wtorek, 7 lutego 2017

Od Janka

Akcja się powiodła. Udało nam się nawet nieźle rozeźlić szwabów. Śmialiśmy się obserwując jak męczą się by zamalować nasze znaki. Nawet przechodnie uśmiechali się pod nosem. Wstąpił we mnie jakiś dziwny optymizm. Nie psuł go nawet fakt, że teraz częściej patrolowali ulice a co za tym idzie - było więcej łapanek. Nie psuł go fakt, że od jutra wszyscy mieli się przesiedlać i że mieli utworzyć prawdziwe, oficjalne getto dla tylu tysięcy Żydów. Nie psuł go fakt że nadal nie wiedziałem co z bratem Zosi - i z samą Zosią.
Do domu wpadłem wieczorem jak burza i pochłonąłem szybko kolację.
- Ty się gdzieś wybierasz? - spytał nagle ojciec obserwując mnie znad gazety.
- Tak, muszę odwiedzić jeszcze koleżankę.
- Koleżankę? A od kiedy to do 'koleżanek' się chodzi o tej porze?
- Kochanie daj mu spokój - wtrąciła się mama zmywając naczynia - W jego wieku zachowywałeś się podobnie - dodała jeszcze i nagle uśmiechnęła się rozmarzona.
- Skarbie, ale to były zupełnie inne czasy!
- Przypominam ci, że wtedy też była wojna.
- Tak, ale kończyła się! Kończyła się! I była jakaś nadzieja! A teraz - nie ma.
Zastygnąłem i przyjrzałem się ojcu bliżej.
- I kto to mówi? - odezwałem się po dłuższej chwili - Ktoś kto mnie i Różę od małego uczył, że nadzieję trzeba mieć do samego końca.
- Januś, powtarzam ci, że to były inne czasy.. A gdzie w ogóle jest Róża? - zmienił szybko temat.
Szkoda mi było nawet odpowiadać. Nie miałem dziś ochoty na kłótnię.
- U koleżanki - mruknęła mama.
- Lidka ja nie wiem jak ty możesz być taka spokojna. Gdybyś częściej wychodziła na ulice i zobaczyła co się dzieje prawie za każdym rogiem, nie wypuszczałabyś ich z domu na parę metrów.
Mama nagle odłożyła talerz i obróciła się otrzepując ręce z piany.
- To w końcu mam wychodzić z domu czy wciąż w nim siedzieć? Bo już się pogubiłam - powiedziałam zimno.
Zakrztusiłem się herbatą. Mama nigdy jeszcze nie wypowiadała się w taki sposób. Była z tych szczęśliwych, bujających głową w chmurach artystek, których nie dotykały nieszczęścia. To ojciec sprowadzał ją na ziemie i trzymał nad wszystkim pieczę. Dobrali się idealnie - i prawie nigdy nie kłócili. Toteż dlatego poczułem się dziwnie czując w powietrzu nadchodzącą kłótnie.
- Lidka no.. - zaczął łagodnie ojciec i podszedł do niej - Wiesz, że się o was wszystkich martwię. Nieszczęście czeka za każdym rogiem.
- Gdyby każdy myślał tak jak ty Zbyszek, Polska nigdy nie odzyskałaby niepodległości.
- Dobrze, niech walczą. Niech się starają. Ale dlaczego akurat nasze dzieci mają się narażać?
- Janek wie co robi - ucięła - A ty wychodzisz w tym momencie na typowego egoistę.
W tym momencie wstałem od stołu i bez słowa ruszyłem w stronę drzwi. Nie chciałem dalej uczestniczyć w ich kłótni. To ich sprawy i powinni sami sobie je wyjaśnić.
- Będę przed godziną policyjną! - rzuciłem tylko dla spokoju z korytarza, żeby ojciec nie wychodził z siebie jak zwykle, ale przeczuwałem w głębi duszy, że mogę spóźnić.
Do Izy doszedłem szybko. Drzwi otwarła mi jednak nie ona - a jakiś chłopak i to bynajmniej nie Kamil.
Kojarzyłem go. Widząc moje niezrozumienie, uśmiechnął się lekko.
- Kuba - powiedział w momencie kiedy przypomniałem sobie jego imię.
- Wiem wiem - odparłem - Jest Iza w środku? - spytałem zaglądając do środka.
- Nie ma. Poprosiła mnie żebym zajął się jej babcią, bo musi gdzieś wyjść na godzinkę. Nie powiedziała gdzie - wzruszył ramionami.
Ale ja wiedziałem - pomyślałem i po chwili wszedłem do środka.
Przemyślałem szybko sytuację. Była z Johanem. A ja nie wiedziałem kompletnie gdzie. Zezłościło mnie to trochę, ale w sumie kiedy mogła mi powiedzieć? Poszukiwania też nie miały sensu - zanim przeczesałbym wszystkie kina, teatry, restauracje i parki byłaby już dawno w domu.
I nie chciałem zastać ją w takiej sytuacji jak ostatnio.
Wobec tego wszedłem do pokoju gdzie leżała jej babcia i przywitałem się grzecznie.
- Jak się pani czuje? - spytałem i od słowa do słowa nawiązała się rozmowa.
Więc godzinę później z hakiem, kiedy w przedpokoju otwarły się drzwi, byliśmy w całkiem niezłych humorach uraczeni przez panią Rudnicką wesołymi historyjkami czasów z jej dzieciństwa. Zarumieniona, chichotała przy nas jak młoda dziewczyna.
- Widzę, że czujesz się całkiem dobrze babciu - odezwała się nagle Iza stojąca od dłuższej chwili w progu.
Wszyscy skierowaliśmy na nią wzrok.
- Moje dziecko wybacz nie zauważyłam cię. Właśnie opowiadałam chłopcom, jak próbowałam się dogadać z rosyjskim aptekarzem..
Kuba parsknął śmiechem i wyłożył się zrelaksowany na kanapie. Niczego nie zauważył - ale ja zauważyłem przyglądając się od dłuższej chwili Izie.
Była jakaś dziwna i osowiała. Trzymała pod dziwnym kątem nadgarstki i wbijała wzrok w ścianę.
- Możemy pogadać? - zwróciła się do mnie w chwili gdy ja miałem poprosić o to samo.
Przeprosiliśmy babcię i ruszyliśmy na strych. Iza dokładnie zamknęła drzwi i oparła się o ścianę.Gdy promień światła padł na jej ręce, zauważyłem liczne, rozlewające się siniaki.
Podszedłem do niej szybko.
- On ci to zrobił? - syknąłem.
Skinęła bez słowa głową.
- Zabije sukinsyna.. - szepnąłem.
- Janek, był pijany. Ale pokazał swoją prawdziwą twarz - mruknęła i opowiedziała mi wszystko.
Zaszokowany wpatrywałem się w nią.
- Czyli podsumowując on spotykał się z tobą w takim samym celu jak ty z nim..? - powiedziałem po dłuższej chwili.
Przytaknęła.
- Jest jeszcze coś. Nie powiedziałam ci o czymś.
- A mianowicie?
- Musisz obiecać, że n i k o m u tego nie powiesz. Janek, ufam ci - spojrzała mi prosto w oczy.
- Wyglądam na kogoś kto zdradza cudze tajemnice? - spytałem. Pokręciła głową - No właśnie, więc mów. Daje ci słowo harcerza Szarych Szeregów i przyszłego żołnierza ZWZ, że zabiorę to do siebie do grobu - zakończyłem z przesadzoną powagą. Iza parsknęła śmiechem, ale zaraz spoważniała.
- Chodzi o to, że.. ja nie jestem pełnej krwi Polką.
Zdezorientowany przyjrzałem się jej.
- To kim? Niemką? - wykrztusiłem.
 Prychnęła.
- To już chyba byłoby lepsze... Jestem... Jestem półkrwi Żydówką.
Zapadła cisza. Wpatrywałem się w nią bez słowa. Nigdy bym nie przypuszczał, że ma w sobie chociaż ułamek tej rasy. Blondynka, jasna cera, niebieskie oczy, prosty nosek. Oczywiście nie przeszkadzało mi to w żadnym stopniu, ale wiedziałem jakie czeka ją niebezpieczeństwo.
- Nikt nie może się o tym dowiedzieć - powiedziałem po dłuższej chwili - Zaczynają się przesiedlenia. Jeśli będzie przeciek... Trafisz z babcią do getta - wykrztusiłem po dłuższej chwili.
Iza spojrzała na mnie z przerażeniem.
- Janek.. Właśnie usiłuję ci powiedzieć, że... że...
- Że co?
- Że on wie - powiedziała przygryzając wargi.
- Jak to wie? Skąd wie? - złapałem ją za ramiona i zacząłem potrząsać - Powiedziałaś mu?!
- Nie! Nie! W życiu! On sam do tego doszedł. Znalazł prawdopodobnie dokumenty. Janek, on ma mnie w garści.. - szepnęła a z oczu polały jej się łzy.
- Iza nie płacz - wykrztusiłem po chwili i przyciągnąłem ją do siebie - Coś poradzimy, wymyślimy - powtarzałem gorączkowo.
- Ale co wymyślimy?! Nie zdradzę was, by ratować własną skórę! Wszystko przepadło! Zosia też przepadła!
- Nie mów tak słyszysz? Wszystko da się odkręcić. Posłuchaj mam pomysł.. Podamy mu fałszywe nazwiska nie żyjących już, albo zaginionych członków.. Obmyślimy wszystko jutro dokładnie w końcu - mamy 3 dni prawda?
Iza spojrzała na mnie z nadzieją.
- Myślisz, że mogłoby się udać?
- Nadzieję, trzeba mieć do samego końca - powtórzyłem niegdysiejszą kwestię ojca i zamyśliłem się.
Trzeba było zacząć działać.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz