środa, 1 lutego 2017

Od Michaela

- No i po co ci to było? - spytałem rozbawiony parę godzin później powoli degustując wyjątkowo drogie, wytrawne, francuskie wino. Od paru minut próbowałem ją nakłonić, żeby usiadła na krześle naprzeciwko, ale uparcie stała ledwo trzymając się na nogach. Nie przypominała już tej dziewczyny, którą widziałem pierwszego dnia. Brudna, poraniona w jakiś brudnych szmatach, które w najmniejszym stopniu nie przypominały ubrania.
Nie, tak być nie mogło.
- Powiem Hildzie żeby dała ci możliwość wzięcia kąpieli i dała jakieś ubrania na zmianę - odezwałem się nie spuszczając z niej wzroku.
- Dla każdej więźniarki jest pan taki litościwy? - spytała ironicznie.
Parsknąłem szczerym śmiechem. Obserwowała mnie niepewnie zastanawiając się pewnie, czy nie posunęła się za daleko.
- Może w końcu usiądziesz? Porozmawiamy normalnie. O proszę nawet w geście dobrej woli naleje ci trochę wina - dodałem i z rozbawieniem przyglądałem się jej minie pełnej dezorientacji.
- Może mi pan dolewać czego pan chce, zapewniać luksusy i być podejrzanie miłym. I tak n i c panu nie powiem - powiedziała drżącym głosem.
Wciąż lekko się uśmiechając wstałem od biurka i stanąłem za nią.  Stałem tak dłuższą chwilę z rękami w kieszeniach spodni. Po dłuższej chwili zapaliłem papierosa i dmuchałem jej dymem w szyję. Zauważyłem u niej dreszcze i uśmiechnąłem się pod nosem. Gdy wypaliłem już całego, spokojnie go zgasiłem i przemówiłem tonem nie znoszącym sprzeciwu.
- Siadaj.
W końcu nogi same się pod nią ugięły i posłusznie usiadła.
Oparłem się rękami o oparcie krzesła i pochyliłem się nad jej uchem.
- Wytłumaczmy sobie coś skarbie - szepnąłem - Może nawet nie zdajesz sobie sprawy w jak dobrej sytuacji jesteś.  Mogłabyś już leżeć nieprzytomna, pozbawiona honoru i szacunku do siebie. Potwornie okaleczona i nie zdolna aby nawet skorzystać z toalety - zaśmiałem się złowrogo - A jednak siedzisz nienaruszona w moim gabinecie, mogąc ze mną normalnie porozmawiać, a nawet dostając propozycję odświeżenia się i napicia się wina.  Nie doceniasz swojej szansy - powtórzyłem jeszcze raz i powróciłem na swoje miejsce za biurkiem.
- Wszystko byłoby piękne, gdybyś robił to bezinteresownie - wycedziła - nie wiem już jakie są twoje intencje, ale na ten moment wszystko mi jedno. Możesz mnie zabić tu i teraz, nawet lepiej by było - znów zadrżał jej głos i zauważyłem łzy w oczach.
Nie wiem co się stało, ale poczułem coś dziwnego. Odpuściłem jej nawet to przejście na 'ty' z jej strony. Przypatrywałem jej się przez dłuższą chwilę w milczeniu. Co ona miała w sobie czego nie miała żadna inna? Czym tak przyciągała? Widziałem już o wiele piękniejsze kobiety, ale żadna z nich nie miała tego 'czegoś'. Wiedziałem natomiast czym się różniła. Była wyjątkowo uparta i odporna na moją osobę. Nawet nie wiem, kiedy wyznaczyłem ją sobie na swój kolejny cel. Cel inny niż dotychczas - nie miałbym większego problemu 'odwiedzić' ją w nocy w celi i trochę się zabawić.
Postanowiłem sobie że sama do mnie przyjdzie.
Gdy dotarło do mnie że jej osoba interesuje mnie o wiele bardziej niż skrywane przez nią informację, wściekłem się sam na siebie. Zawsze opanowany, chłodny w emocjach teraz popadłem w coś innego. A przecież byłem przykładnym Niemcem, porucznikiem mającym wpływy który przykładał się do tego że dziennie ginęły setki takich jak ona.
Brudnych Polek.
Rozdrażniony tą całą sytuacją przestałem się uśmiechać i sam nie zdawałem sobie sprawy, jakim teraz spojrzeniem ją mierze.
Bała się, a ja nie chciałem czuć się winny.
Nie chciałem żeby odezwały się we mnie jakieś ludzkie uczucia do mojego wroga.
- Neuman! - krzyknąłem.
Strażnik przestraszony wszedł po chwili.
- Zabierz ją - odparłem sucho.
Neuman wyprowadził ją z lekkim uśmieszkiem, a ona wlepiała we mnie te swoje duże, cudne oczy bez większego zrozumienia.
Boże, dość.
Napiłem się dwóch kieliszków koniaku i ruszyłem korytarzem na dół. To tam najczęściej przeprowadzano przesłuchania. Miałem jeszcze trochę czasu, a musiałem się wyładować. Za godzinę Albert miał omówić ze mną ostatnie szczegóły, przed moim wyjazdem na konferencję po jutrze. Później Joachim miał mi zrelacjonować postępy z tą polską dziewuchą, a wieczorem wychodziłem z Christianem do kasyna.
 Przez drugie drzwi usłyszałem głos Hanza, więc pewnie wszedłem do środka.
Jak się okazało Hanz nie był sam. Towarzyszyli mu Keller i Luft, a po środku siedział widziany mi już parę razy gruby człowieczek.

Podobny obraz
Widząc mnie wszyscy szybko zasalutowali. Bliski rangą był mi tylko Keller z którym utrzymywałem dobre, acz chłodne stosunki. Luft i Hanz byli o wiele niżej i odwalali tą 'najbrudniejszą robotę'
Teraz ten ostatni w popłochu pobiegł od górę od swojego munduru i wciąż blady po dzisiejszym spotkaniu przemówił.
- SS - Oberstumfuhrer Heydrich, pan tutaj ?
Uśmiechnąłem się kpiąco i zacząłem się przechadzać po pokoju.
- Co to za sprawa? - spytałem lekko stając za nieznanym człowiekiem.
Hanz szczerze zdziwiony zerknął na Lufta. Z reguły nie interesowałem się takimi błahymi sprawami, a przesłuchania prowadziłem tylko w tych poważniejszych przypadkach - lub kiedy miałem ochotę i czas, a tego ostatnio było wyjątkowo mało.
- Przesłuchiwany nazywa się Jacek Matuszak poruczniku - pospieszył z wyjaśnieniem Luft - Jest podejrzany o udzielanie wysokich pożyczek przedstawicielom ZWZ. Nasz informator doniósł nam że widział się w tą sobotę z pułkownikiem Orłowskim. Chcemy się dowiedzieć jaki był cel tego spotkania.
- Panowie to jakaś pomyłka.. - zaczął dukać grubas.
Uśmiechnąłem się lekko.
- Zostawcie nas - rzuciłem krótko.
Wymienili między sobą zdziwione spojrzenia, ale Hanz posłusznie krzyknął 'tak jest' i po chwili wyszli nie kryjąc ciekawości.
Gdy zamknęli za sobą drzwi, oparłem się wygodnie o biurko i zapaliłem papierosa.
- No panie Matuszak - odezwałem się po chwili - Mam dziś wyjątkowo paskudny humor i szczerze powiedziawszy ma pan pecha, że na mnie trafił. Radziłbym więc współpracować, bo inaczej wątpię żeby dożył pan jutrzejszego dnia.
- Ale to jakaś pomyłka... Ja nic nie wiem.. Nic nie powiem - zaczął dukać.
- To w końcu nic nie wiesz czy nic nie powiesz ty polski śmieciu? - warknąłem i jednym celnym kopnięciem podciąłem mu krzesło.  Matuszak z jękiem upadł całym ciężarem na podłogę.
Spojrzałem na niego z obrzydzeniem.
- Po co ty chodzisz po tym świecie - parsknąłem śmiechem.
- Nie wiem... - wyszeptał i nagle zaczął płakać.
Podniosłem sobie krzesełko i usiadłem na nim patrząc na niego z góry.
- Powiedz mi Matuszak, jak własna żona cię znosi?
- Nie mam żony - wystękał.
W odpowiedzi kopnąłem go mocno w plecy.
- Nie kłam ofermo - wysyczałem - Widzę blady ślad po obrączce na twoim palcu. W sumie to jakoś nie bardzo mnie to interesuje. Wyjaśnisz mi o czym to rozmawialiście z panem pułkownikiem i będziesz mógł wracać do żonki.
- Ale to nieporozumienie naprawdę, ja mogę obiecać.. - zaczął dukać, ale przerwałem mu z ciężkim westchnięciem.
- Cóż.. trochę daleko mi do popielniczki panie Matuszak - mruknąłem rozbawiony i lekko pochyliwszy się, przystawiłem mu rozżarzonego papierosa do brwi.
Zaczął się niemiłosiernie drzeć, a ja w odpowiedzi tylko się śmiałem. Gdy poczułem swąd palących się włosów, podszedłem do biurka i chwyciłem czajnik pełen wrzątku pozostawiony przez Hanza. Gruby widząc to rozszerzył szeroko oczy i zaczął ciężko dyszeć. Stanąłem nad nim.
- No to jak? Przypomniało nam się coś?
- Ale ja naprawdę nic nie wiem - odparł płaczliwie.
- No cóż.. Chyba trzeba zgasić tą palącą się brew, nie sądzisz? - spytałem rozbawiony i przechyliłem czajnik z wodą.
Matuszak jak oszalały miotał się po podłodze wrzeszcząc, a ja poczułem w końcu ulgę i powrót mojego stałego samopoczucia.
- Orłowski chciał wziąć większą pożyczkę na broń na ZWZ - zaczął krzyczeć. Przerwałem lać wodę - Nie powiedział mi ile tej broni i dokładnie dla kogo więc naprawdę nic nie wiem - zaczął jęczeć.
- Ile chciał pożyczyć?
- 20 tysięcy - stęknął grubas i przewrócił się na twarz.
Znudzony już nim odłożyłem czajnik i ruszyłem w kierunku drzwi. Spodziewałem się większego oporu, dłuższego czasu przesłuchania i wyszukiwania ciekawszych metod tortury. A tymczasem od początku minęło ile? 5 minut? Czułem się wyraźnie niepocieszony.
Gdy otworzyłem drzwi, Hanz, Luft i Keller stali w pewnej odległości, ale byłem pewny że słyszeli wszystko.
- Zajmijcie się już nim - rzuciłem i znużony ruszyłem w kierunku schodów.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz