Kroczyłam ulicą warszawską pewnie w stronę zebrań ruchu. Wiedziałam o nich wszystko, dzięki Antonowi, byłam na bieżąco. Jednak to co planowałam było zbyt ryzykowne, nie mogłam czekać dłużej na działania Michaela. Wobec tego sama postanowiłam spotkać się w cztery oczy z zaufaną osobą, bardziej niż ktokolwiek inny, kto nie odpuści na chwilę tematu Izy.
Weszłam po schodach, krętych i drewnianych, lekko obskrobanych, najpewniej jakimś tępym nożem. Na górze napotkałam stojącego w oknie niepewnie Janka. Od razu go poznałam. On gdy usłyszał stukot moich czarnych szpilek odwrócił się i spojrzał na mnie w sekundzie. Zaszokowany, z początku nawet mnie nie poznał. Dopiero gdy uśmiechnęłam się szeroko był w stanie mnie rozpoznać. Stał tak w ciszy, obserwując mnie, lustrując od góry do dołu.
-Zośka...? - wykrztusił w końcu.
-Teraz to już Rose. - odparłam.
-Gdzie Ty się podziewałaś?
-Nie ważne. Przyszłam tu dowiedzieć się co z Izą.
-Jest bezpieczna.
-Co to znaczy? Słuchaj, nie możesz nikomu pisnąć, że mnie widziałeś. Miałam się z wami nie widywać... i tak robię za szpiega... Dużo ryzykuję.
-Czym ryzykujesz?
-Mam kogoś kogo nie mogę stracić. Ryzykuję utratą tej osoby. Ale nigdy nie przestałam o was myśleć...
-Czemu nie chcesz do nas wrócić? O tą osobę chodzi? Kim jest? Przecież możesz ją...
-Nie chciałaby was poznać.
Prędzej zamordować...
-Słuchaj, z Izą wszystko w porządku... dzięki, że w ogóle próbowałaś coś zrobić.
-Ciężko jest sterować wpływami...
-Masz wpływy? - spojrzał na mnie zdziwiony.
-Niezbyt znaczące... ale coś tam mogę zdziałać.
-To kim ty jesteś. - parsknął. - Bratasz się ze szkopami? - powiedział żartobliwie a ja uniknęłam komentarza.
-Muszę iść. Chcę, żebyś wiedział, że gdyby cokolwiek się działo możecie na mnie liczyć. Bartek wie, jak się z nami skontaktować.
-A co z twoim bratem? - spytał gdy odchodziłam.
-Jest ze mną. Bezpieczny.
-Pozdrów go.
Spojrzałam na niego przez ramię.
I wyszłam.
Siedziałam w szpitalu wojskowym który został całkiem niedawno przemianowany z polskiego na niemiecki. Miałam tu wpływ przez to, że ojciec był szanowanym i znanym, przede wszystkim dobrym lekarzem. Widok krwi czy nawet drastyczniejsze widoki nie wpływały na mnie specjalnie. Obojętnie przeszłam przez salę prowadzona przez jedną z pielęgniarek.
-Nie wierzę, że raczyłaś przyjść w końcu, Zosiu. - odparł uśmiechnięty Goldflam.
Zmienił nazwisko. Wszystko zmienił.
-Przyszłam w prywatnej sprawie. I nie jestem już Zosia, tylko Rose.
Podałam mu dokumenty na dowód, które swoją drogą były sfałszowane idealnie dzięki sposobom Michaela.
Uniósł brwi zaskoczony.
Z uśmiechem schowałam je do torebki.
-Jestem tu by zacząć tu pracę. Wiesz, że nigdy nie miałam zamiaru odpuścić medycyny.
-Ale...
-Brakuje wam lekarzy. Przyznaj.
Przeczesał sobie swoje gęste, brązowe włosy i spojrzał na mnie zdejmując okulary.
-Mam tu Kamillę, również świetna w dziedzinie medycyny... nie wiem czy...
-Potrzebuję zajęcia. Tylko będę pracować ruchomo. Nie mogę inaczej.
-Dobrze. Wiszę przysługę twojemu ojcu za wiele lat przyjaźni i wiele razy ryzykował dla mnie życie... a Tobie nie odmówię...
-Pozdrów Annę. - uśmiechnęłam się do niego wstając. - Zacznę od jutra, planowo.
Gdy weszłam do domu było już dosyć późno. Michael siedział na kanapie w towarzystwie Adama. Aż mnie zmroziło, stanęłam w progu i wpatrywałam się w nich jak słup soli. Rozmawiali po niemiecku, a mój brat aż wprowadził mnie w podwójny szok, bo normalnie się dogadywali.
-Odwiesić płaszcz, Rose? - usłyszałam za sobą głos Marty, który wytrząsnął mnie z dziwnego amoku.
-Tak, dziękuję Marto. - weszłam do salonu wpatrując się w nich.
Adam gdy mnie zobaczył uśmiechnął się, jak gdyby nigdy nic.
Michael posłał go na górę a ten szybko pobiegł po schodach.
-Jak ty... - zaczęłam zaskoczona nie mogąc wydusić słowa.
-Nic trudnego, mądry pojęty dzieciak. - parsknął.
Pokręciłam z niedowierzaniem głową.
-Coś ty mu zrobił, że jest taki...
-Nic złego czego spodziewałabyś się po każdym normalnym szkopie.
Usiadłam za kanapą gdzie on siedział.
-Gdzie byłaś?
-Załatwiałam sprawy.
-Jakie sprawy? - spojrzał na mnie zdziwiony.
-Swoje.
-Ty nie masz swoich spraw.
-Mam. - parsknęłam. - To, że uważasz mnie za swoją własność nie oznacza, że nią jestem naprawdę. I mam swoje sprawy, nie musisz w nie ingerować, o co cię wyjątkowo proszę.
-Ty mnie prosisz?
-Tak. - odparłam szeptem i pocałowałam go.
Nie mógł wiedzieć, że widziałam dziś Janka pod żadnym pozorem. I na razie o podjęciu mojej pracy też nie mógł wiedzieć. Musiałam zacząć normalnie żyć i taki miałam zamiar, by nadrobić szczęście które mi odebrano. Którego nie czuję od chwili rozbicia rodziny na kawałki... Musiałam wszystko poukładać, a wątpiłam, czy Michael to zrozumie i pozwoli mi na to.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz