Rano wparowała do pokoju w którym ciągle przesiadywałam ta kobieta która mnie tu przyjęła. Marta. Zamknęła za sobą drzwi i westchnęła.
-Może w końcu coś pani zje?
-Mówiłam - odparłam spokojnie. - że ma do mnie pani mówić Zosia.
-Właśnie ja w tej sprawie...
-W sprawie przejścia na 'ty'? - oderwałam wzrok od okna. - Czy w sprawie zmuszenia mnie do jedzenia?
-W sprawie zmiany tożsamości.
Odsunęłam się od okna i spojrzałam na nią pytająco.
Co to miało oznaczać?
-Pan M... Bruno powiedział, że musi pani zmienić się całkowicie, od imienia poczynając.
Uniosłam brwi.
-A kimże jest ten Bruno? - spytałam z lekkim uśmiechem, czując jak gotuje się we mnie.
-Dowiesz się w swoim czasie. - odparła niepewnie, przez przejście na 'ty'.
-Nie zgadzam się. - wzruszyłam ramionami.
-Musisz... Pan Bruno powiedział, że ma pani brata.
-Co? - zerwałam się automatycznie z krzesła. - Janek coś ty zrobił... - szepnęłam do siebie.
Pomyślałam, że to on spuścił go z oka. Gdyby wtedy przy odstrzale go złapali już dano bym wiedziała, że szkopy go mają... Janek musiał go znaleźć... i spuścić z oka.
Cholera...
-A z jakiej racji mam zmieniać tożsamość? - zachowałam zimną krew i zdrowe zmysły... musiałam działać ostrożnie.
-Wszyscy twoi bliscy myślą, że nie żyjesz. - wyjaśniła.
Pomyślałam szybko i podjęłam decyzję, jakbym miała inne wyjście.
-Dobrze. - odparłam zaciskając zęby. - Od czego mamy zacząć?
-Od włosów... najlepiej je przefarbować...
-Rób co musisz. - westchnęłam.
Nie pozwolę sobą pomiatać... do czasu, gdy nie będą mieć na mnie haka wtedy dopiero się zacznie... musiałam coś wymyślić... jednak na ten czas musiałam być posłuszna jak baranek.
Gdy było po wszystkim nie mogłam się poznać w lustrze i przywyknąć do swojego nowego wyglądu. Marta była chyba nawet lekko zadowolona z efektu, jaki osiągnęła.
-Wyglądasz nawet lepiej niż przed zmianą. - dodała cicho, bojąc się trochę wyrazić swoje zdanie.
Wstałam z krzesła i spojrzałam na nią z uśmiechem.
-Dziękuję, ale nadal wiem, że źle robię zgadzając się na coś takiego.
-Może teraz coś zjesz? Chociaż trochę?
-Nic nie przełknę. Nie dam rady.
-To już drugi dzień...
-Na razie daj mi spokój, chcę być sama...
-Gdybyś czegoś potrzebowała to...
Kiwnęłam głową.
-Oczywiście.
Wyszła.
Usiadłam na krześle pod oknem i wyrwałam jedną z kartek w książce która leżała na biblioteczce. Zrobiłam z niej łabędzia, takiego, jak mama mnie kiedyś uczyła. Poczułam smutek, który szybko w sobie wyniszczyłam przypominając sobie, że jeszcze jest o kogo się martwić. Adam... Tępo wpatrując się w papierowego ptaka myślałam, co będzie ze mną dalej? Przecież... nie mogę porzucić dawnego życia... albo mogę... tylko nie potrafię...? Gdy złapałam łabędzia za skrzydełka i pociągnęłam lekko i energicznie w przeciwne strony, rozłożył się. I wtedy mnie olśniło.
Szybko wstałam i położyłam łabędzia na szafce nocnej. Wyszłam z pokoju pierwszy raz odkąd tu weszłam i zawołałam nerwowo Martę. Ta myślała, że coś się stało, szybko zjawiła się przede mną. Usiadłam na fotelu, spojrzałam jej prosto w oczy.
-Musisz mi na coś pozwolić.
Poczułam się jak skarcona córka prosząca matkę o możliwość wyjścia na zewnątrz. Marta popatrzyła na mnie niepewnie, lekko zakłopotana wlepiała we mnie pytający wzrok.
-Zrobię co w mojej mocy, tylko...
-Muszę wyjść. - wypaliłam bezradnie. - Na chwilę, tylko godzinę... jest wcześnie, nikt mnie nawet nie rozpozna.
-Jeśli czegoś potrzebujesz mogę iść do miasta... - zaczęła wymigując się od odpowiedzi.
-Błagam. - spojrzałam na nią. - Muszę kogoś zobaczyć, czy ten ktoś jest bezpieczny. Ten cały Bruno nawet się nie dowie że mnie nie było... jeśli będziesz miała to w tajemnicy. Ufam ci... tylko proszę... wrócę, nawet nigdzie nie będę próbowała uciec... - spojrzała na mnie niepewnie. - Zawsze dotrzymuję danego słowa i przysięgam, że wrócę. Błagam. - zerknęłam jej w oczy.
Niepewnie spojrzała na swoje dłonie i pokręciła głową.
-A jakim imieniem będziesz się przedstawiać? Pan Bruno sugerował Sophie...
Uśmiechnęłam się przez łzy.
-Jeśli mówił, że trzeba mnie zmienić to... Rose może być. - uśmiechnęłam się.
-Dobrze... teraz idź. - poderwałam się szybko i uściskałam ją. - Ale godzina z zegarkiem w ręku... - zastrzegła.
-Oczywiście... dziękuję! - uśmiechnęłam się i doprowadziłam do porządku.
Wyszłam i podążyłam w stronę miasta, które było całkiem niedaleko. Upewniłam się, że nikt mnie nie śledzi, co by wcale mnie nie zdziwiło. Szłam znajomymi ulicami Warszawy, krocząc powoli do celu.
Nagle w uliczkę którą skręcałam wpadło na mnie dwóch chłopaków.
-Przepraszamy najmocniej... - odparł jeden z nich.
-Nic się nie stało. - odparłam po niemiecku, a obaj spojrzeli po sobie.
Mus to mus.
-Dobra Kamil, chodź. - ponaglił go drugi.
Kamil...? Jego twarz dopiero teraz zaczęła mi coś kojarzyć. Ten drugi... był to Janek. Gdy spojrzał na mnie zmrużył oczy, jakby mnie kojarzył. Jednak... szybko odwróciłam wzrok i poszłam przed siebie. Stanęłam pod kamienicą gdzie mieszka Iza. Gdy zobaczyłam w oknie jak szykuje się do wyjścia uśmiechnęłam się zadowolona, że jest cała i zdrowa.
Gdy wychodziła, wpadła na mnie jednak szybko ukryłam twarz. Ona na pewno by mnie poznała...
-Przepraszam... nic pani nie jest? - spojrzała na moją twarz i uśmiechnęła się szeroko.
-Zośka?!
-Przepraszam, ale to pomyłka. - odparłam, pilnując się bym mówiła wciąż po niemiecku.
-Zosia... co ty... zmieniłaś kolor włosów... nie zgrywaj się...
-Wybaczy pani, ale to pomyłka. Nie znam żadnej Zosi. Mam na imię Rose... Nie bratam się z byle polkami. - odparłam tak, by ją od razu odrzucić.
Gdy to mówiłam na mojej twarzy wyrósł cień bezczelnych kpin. Zła zacisnęła zęby i uprzejmie przeprosiła za to i odeszła.
Westchnęłam ciężko.
Musiałam być silna.
Weszłam do jednego z niemieckich barów, w których często przesiadywały szkopy. Mogłam się czegoś dowiedzieć... A przy okazji napić.
-Co podać? - spytał barman.
Spojrzałam na niego z uwodzicielskim spojrzeniem pewna, że da mi co chcę i to za darmo.
-A co ma pan do zaoferowania? - spytałam opierając się o barek, patrząc prosto w jego oczy.
Oczarowany, zbyt szybko ku mojemu zdziwieniu, błądził wzrokiem to na moją twarz, to na mój dekolt. Usiadłam normalnie, patrząc na ''wystawę'' wszystkich win.
Jedno mnie zainteresowało. Takie piłam wraz z Izą, byłyśmy smakoszkami win, uwielbiałyśmy je pić. A to miało dobre wspomnienia z nią związane.
-Poproszę to. - wskazałam na to na najwyższej półce. Barman nie mógł przestać się na mnie patrzeć, uśmiechnęłam się. - Długo będę czekać?
Grunt to pokazywać, że się niczego nie obawiam. A zdobyć zaufanie u takich naiwniaków jak ten jest okropnie łatwo.
Nalał mi lampkę.
-Może papierosa? - spytał jakiś Niemiec, wysoki i nawet przystojny.
No i przyszło samo...
Uśmiechnęłam się i zapaliłam od niego papierosa.
-Jak pani na imię?
-Jestem Rose. - przedstawiłam się wpatrując w niego.
-Dziękuję za papierosa. - uśmiechnęłam się uwodzicielsko.
-Może zapłacić za pani wino...?
-Ma je za darmo. - wtrącił barman.
Błysnęłam zębami spuszczając wzrok.
Zmiana poszła mi na moją korzyść.
Kontrolowałam ciągle czas. Gdy Niemiec okazał się po chwili szkopem, wypytywałam o odstrzały, jakbym była tym zafascynowana. Powiedziałam mu, że jestem narzeczoną jednego z nich i fascynuje mnie, jak to zgrabnie ujęłam - mordowanie tych polskich psów - i poczułam źle na sercu, jednak musiałam dowiedzieć się czegokolwiek. Jeśli usłyszę coś o swoim bracie... przestanę udawać Niemkę zapatrzoną w mordowanie polaków.
-Dzięki. - spojrzałam zalotnie w stronę barmana. - Być może do zobaczenia panowie. - zabrałam torebkę i wyszłam.
Gdy dotarłam do domu tego całego... jak mu tam... Bruna? Nawet się nie przebrałam. Czekałam na dole w fotelu pomagając Marcie w przygotowaniu kolacji dla szanownego szkopa. Musiałam wiedzieć, kim jest.
-Marto, ja zaniosę do stołu wszystko, gdy szanowny Pan usiądzie do niego. Dobrze?
-Ale...
-Chcę tylko pomóc. - uśmiechnęłam się uprzejmie. - Świetnie gotuję, nie poczuje żadnej zmiany w daniach do czasu gdy mnie ujrzy.
Byłam okropnie ciekawa... I musiałam zachować zimną krew.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz