czwartek, 2 lutego 2017

Od Zosi

-Zośka! Nie bądź taka! - krzyknęła Iza śmiejąc się głośno. 
-Nie ma mowy! - parsknęłam idąc po miękkiej trawie. 
-Jesteś niemożliwa! Przecież wyraźnie spodobałaś się temu żołnierzowi... - wymruczała zabawnie.
-Iza. - spiorunowałam ją wzrokiem, ale szybko się roześmiałam. - Jest ode mnie starszy o cztery lata..
-No iiii? - parsknęła Iza beztrosko podskakując u boku Kuby i Kamila. 
  Oni dyskutowali o czymś zaciekle, pewnie o wstąpieniu do wojska... już wcześniej o tym rozmawiali, ale ja i Iza im zabraniałyśmy... skoro nie ma wojny to po co marnować sobie życie w wojsku? - pomyślałam. 
-To tylko nic nie znaczące spotkanie. - zaśmiała się Iza. 
-A wy dalej o tym Krzyśku? - spytał zmęczony Kuba patrząc na Izę.
  Już wtedy podejrzewałam, że coś do siebie czują. Znaczy... że on coś do niej czuje... ale Iza... nigdy nie mogłam jej rozgryźć pod względem uczuć... wiedziałam, że Kuba byłby idealny dla niej, ale... problem leżał w tym, żeby do siebie to coś czuć...
-Halo! Ziemia do Zośki! - westchnął Kamil. - Widzicie? Już się topi w myślach o Krzysztofie! 
  Uderzyłam go w ramię i przyspieszyłam kroku. Iza mnie dogoniła i złapała za dłoń. Spojrzała w oczy całkiem rozbawiona. 
-Nie obrażaj się! - przytuliła mnie, a ja dalej udawałam wielce obrażoną.
  Oderwałam ją od siebie i pobiegłam nad Wisłę. Dopiero gdy podeszła do mnie gdy stałam nad brzegiem, spojrzałam jej w oczy a ona zdenerwowana, całkiem poważna spytała, czy jestem naprawdę obrażona. Wiedziała, że nigdy nie byłam zła o tak błahe rzeczy... 
  Nagle uśmiechnęłam się i pchnęłam ją do Wisły. Zaczęłam się panicznie śmiać, ona z uśmiechem pociągnęła mnie za nogę i wywróciłam się na plecy. Gdy doszli chłopacy dopiero się zaczęło. Podtapiali nas, rzucali na najgłębszą wodę... wtedy było cudownie... 
  Wróciłam do domu cała przemoczona. Mama rzuciła się do mnie i tylko kręciła głową. Ojciec, gdy wrócił z pracy przyjrzał mi się z politowaniem, po czym dał pouczającą gadkę specjalnie przy mamie. Gdy ta wyszła do cukierni ojciec zawołał mnie do kuchni, siedział przy stole podpisując jakieś papiery. 
-Siadaj. - nakazał ostro, wykonałam jego polecenie.
-Coś nie tak? - spytałam zestresowana. 
  Podniósł na mnie wzrok, zdejmując swoje okulary do czytania. 
-Chciałbym, żebyś nie pokazywała się tak matce... - zaczął. - Wiesz, jaka jest. Chce cię wychować na... sztywną przestrzegającą reguł kobietę. Ale ja tego nie popieram. - uśmiechnął się. - Tylko po prostu nie denerwuj matki, bo potem suszy mi głowę przy okazji. 
  Zaśmiałam się i spojrzałam na tatę. Zawsze był taki wyluzowany, pozwalał mi na wiele... nie to, co mama chociaż przed wojną była zupełnie inna... 
-Słyszałem, że Kamil i Kuba wybierają się do wojska. - zaczął, zakładając okulary na noc i wracając do podpisywania papierów.
-Tak, ale nie popieram tego. 
-Dlaczego? - spojrzał na mnie zaciekawiony. - To dla mężczyzny świetny początek. 
-Początek końca... - dodałam cicho.
-Och, ty się boisz, że ich stracisz... - zauważył szybko. - Kochanie, nie ma wojny. Nic im nie będzie... 
  Przegryzłam wargę i spojrzałam znów na tatę. 
-Są dla mnie jak bracia, a nie chcę ich stracić... 
-Nie stracisz. Pozwól im robić to co chcą, to co do nich należy. - złapał mnie za dłoń z lekkim pocieszającym uśmiechem.
-To trudne... martwię się...
-Wiem, Zosiu. - westchnął. - I też obiło mi się o uszy, że syn Bartka, Krzysiek... wypytuje o ciebie. 
  Zmroziło mnie. Tata nigdy nie zabraniał mi się przyjaźnić z facetami, jednak... był uczulony na wojskowych... szczególnie starszych. Ale wiedział, a raczej myślał, że to dobra partia dla mnie. 
 -Nie musisz się martwić tato, nie mam zamiaru się z nim umawiać. - odparłam lekko zestresowana, z uśmiechem.
-Ale dlaczego? - oburzył się nagle. 
-Tato, on nie jest dla mnie... 
  Miałam rację. Wiedziałam to. Jednak zanim zdążyłam się zorientować zaczęłam się wbrew sobie z nim umawiać, spacerować nad Wisłą po jej brzegu... było zbyt pięknie. Zakochałam się w nim, dopiero potem gdy stał się agresywny wobec mnie... nawet wtedy nie umiałam przejrzeć na oczy. Za bardzo mnie w sobie rozkochał od początku, bym umiała żyć bez niego. Byłam uzależniona, spełniałam każdą jego prośbę, każdy rozkaz... Nie męczyło mnie to, nie zauważałam tego co ze mną robi... wojsko zmieniało go szybko, a ja chciałam mu pomóc wrócić do starego Krzyśka. Zaślepiona czymś na wzór miłości, nie umiałam spojrzeć prawdzie w oczy. Iza nawet nie wiedziała, że Krzysiek podnosił na mnie rękę... częściej niż ktokolwiek by przypuszczał. 
  Pewnego wieczoru gdy przyszłam do niego... był wściekły. Stracił dwóch ludzi. Podeszłam do niego niepewnie by go pocieszyć jakoś... nie wiedziałam jeszcze, że to będzie mój błąd który będę nosić do końca życia. 
  Dotknęłam jego ramienia delikatnie i westchnęłam smutno. 
-Będzie dobrze, Krzysiek... przecież taka jest kolej rzeczy w wojsku...
  Usłyszałam dźwięk gotującego się czajnika z wodą. Chciałam go tylko wyłączyć, on zaś złapał za uchwyt. Odwróciłam się do niego plecami, a on oblał mnie wrzącą wodą. Wyrywałam mu się, a on trzymał mocno mój nadgarstek do tego stopnia, że miałam odcisk jego dłoni w tym miejscu. 
  Płakałam, przeraźliwie mnie bolało i nie mogłam wytrzymać z bólu. Nie mogłam zrozumieć czemu to zrobił, czemu, skoro mnie kocha robi te rzeczy? 
  Nagle jego twarz przybrała inny wyraz, jakby zrozumiał co on naprawdę zrobił. Odłożył czajnik i szybko mnie objął, obejrzał oparzenia... przepraszał. Tak bardzo żałował... wybaczyłam mu... bo byłam zaślepiona.
  Może dlatego nie pamiętałam tego po jego śmierci? Za bardzo mnie to zabolało i za szybko utraciłam bezpieczeństwo, które mi zapewniał. Jakie bezpieczeństwo? Nawet nie wiem, co to znaczy...Nigdy nie byłam przy nim bezpieczna... nawet nie wiem, czy nie byłby w stanie mnie zabić własnymi rękami bez użycia broni, którą zawsze miał przy sobie. 
  I może dlatego tak szybko o nim zapomniałam? O tym jak wyglądał? I uczucie do niego wypaliło się, wyparowało. 

  Otworzyłam oczy. Zasnęłam...?
  Nie. Ktoś wyszarpał mnie z celi, szybko podniosłam się na nogi, patrząc na szkopa który gdzieś mnie targał. Domagałam się wyjaśnień, nawet nie zdawałam sobie sprawy z tego gdzie mnie tak ciągnie. Potykałam się o własne nogi, zastanawiałam się... czemu dziś traktują mnie tak jak w sumie... powinni od początku? Jak śmiecia? Wcześniej nawet mnie nie dotykali, nie ściskali aż bolały mnie same kości...
  Wrzucił mnie brutalnie do jakiegoś gabinetu. I to nie do Michaela...
-Wstawaj, śmieciu. - usłyszałam nieznajomy głos.
  Stanął przede mną zdaje się wuj Michaela.
  Gdy wstawałam, kopnął mnie w brzuch. Zacisnęłam dłonie w pięści.
-Wstawaj, powiedziałem! - wrzasnął.
  Szybko wstałam mimo bólu. Podniosłam głowę patrząc na niego. Zacisnęłam zęby i wpatrywałam się w niego.
-Z racji tego, że Michael wróci dopiero rano... postanowiłem spróbować wyciągnąć coś z ciebie... pomóc mu trochę, bo za długo to trwa. Ból zmusi cię do gadania...To jak? Za długo siedzisz w tej celi, co? - parsknął. - Albo powiesz co wiesz albo zdechniesz, a ja ci w tym pomogę.
-Nic nie powiem. - odparłam.
  Cholernie się go bałam, jednak nic nie zamierzałam powiedzieć. Mógł mnie torturować ile chciał... nie mogłam nic powiedzieć.
  Wyjął nóż z kieszeni i podstawił mi go do gardła. Powoli przesuwał w dół i górę jakby szukał miejsca, w które może go wbić.
-Spytam ostatni raz, potem będziesz błagać o litość... No? Mów!
  Spojrzałam mu w oczy i uśmiechnęłam się słabo.
-Niczego ode mnie nie wyciągniesz. - splunęłam mu na buty.
  To był mój błąd.
  Uderzył mnie z całej siły tak, że głową uderzyłam o szafkę. Dotknęłam miejsca, którym uderzyłam. Leciała krew... Gdy spojrzałam na szkopa ten zadał mi serię kopnięć. Żądał, bym mówiła, jednak nawet nie zamierzałam pisnąć słowem. Nawet krzyczeć nie raczyłam. Zero słowa. Zaciskałam pięści i zęby w przypływie bólu starając się z nim radzić. Wycierpiałam kiedyś wiele teraz też dam radę.
  Podniosłam wzrok na niego, nawet powieka mi nie drgnęła.
-Jeszcze bezczelnie się na mnie patrzysz?! Ty polski nic nie warty śmieciu! - znów zaczął mnie kopać. - Bez honoru!
-To wy wszyscy... jesteście bez honoru... - wykaszlałam krwią.
-Co ty tam szczekasz, suko?
-Że wy nie macie za grosz honoru. Umiecie tylko... mordować... bez opamiętania...
-A jednak umiesz coś mówić... przepraszam! Szczekać. Zabrać ją! - krzyknął i jeden ze szkopów szarpnął mnie z ziemi i zabrał znów do celi.
  Wrzucił mnie do niej. Podeszła do mnie tamta dziewczyna z którą byłam w celi. Zobaczyła moją zakrwawioną sukienkę i podała mi tą, w którą ona się nie przebrała. Tą, którą jej przyniosłam wczoraj.
-Przebierzesz się w nią...
-Zostaw mnie. - szepnęłam powoli starając się pozbierać.
  Wstałam, czując jak moje wnętrzności rozsypują się na kawałki. Jęknęłam cicho, po czym wzięłam od dziewczyny sukienkę. Gdy się przebierałam musiała zauważyć całe poparzone plecy.
-To oni ci to zrobili? - spytała.
  Założyłam sukienkę, zapięła ją od tyłu. Spojrzałam na nią, ledwo trzymając się na nogach.
-Nie. - pokręciłam słabo głową. - To mój, aktualnie martwy... przyjaciel.
-Przyjaciel czegoś takiego nie robi...
-Kochał mnie na swój sposób... - parsknęłam.
  Zaczęłam kaszleć, znów krwią. Spojrzałam na dłoń, która cała w niej była.
-Cholera... - szepnęłam do siebie.
-Co oni ci zrobili?
-Dopiero się rozkręcają... - zaśmiałam się, ale gdy tylko wydobywałam słowa z siebie wszystko mnie bolało.
  Tym razem nie pozwolę sobie zasnąć. Muszę być czujna...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz