- Posłuchaj - szepnąłem ujmując jej twarz w dłonie - Wyciągniemy cię stąd.
Wesołe iskry w jej oczach, które się na chwile pojawiły nagle zgasły. Spuściła wzrok.
- Janek nie obiecuj czegoś jeśli nie wiesz czy dotrzymasz słowa - mruknęła.
Znieruchomiałem.
- Iza co ty mówisz?
Milczała.
- Nie widzisz, że się tu dostałem? A jak myślisz dzięki czemu? - pomachałem jej przed nosem sfałszowaną przepustką - Mogę dorobić takich więcej.
Iza delikatnie wzięła ją w palce i dokładnie studiowała.
W jej oczach pojawiła się nadzieja - niestety również szybko zgasła.
- Jeśli to by było takie skuteczne - oddała mi ją zrezygnowana - To więcej osób by z nich skorzystało.
- Myślisz że to takie łatwe? - obruszyłem się lekko - Wiesz jak długo nad tym siedziałem? Takich fałszerzy jest naprawdę mało. Ja miałem szczęście, że szybko podłapałem temat i Filip mnie douczył.
- Wejście tu to jedno - przełknęła ślinę - Ale wyjście? Myślisz, że mnie ktoś nie skojarzy? Po za tym nie ma opcji bym zostawiła babcię. I Tomka.
- Myślisz, że zostawiłbym twoją babcię na pastwę losu? - oburzyłem się - I kto to w ogóle ten Tomek? - starałem się zachować obojętną minę.
- Kolega - odparła nie spuszczając ze mnie wzroku - Mały chłopaczek, przygarnęłam go pod opiekę - dodała spokojniej, a ja nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że zobaczyłem w jej oczach lekkie rozbawienie.
- Dobrze - pokiwałem ze zrozumieniem głową - Dobrze, dla niego też wszystko wyrobię, zorganizujemy to tak że wyjdziecie stąd cali i zdrowi w trójkę.
Iza popatrzyła na mnie z lekkim politowaniem.
- Janek nasze dni są policzone. Ostatnie zapasy jedzenia się kończą. Wiesz co dziś widziałam, gdy wracałam z fabryki? - zadrżał jej głos - Jakaś kobieta niosła puszkę zupy idąc z dziećmi zapewne w stronę domu. Jakiś zdesperowany starzec rzucił się na nią i wyrwał puszkę, która nieszczęśliwa upadła na chodnik i rozbiła się.
- Iza przykro mi, ale nie możesz... - zacząłem, lecz nie dała mi skończyć.
- Wiesz co się dalej działo? - spytała matowym głosem - Kobieta rozpłakała się i biła go a ten - nic sobie z niej nie robiąc - zjadał tą zupę z c h o d n i k a. Co na to Niemcy? Śmiali się bezczelnie i robili zdjęcia - nagle jej spojrzenie zaostrzyło się - Nienawidzę ich. Nienawidzę i mam nadzieję, że kiedyś Bóg im za to wszystko odpłaci.
- Odpłaci zobaczysz - wyszeptałem - Ale musisz teraz myśleć o sobie i o tym żeby stąd wyjść.
Iza kręciła głową jak w amoku.
- Nie nie nie Janek. Ja już stąd nie wyjdę. Ale mam do ciebie prośbę - chwyciła mnie za rękę - Nie chcę żebyś tak ryzykował, ale jeśli tylko byś mógł.. wyciąg stąd moją babcię. I Tomeczka. Proszę - wyszeptała.
- Wyciągnę ich - zapewniłem mocno, patrolując wzrokiem dyskretnie okolicę - I ciebie też. Nie możesz się poddawać jasne?
- Oni mnie zamęczą w tej fabryce z czasem rozumiesz Janek? - szepnęła a w jej oczach pojawiły się łzy - Nie dam rady dłużej.
- No właśnie o tym też chciałem pogadać - odparłem - Słyszałem, że mają cię przenieść do jakiś lżejszych prac. Myślę, że to dzięki Zosi..
- Zosi? - powtórzyła bezgłośnie.
- Tak, widziałem się z nią. Całkiem nieźle sobie radzi, choć wolałbym żeby nie była tak blisko szkopów.
- Co to znaczy blisko?
- Ma tam swoje... jakby to powiedzieć ehm.. wpływy.
- Wpływy?
- Posłuchaj nie martw się niczym. Gdyby było zagrożenie, nie pozwolilibyśmy się jej aż tak narażać, ale z naszych obserwacji wynika, że ten Niemiec u którego mieszka jest kimś bardzo ważnym i z jakieś powodu nie pozwoli jej nic zrobić.
- Mieszka u Niemca?! Gdyby było zagrożenie?! Janek ty siebie słyszysz?!
- Iza..
- Niemcy to jedno wielkie zagrożenie! Każdy jest taki sam! Każdy! A wy na to ot tak spokojnie patrzycie!
Chciała mi się wyrwać, jednak powstrzymałem ją.
- Iza - powiedziałem stanowczo i przyciągnąłem do siebie - Spokojnie, no już.. Iza proszę cię, zaufaj mi.. Zosi naprawdę nic nie grozi. Jesteśmy z nią w kontakcie.
Po dłużej chwili w końcu się uspokoiła. Pewien człowiek zaczął nam się dziwnie przyglądać.
- Iza wracaj do domu - powiedziałem cicho - Lepiej żeby nas nikt nie widział razem, jeśli mam was stąd wyciągnąć. Proszę tutaj masz jedzenie na parę dni - wcisnąłem jej w ramiona dosyć sporą paczkę. Z początkowo nie chciała jej przyjąć, ale przekonałem ją.
- Pomyśl o babci. O Tomku. Muszą mieć co jeść prawda?
Pokiwała po dłuższej chwili głową.
- Dziękuje - wyszeptała i pocałowała mnie w policzek.
Zrobiło mi się cieplej na sercu.
- Tylko pamiętaj. To też dla ciebie. Nie oddawaj wszystkiego innym musisz za coś sama wyżyć.
Westchnęła powoli cofając się w stronę ulicy.
- Przyjdę za parę dni - obiecałem - Czekaj o tej porze - ale u siebie w tymczasowym domu. Znajdę was.
Gdy już mi machała na pożegnanie, nie mogąc się powstrzymać pobiegłem za nią, odwróciłem do siebie i przytuliłem jeszcze raz mocno.
- Trzymaj się mała. Jesteś silna pamiętaj - i masz dla kogo żyć - pocałowałem ją w czoło i jeszcze przez dłuższy czas stałem w miejscu obserwując jak odchodzi.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz