środa, 8 lutego 2017

Od Rose

  Zamurowało mnie. Wpatrywałam się w niego zdezorientowana jednocześnie żądając wyjaśnień, a z drugiej strony nawet nie chciałam znać powodu, dla którego upozorował moją śmierć. Mogłam się przecież domyślić...
-Dlaczego... Co ty sobie myślisz, że możesz mnie tak bezprawnie sobie przywłaszczyć?! - wypaliłam nagle.
-Może usiądźmy. - zaproponował rozbawiony.
-I może coś zjesz.. - wtrąciła Marta niepewnie. - Nic nie je od dwóch dni...
-Tak, to świetny pomysł.
-A może ja wyrażę swoje zdanie? - westchnęła rozdrażniona.
-Po co? Skoro wiemy jaka będzie odpowiedź? - parsknął Michael.
  Zmrużyłam oczy.
-Czemu to robisz? Czemu uratowałeś mi życie?
-Właśnie! Uratowałem ci je, więc teraz to doceń i nie musisz się głodzić na siłę. - mrugnął do mnie.
-Jesteś strasznym gburem, co ty sobie właściwie...
-Pochlebstwa zostaw na potem.
   Zacisnęłam zęby.
  Co za...
  Marta podstawiła mi szybko pod nos talerz. Spojrzałam z uśmiechem na Michaela.
-Czyżby zupa była za ostra? Och, wybacz, myślałam, że tacy jak ty jedzą troszeczkę ostrzejsze potrawy. - rozbawiona zabrałam się do jedzenia.
-A może ty wolisz ostrzejsze? - parsknął.
-Owszem. - uniosłam kącik ust w lekkim uśmiechu.
  Nagle uśmiechnął się tajemniczo, co aż wywołało u mnie dreszcze. Nie polubiłam tego uśmiechu, mogłam się po nim spodziewać naprawdę wszystkiego.
-Idziesz dziś ze mną do kasyna. - stwierdził.
  Marta nagle wchodząc znów do kuchni zdębiała. Tak samo jak ja.
-Co? - wydusiłam. - Jeszcze bezczelnie mnie o tym INFORMUJESZ a nie PYTASZ? - oburzona odwróciłam od niego wzrok.
  Wciąż rozbawiony Michael tylko pokręcił głową.
-A mam prosić?
-Nie jestem twoją ani służącą, ani dziewczyną do towarzystwa. Więc jak już czegoś ode mnie chcesz, poproś. - spojrzał na mnie kpiąco.
-Jesteś niemożliwa, ja mam...
-Tak, wielki p a n Michael ma poprosić polkę, czy pójdzie z nim do kasyna tego wieczoru.
-A więc... pójdziesz? - spytał śmiejąc się.
-Nie. - odparłam zadowolona.
-Jak nie?
-No po prostu. Nie. - uśmiechnęłam się i wstałam od stołu.
  Odniosłam swój talerz i szybko wyprzedziłam Martę i posprzątałam ten talerz który zbiłam. Może gotuję w miarę, ale mam lewe ręce.
-Rose, idziesz czy tego chcesz czy nie...
-Pogarszasz swoją sprawę, Michael. - uśmiechnęłam się kpiąco. - Zastanowię się nad propozycją.
  Poszłam do pokoju, i poszperałam w książkach. Wszystkie po niemiecku, jakbym spodziewała się na półkach polskich poetów, jednak dość dobrze mówiłam w tym języku. Rozumiałam wszystko, gdy jeszcze przed wstąpieniem do ruchu podjęłam decyzję o byciu łączniczką czy też sanitariuszką, postanowiłam w tamtym czasie polepszyć mój język. Gdy ujrzałam tyle niemieckich książek uśmiechnęłam się w duchu. Gdy usłyszę coś co będzie ważną informacją o jakimkolwiek odstrzale... a nie zrozumiałabym jednego słowa które byłoby najważniejsze w całym zdaniu... klapa. Więc uważam, że mimo takich czasów język ten się niezmiernie przyda.
  Gdy siedziałam na krześle zatapiając się w jednej z książek usłyszałam, jak ktoś pukał, a potem wszedł do pokoju. Jednak nawet nie zwróciłam na to specjalnej uwagi.
-Rose! - podniosłam wzrok na Michaela.
-Słucham? - odparłam wyrwana z ciekawego wątku książki.
-Co ty robisz? - spytał lekko zdziwiony, ale i jak zawsze dopisywał mu humor.
-Czytam. - wzruszyłam ramionami. - Czegoś sobie p a n życzy? - spytałam z przekąsem.
-Pójdziesz ze mną do kasyna, Rose?
-Cóż za miła propozycja. - zamknęłam książkę i wstałam patrząc na niego z lekkim uśmiechem. - Z przyjemnością.
-I musiałem tu przyjść po tym cyrku który...
-Dobre maniery to nie żaden cyrk. - błysnęłam zębami. - Teraz wyjdź, ja się chociaż doprowadzę do ładu.
  Wyszedł.
  Może cokolwiek usłyszę od szkopów w tym kasynie...?

  Gdy weszliśmy do środka podeszliśmy do jakiejś grupy szkopów. Wszystkie wyfiokowane lale tutaj aż mnie odtrącały. Niektóre sprawiały wrażenie jakby chodziło im tylko o jedno.
-A co to za ślicznotka, Michael? Nową sobie znalazłeś? - parsknął jeden ze szkopów.
  Uśmiechnęłam się pod nosem.
-Oh, nie, nie należę do jego haremu. - pokręciłam rozbawiona głową.
-Rose? - usłyszałam znajomy jak przez mgłę męski głos.
  Odwróciliśmy się z Michaelem. To ten z baru... cholera jasna.
-Nie spodziewałem się tu ciebie.
  Michael spojrzał na mnie zdziwiony, uśmiech szybko zszedł mu z twarzy.
-A jednak jestem... - mruknęłam unikając wzroku Michaela.
-A to twój... narzeczony, tak?
  O mój Boże...
  Rozbawiona nagle, ukrywając to spojrzałam szybko na Michaela.
-Och, tak. - położyłam mu dłoń na ramieniu. - Ciągle go nie ma w domu... strasznie mnie to dotyka...
  Aktorka ze mnie świetna. Sama miałam ochotę paść ze śmiechu.
-On sobie poradzi, może pan pokaże mi co może być ciekawego w kasynie?
  Mężczyzna ucieszył się szybko i spojrzał ukradkiem na lekko zszokowanego Michaela.
-Spokojnie, nie bywa o mnie zazdrosny! - machnęłam beztrosko ręką.
  Odwróciłam się do Michaela, widząc jego minę mogłabym tu i teraz paść na podłogę i śmiać się do białego rana.
  Wzięłam pod rękę szkopa i odeszliśmy.

  Wypiłam trochę... może więcej niż trochę, jednak trzymałam się idealnie w pionie. Nagle poczułam czyjąś dłoń na moim ramieniu.
-Jest późno, idziemy.
-Michael, ale sam nalegałeś...
-Musisz mi coś wyjaśnić...
  Wcale nie wyglądał na zadowolonego.
-O co ci chodzi? - spytałam poważnie.
  Wziął mnie za ramię i poprowadził do wyjścia z kasyna do samochodu. Było już ciemno i chłodno, rzeczywiście musiało być późno. W aucie już zaczął mnie wypytywać.
-Skąd ten typ cię zna?
-Z baru. - odparłam szybko.
-Z baru? - powtórzył zaskoczony. - A kiedy byłaś w tym barze?
-Ehm... Wczoraj.
-A czy pozwoliłem ci wyjść?
-Nie traktuj mnie jak niewolnicę. Coś się stało? Nie. Barman był mną zachwycony!
-Nie chodzi mi o to. Ktoś mógł cię rozpoznać.
-Możliwe.
-Czekaj... wyszłaś i... miałaś okazję uciec, zwołać swoich, wszystko im powiedzieć. I wróciłaś? Dobrowolnie?
-Tak. Obiecałam to Marcie. Słuchaj... to nie jej wina, że mi pozwoliła. Ja musiałam wyjść i zobaczyć, czy... czy niektóre osoby są bezpieczne. A jak już jesteśmy przy ważnych mi osobach. Co z moim bratem?
-Dobrze. - odparł krótko.
  Spojrzałam na niego zła.
-D o b r z e? - nacisnęłam na to słowo i spiorunowałam go wzrokiem. - Jeśli spadnie mu włos z głowy, przysięgam...
-Nie spadnie.
  Westchnęłam załamana.
-I nie rób wyrzutów Marcie... chciała mi sprawić przyjemność. Tym, że mogłam wyjść. Skoro wróciłam i nikt nic nie wie...
-Nikt cię nie widział? Z tych twoich... z ruchu? O których NIE CHCESZ mi powiedzieć?
-Widziała. Przyjaciółka. I nie, nie powiem ci nic o nich.
-To, że nie powiesz to już dawno się przekonałem. Jaka przyjaciółka? Iza?
-Skąd ty w ogóle...
  Wysiadł z samochodu ignorując mnie.
  Wysiadłam chwiejnie za nim.
-Nie ignoruj mnie, dobra?! - krzyknęłam na niego.
-Jesteś pijana...
-Nie jestem pijana. - warknęłam. - Skąd wiesz o Izie?
-Wiem o niektórych...
-Jeśli ona ucierpi...
-Wie to co ty. Może nawet więcej.
  Pokręciłam głową.
-Jest silniejsza ode mnie.
-Przekonamy się.
-Grozisz jej? Czy mnie?
-Jeśli jedna z was puści parę z ust i dowiemy się konkretnych informacji... wtedy jak ładnie poprosisz puszczę ją do domu do jej babci.
-Skąd ty tyle wiesz? - zbliżyłam się do niego mrużąc oczy.
  Zaśmiał się.
-Może gdy ona ucierpi ty zaczniesz gadać?
-Czyli dlatego mnie oszczędziłeś, tak? Dla informacji, których ani ja ani ona nie zdradzimy? Zaszantażujesz mnie bratem? A ją babcią? Myślisz, że ja czy ona jesteśmy byle polkami, które łatwo można złamać. Kpisz z każdej takiej na ulicy, a jednej właśnie uratowałeś życie. Czego ty ode mnie chcesz? Jeśli spodziewałeś się, że padnę ci do stóp bo mnie bohater raczył uratować...
-Czekaj czekaj... Iza... widziała cię... co jej powiedziałaś?
-Że nie zadaje się z byle polkami. - odparłam. - A co?
-I tak po prostu to powiedziałaś?
-Jeśli mam przyjąć nową tożsamość to tak. Nie mam wyjścia. Na razie. Do póki nie skrzywdzisz Izy i mojego brata... no i babci Izy... będę robić co muszę.
  Zacisnęłam pięści i poszłam szybko do pokoju odetchnąć.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz