czwartek, 2 lutego 2017

Od Zosi

   Biegłam po lesie rozkoszując się piękną, letnią pogodą. Słyszałam za sobą łamanie gałązek, to Iza mnie goniła. Ze śmiechem starałam się biec jak najszybciej, jednak to ona zawsze mnie prześcigała. Gdy nagle zatrzymałam się, patrząc prosto w oczy sarny. Była śliczna, taka niewinna... jednak się nie bała. Wpadła na mnie nagle Iza, ciągle się śmiejąc.
-Dogoniłam cię! - nagle podążyła za moim wzrokiem na zestresowane dzikie zwierze. - Ale ładna... 
  Zaczęła powoli do niej podchodzić, jednak gdy ta zrobiła większy krok, sarna uciekła. 
-Jej już nie prześcigniesz. - zaśmiałam się. 
-Nie kuś bo pobiegnę za nią i zobaczymy!
  Jako dzieci byłyśmy bardzo szczęśliwe. Uwielbiałyśmy gonić same siebie, nawet głupi wiatr. Las był naszym schronem, znałyśmy go prawie na pamięć. 
-Iza! Zośka! - usłyszałyśmy nawoływanie Kuby i Kamila. 
-Chowamy się? - spytała Iza.
-Gdzie? Pod mchem? - parsknęłam.
  Iza wzruszyła ramionami i szybko wspięła się na najbliższe drzewo. Ja rozglądałam się zaskoczona wypatrując chłopaków. Iza nie siedziała za wysoko ale tak, by oni jej nie zauważyli. 
-Gdzie Iza? Zgubiłaś ją?! - spytał Kamil.
-Prześcignęła mnie. - odparłam załamana. - I nie wiem gdzie pobiegła... 
  Chłopcy podeszli do mnie i zaczęli mnie pocieszać, gdy Kuba odszedł i zaczął rozglądać się po drzewach Iza zeskoczyła mu na plecy przewracając go i siebie przy okazji. Kamil podskoczył wystraszony a ja zaczęłam się z nich śmiać.
-Oszalałaś?! - roześmiał się Kuba. 
  Kamil tylko kręcił rozbawiony głową. 
  Iza spojrzała na mnie i spoważniała nagle. Wstała, i szybko odbiegła od nas w stronę miasta. 
  Spojrzeliśmy po sobie z chłopakami i odprowadziliśmy ją wzrokiem. Żadne z nas jej nie dogoni, a widocznie musiała wracać...
  Od tamtej pory Iza zaczęła dziwnie się zachowywać. Tłumaczyła, że ma problemy w domu, z rodzicami, jednak nic innego mi nie chciała powiedzieć choć wiedziała, że mogła na mnie liczyć. Kuba i Kamil również nalegali, ale to bardzo... jednak była zbyt skryta, jakby coś ją męczyło, jakby... bolało ją coś? Pytałam, czy to chodzi o babcię ale unikała każdej możliwej odpowiedzi. Przestałyśmy rozmawiać na jakiś okres dwóch miesięcy, co mnie kompletnie rozbiło. Oby dwie chciałyśmy, a nie mogłyśmy się widywać ze względu na jej jakieś dziwne problemy... 
  Gdy wszystko ucichło u mnie zaczął się problem z nowo narodzonym braciszkiem. Od początku był ciężko chory, ledwo go odratowali raz, drugi i trzeci... ojciec powiedział, że ma problemy z sercem... mama unikała tego tematu jak i ja, przejęłam się. Adam był moim oczkiem w głowie i traktowałam go nawet jak swojego własnego syna... co może wydawać się śmieszne i niedorzeczne, jednak miałam z nim dziwną, wyjątkową więź... 

-Nie żyje. Miałem go ratować... ale jedyne co powiedział zanim się wykrwawił... to to, żebym cię przeprosił... od niego... nie wiem co miał na myśli... 
  Gdy tak bez sensu Franek ciągnął to co chciał jeszcze od siebie dodać ja wpatrywałam się w niego czując chłodny wiatr na swojej skórze. 
  Przeprosił mnie? Za ślad, który przed jego samym wyjazdem narobił mi do końca życia? Przegryzłam wargi i szukałam w twarzy Franka cień wytłumaczenia dlaczego Krzyś taki był... czemu upodabniał się do szkopów? I czemu wylewał wszystkie złości na mnie? Używał tych samych metod co szkopy... 
-Nic więcej nie mówił... tylko powiedział, że cię przeprasza... 
-Nie mogę mu wybaczyć... - szepnęłam sama do siebie a Franek tylko na mnie dziwnie spojrzał.
-Co mówiłaś? 
-Nic. - odparłam i starłam kilka łez z policzka. 
  Od tamtej pory zaczęłam zapominać na siłę Krzyśka... co mi zrobił... 

  Wieczorem zabrali z celi dziewczynę. Nawet nie miałam sił jej ratować, krzyczała i prosiła o pomoc. Wiedziałam, że nie wróci... Poszła na pewną śmierć. Ja będę następna. Kto wie, ile to potrwa... 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz