek.
- Czego nie wiem? - uniosłem zaniepokojony brwi.
- Izę zabrali do lekkich prac - powiedziała niespodziewanie pani Rudnicka patrząc się ponuro w okno.
- A tak.. - odparłem z lekkim wahaniem - Jej przyjaciółka Zosia - pewnie pani ją dobrze zna - załatwiła jej to jakiś czas temu. Nie wspominała tylko gdzie Iza będzie pracować, ale najważniejsze że już nie w tej fabryce - nawijałem jak nakręcony nie rozumiejąc czemu się nie cieszą. Przecież ta nowa praca mogła zapewnić Izie przeżycie!
Tomek nic nie odpowiedział, podobnie jak babcia. Nagle mnie coś tknęło.
- Zaraz zaraz... Jak to zabrali?
- Izy nie ma od paru dni - wyjaśnił mały - Nie wiemy nic o niej. Gdzie jest ani czym się zajmuje. I czy... - przełknął ślinę.
- Czy co?
- Czy w ogóle żyje - dokończyła pani Rudnicka wstając do okna i nagle się rozpłakała.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz