Usiadłyśmy na wielkim kamieniu przy brzegu i moczyłyśmy gołe stopy. Przyjaciółka przytuliła mnie i powiedziała.
-Pamiętaj. Zawsze będę przy tobie niezależnie od tego co się stanie a nawet kiedy mnie zabraknie, będę przy tobie tak jak teraz jest Krzysiek. Zawszę będę stała przy tobie i Cię wspierała. Niezależnie od tego co i jaką decyzję w życiu podejmiesz. Zawsze będę za tobą. "Będę Cie osłaniała".-uśmiechnęła się- Lecz wiedz, że nawet po najgorszej burzy wstaje słońce dając początek nowemu dniu.
Poczułam wtedy się gorzej na sercu. Gorzej, że ona tak mało wie... że nie powiedziałam jej, że Krzysiek robił mi te okropne rzeczy, jakby przechodził przemianę w szkopa. Nie wiedziałam, czy naprawdę był wojskowym, czy pracował z Niemcami przeciwko Polakom... Wtedy bym go nawet nie podejrzewała o nic podobnego... jednak wtedy przejrzałam na oczy siedząc z przyjaciółką nad Wisłą... wtedy to był dopiero początek...
Usłyszałam skrzypienie krat od celi. Podniosłam wzrok szybko, czujnie podeszłam do drzwi. Nikogo nie było, może mi się przesłyszało?
Ten sen... z Izą... teraz wiedziałam, że chce mnie odbić. Czułam to, co robi. Tylko nie wiedziałam dokładnie co...
Nagle drzwi się otworzyły, ja odskoczyłam przestraszona i wpatrywałam się w szkopa, którego wielokrotnie widziałam u siebie w celi. Jednak nigdy nie traktował mnie źle... nie! Nie mogę ufać żadnemu szkopowi choćby nie wiem co...
-Czego chcesz? - warknęłam robiąc kilka kroków w tył.
-To zaboli tylko trochę.
-Co zaboli tylko trochę?! - prawie że pisnęłam, oburzona.
Wyjął coś z kieszeni. Spojrzałam na jego dłoń, potem na twarz.
-Nie możesz mnie zabić od razu?!
-Taki mam rozkaz.
-Od kogo?! - spytałam przestraszona, uderzając w końcu plecami o ścianę.
Bez słowa wstrzyknął mi coś w skórę. Odepchnęłam go zła, wyjmując z prawej ręki strzykawkę.
-Co to było?!
-Musimy czekać pięć minut a na razie radziłbym się uspokoić.
Uniosłam brwi. Skąd u szkopa taka swego rodzaju 'uprzejmość' do polki?
Lekko się uspokoiłam, ale nie miałam pojęcia co on mi do cholery wstrzyknął! Teraz się strasznie bałam, nie wiedziałam co mam teraz w krwiobiegu. Dopiero po, jak powiedział szkop, pięciu minutach zaczynałam powolutku czuć lekkie osłabienie. Jednak nie na tyle, bym zaraz miała paść na kolana. Równo z czasem szkop zabrał mnie do gabinetu, który omijałabym szerokim kołem.
Minęło siedem minut, działał bardzo szybko.
-Wyjątkowo dziś szybki jesteś, Neumann. A teraz poczekaj pod drzwiami. - rozkazał znajomy mi głos.
Zacisnęłam pięści. Głowa zaczęła mi pękać, nogi odmawiać posłuszeństwa.
Osiem minut.
Westchnęłam cicho, czekając na śmierć.
-Robisz mi wiele problemów. - zaczął. - Michael powoli traci głowę... widzę to... postanowiłem, że trzeba będzie cię szybko wykończyć... ale nosisz pomocne dla nas informacje. Więc mów.
Dziewięć minut.
Walczyłam sama ze swoimi własnymi nogami, by utrzymały mnie jako tako w pionie. Spojrzałam się na Alberta i zacisnęłam zęby.
-W dupie to mam, że są dla was wyjątkowo pomocne.
Uderzył mnie wściekły, a ja upadłam uderzając o kant szafki skronią.
Po czasie otworzyłam oczy, czułam ból głowy, jakiego nigdy jeszcze nie czułam. Strasznie trzęsło, podniosłam się i spojrzałam kto prowadzi.
-To ty...?! - oburzyłam się. - Co ja tu robię, gdzie mnie wieziesz?!
-Ciesz się, że żyjesz. - odparł starając się być miłym.
-Och, nie musi być pan taki milusi, i tak pewnie wieziesz mnie do jakiegoś drugiego szkopa co poprzedni. Prawie mnie zabił! Ej... co mi wstrzyknąłeś?!
-Nie mnie zadawać takie pytania. Za chwilę będziemy na miejscu, radziłbym nie stawiać oporu.
Zamknęłam się w końcu, grzecznie siadając na tylnym siedzeniu. Jechaliśmy jakąś wyboistą drogą, niepewnie zerknęłam na Neumanna - co się dzieje, do cholery?
Samochód w końcu się zatrzymał, wysiadł. Podążyłam za nim wzrokiem, otworzył drzwi i wyciągnął mnie z auta. Pociągnął mnie w stronę jakiegoś domu, na którego progu stała jakaś kobieta. Stanęłam przed nią, dopiero wtedy dowiedziałam się czegoś nowego.
-Kazał żeby się nią zająć. - dodał szybko Neumann. - Kazano mi przekazać, że przetrzymują twojego brata. - zesztywniałam i w panice zaczęłam szykować się do ataku na kierowcę. - I jeśli będziesz próbowała jakiejś sztuczki, to wiedz, że przestaną go traktować dobrze.
Nie miałam pojęcia, co zrobić... jednak uspokoiłam się z trudem przymykając oczy na wszystko. Może tak powinnam teraz zrobić i 'ładnie' się słuchać.
-Dobrze. - kiwnęła głową - Co ci zrobili...? Cała głowa we krwi...
No, to coś nowego.
Dotknęłam dłonią głowy i spojrzałam na nią w jakimś dziwnej czerwonej substancji. Krew.
Wprowadziła mnie do środka i zaprowadziła do łazienki. Przemyła moją głowę czymś, co strasznie piekło. Sama mogłam się sobą zająć, jednak w dalszym ciągu byłam osłabiona, prawie nie czułam nóg przez to co miałam pewnie jeszcze w krwiobiegu.
-Kim pani jest? - zmrużyłam oczy z ostrego bólu.
-Marta. - uśmiechnęła się delikatnie. - Jestem tu gosposią.
-W czyim domu? - spytałam podejrzliwie.
-Myślę, że dowie się pani wkrótce.
-Jaka tam pani... - westchnęłam. - Zosia wystarczy.
-Jest pani polką?
-Na to wygląda.
Zdziwiona spojrzała się na mnie szybko, jakby coś ją mocno zaskoczyło, jednak zaraz wróciła do rany na mojej głowie.
Przebrana, całkowicie odświeżona nie mogłam skojarzyć kto mógł - szczególnie z Niemców - posunąć się do takiego czynu i zabrać mnie do swojego domu. Zaczynałam się obawiać do czego to może nawiązywać i szukałam czegoś, czym będę mogła w razie co się obronić. To dom szkopa, więc na pewno wszędzie ma broń. Jednak... co z Izą? Ruchem oporu? Moim bratem?
Siedziałam w jednym z pokoi, z trudem udało mi się siedzieć na miejscu. Wpatrywałam się w okno czekając na tego, który mnie tak załatwił.
W momencie poczułam się słabo, gdy prawie bym zemdlała... położyłam się spać. Wolałabym zamknąć drzwi na klucz jednak klucza brak w zamku... trudno.
Usłyszałam skrzypienie krat od celi. Podniosłam wzrok szybko, czujnie podeszłam do drzwi. Nikogo nie było, może mi się przesłyszało?
Ten sen... z Izą... teraz wiedziałam, że chce mnie odbić. Czułam to, co robi. Tylko nie wiedziałam dokładnie co...
Nagle drzwi się otworzyły, ja odskoczyłam przestraszona i wpatrywałam się w szkopa, którego wielokrotnie widziałam u siebie w celi. Jednak nigdy nie traktował mnie źle... nie! Nie mogę ufać żadnemu szkopowi choćby nie wiem co...
-Czego chcesz? - warknęłam robiąc kilka kroków w tył.
-To zaboli tylko trochę.
-Co zaboli tylko trochę?! - prawie że pisnęłam, oburzona.
Wyjął coś z kieszeni. Spojrzałam na jego dłoń, potem na twarz.
-Nie możesz mnie zabić od razu?!
-Taki mam rozkaz.
-Od kogo?! - spytałam przestraszona, uderzając w końcu plecami o ścianę.
Bez słowa wstrzyknął mi coś w skórę. Odepchnęłam go zła, wyjmując z prawej ręki strzykawkę.
-Co to było?!
-Musimy czekać pięć minut a na razie radziłbym się uspokoić.
Uniosłam brwi. Skąd u szkopa taka swego rodzaju 'uprzejmość' do polki?
Lekko się uspokoiłam, ale nie miałam pojęcia co on mi do cholery wstrzyknął! Teraz się strasznie bałam, nie wiedziałam co mam teraz w krwiobiegu. Dopiero po, jak powiedział szkop, pięciu minutach zaczynałam powolutku czuć lekkie osłabienie. Jednak nie na tyle, bym zaraz miała paść na kolana. Równo z czasem szkop zabrał mnie do gabinetu, który omijałabym szerokim kołem.
Minęło siedem minut, działał bardzo szybko.
-Wyjątkowo dziś szybki jesteś, Neumann. A teraz poczekaj pod drzwiami. - rozkazał znajomy mi głos.
Zacisnęłam pięści. Głowa zaczęła mi pękać, nogi odmawiać posłuszeństwa.
Osiem minut.
Westchnęłam cicho, czekając na śmierć.
-Robisz mi wiele problemów. - zaczął. - Michael powoli traci głowę... widzę to... postanowiłem, że trzeba będzie cię szybko wykończyć... ale nosisz pomocne dla nas informacje. Więc mów.
Dziewięć minut.
Walczyłam sama ze swoimi własnymi nogami, by utrzymały mnie jako tako w pionie. Spojrzałam się na Alberta i zacisnęłam zęby.
-W dupie to mam, że są dla was wyjątkowo pomocne.
Uderzył mnie wściekły, a ja upadłam uderzając o kant szafki skronią.
Po czasie otworzyłam oczy, czułam ból głowy, jakiego nigdy jeszcze nie czułam. Strasznie trzęsło, podniosłam się i spojrzałam kto prowadzi.
-To ty...?! - oburzyłam się. - Co ja tu robię, gdzie mnie wieziesz?!
-Ciesz się, że żyjesz. - odparł starając się być miłym.
-Och, nie musi być pan taki milusi, i tak pewnie wieziesz mnie do jakiegoś drugiego szkopa co poprzedni. Prawie mnie zabił! Ej... co mi wstrzyknąłeś?!
-Nie mnie zadawać takie pytania. Za chwilę będziemy na miejscu, radziłbym nie stawiać oporu.
Zamknęłam się w końcu, grzecznie siadając na tylnym siedzeniu. Jechaliśmy jakąś wyboistą drogą, niepewnie zerknęłam na Neumanna - co się dzieje, do cholery?
Samochód w końcu się zatrzymał, wysiadł. Podążyłam za nim wzrokiem, otworzył drzwi i wyciągnął mnie z auta. Pociągnął mnie w stronę jakiegoś domu, na którego progu stała jakaś kobieta. Stanęłam przed nią, dopiero wtedy dowiedziałam się czegoś nowego.
-Kazał żeby się nią zająć. - dodał szybko Neumann. - Kazano mi przekazać, że przetrzymują twojego brata. - zesztywniałam i w panice zaczęłam szykować się do ataku na kierowcę. - I jeśli będziesz próbowała jakiejś sztuczki, to wiedz, że przestaną go traktować dobrze.
Nie miałam pojęcia, co zrobić... jednak uspokoiłam się z trudem przymykając oczy na wszystko. Może tak powinnam teraz zrobić i 'ładnie' się słuchać.
-Dobrze. - kiwnęła głową - Co ci zrobili...? Cała głowa we krwi...
No, to coś nowego.
Dotknęłam dłonią głowy i spojrzałam na nią w jakimś dziwnej czerwonej substancji. Krew.
Wprowadziła mnie do środka i zaprowadziła do łazienki. Przemyła moją głowę czymś, co strasznie piekło. Sama mogłam się sobą zająć, jednak w dalszym ciągu byłam osłabiona, prawie nie czułam nóg przez to co miałam pewnie jeszcze w krwiobiegu.
-Kim pani jest? - zmrużyłam oczy z ostrego bólu.
-Marta. - uśmiechnęła się delikatnie. - Jestem tu gosposią.
-W czyim domu? - spytałam podejrzliwie.
-Myślę, że dowie się pani wkrótce.
-Jaka tam pani... - westchnęłam. - Zosia wystarczy.
-Jest pani polką?
-Na to wygląda.
Zdziwiona spojrzała się na mnie szybko, jakby coś ją mocno zaskoczyło, jednak zaraz wróciła do rany na mojej głowie.
Przebrana, całkowicie odświeżona nie mogłam skojarzyć kto mógł - szczególnie z Niemców - posunąć się do takiego czynu i zabrać mnie do swojego domu. Zaczynałam się obawiać do czego to może nawiązywać i szukałam czegoś, czym będę mogła w razie co się obronić. To dom szkopa, więc na pewno wszędzie ma broń. Jednak... co z Izą? Ruchem oporu? Moim bratem?
Siedziałam w jednym z pokoi, z trudem udało mi się siedzieć na miejscu. Wpatrywałam się w okno czekając na tego, który mnie tak załatwił.
W momencie poczułam się słabo, gdy prawie bym zemdlała... położyłam się spać. Wolałabym zamknąć drzwi na klucz jednak klucza brak w zamku... trudno.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz