Starałam się nie zasnąć w tej zimnej, odrażającej celi. Nie mogłam pozwolić na stracenie uwagi choćby na moment. Ten zdrajca w każdej chwili mógłby mi coś zrobić... jednak jemu łatwo przyszło pójście spać, nawet nie obawiał się, że mogę zrobić mu krzywdę...
Co ja w ogóle mówię? Jest facetem, prawdę mówiąc to oznacza, że jest dziesięć razy silniejszy ode mnie i kto tu się kogo obawia? Słusznie robię, nie idąc spać choć wyczerpanie powoli bierze górę. Powstrzymywałam się jak tylko mogłam, jednak zasnęłam nad ranem i obudziłam się godzinę później, jak się okazało. O tej samej porze co zawsze przechodził szkop, dobiłam do krat i wpatrywałam się w niego. Był to jeden ze świadków postrzału Johana w udo, więc nie spodziewałam się cudów. Jednak ci kretyni, jak prawie każdy facet niemiecki byli zawsze chętni na co nie co z byle jaką kobietą.
Uśmiechnęłam się w jego stronę i tylko na niego patrzyłam. Zmierzył mnie powoli, napawając się moim widokiem.
-Mam słabość do blondynek. - parsknął. - Ale ciebie chętnie bym spalił żywcem razem z resztą tych polskich psów.
-To może odłóż palenie mnie, nie gadaj tyle i otwórz te kraty.
Czułam na sobie wzrok Miłosza z tyłu. Mógł tylko pozazdrościć, że nie jest teraz mną. Ja umiałam radzić sobie w celi, z tego co zauważyłam... on nie. Bardziej przejmował się co będzie jeśli ruch oporu podejmie się uratowanie nas stąd. Chyba go rozstrzelają, zamordują... za zdradę nawet nie chce myśleć, jaka jest kara. Dla mnie, nie wiem jak dla nich, taki ktoś jak Miłosz jest po prostu jak każdy szkop.
Niemiec zaśmiał się pod nosem i zbliżył pistolet do mojego brzucha. Ja jednak się nie ugięłam, wiedziałam,że nic mi nie zrobi. Nawet jeśli... umrę. A to tylko ułatwi sprawę. Dopóki żyję w pełni sił będę walczyć z nimi jak tylko mogę.
Co musi przeżywać mama? Tata? Mój mały braciszek...?
-Johan mówił, żeby uważać na ciebie. Stosujesz te same sztuczki...
-Przecież i tak cię to nie obchodzi... Skoro się obawiasz, możesz mnie... związać? - zachowałam zimną krew.
Gdy przekonałam szkopa, rozejrzał się po korytarzu i otworzył drzwi krat. Ja tylko stałam z boku, gdy on wszedł, nie zauważył Miłosza. Był zbyt zajęty napawaniem się chwilą, nie odrywając ode mnie wzroku. Zderzenie ze ścianą było tak mocne, że aż mrugnęłam z zaskoczenia. Jednak nadal zachowałam lekki uśmiech. Dopiero gdy zrzucił pas z bronią, Miłosz dopadł jednej z nich i postrzelił szkopa w kolano pozbawiając go możliwości chodzenia. Zanim krzyknął kopnął go w twarz, celując głównie w usta przy czym wybił mu część zębów. Gdy zaczął krzyczeć z bólu, klnąc na nas pod nosem i wołając resztę, ja i Miłosz podjęliśmy próbę ucieczki.
-Tam jest okno, prowadzi na tyły gestapo. Ja ich zatrzymam...
-Co? Nie, idziesz ze mną...
-Nie odwalaj teraz takiej wiernej... chciałaś żebym zdechł jak pies, i tak grozi mi to za wydanie ruchu. Leć.
Zostawiłam go tam i ruszyłam przez długi korytarz. Gdy na mojej drodze stanął jeden ze szkopów starałam uniknąć się strzału, który drasnął delikatnie moje biodro. Zacisnęłam zęby i ruszyłam prosto na niego. Nie zdążył przeładować, skręciłam w inny korytarz i biegłam prosto do okna. Gdy doszło do mnie, że zostawiając Miłosza skazuję go na pewną śmierć, tym samym może powiedzieć wszystko przed śmiercią szkopom... Zacisnęłam pięści i wyszłam przez okno, z trudem się na nie wdrapując. Wbiegłam na ulice Warszawy, brudna, zakrwawiona biegłam prosto do domu. Gdy jednak pchnęłam drzwi i weszłam do salonu ujrzałam pustkę. Nikogo nie było. Gdy doprowadziłam się błyskawicznie do porządku dziennego, zmywając energicznie z obrzydzeniem krew na dłoniach, wyszłam do szpitala. Gdy byłam w drodze do niego, na ulicy usłyszałam niemców. Zajrzałam zza ściany na stojących w rzędzie ludzi. Polaków. W tym... moja matka i ojciec. Automatycznie spanikowałam, nie wierzyłam, że to widzę. Gdy miałam tam wkroczyć, nie myślać nawet że w sekundę mnie zabiją, ktoś złapał mnie za rękę i szybko pociągnął do siebie. Zaczęłam się wyrywać, jednak ta osoba była silniejsza i zakryła mi usta dłonią bym nie krzyczała. Spojrzałam na niego. Na Janka, który był równie zaskoczony moim widokiem co ja.
-Zośka...?!
-Puść mnie! Tam jest moja mama i tata...
-Nie możesz teraz nic zrobić...
-PUŚĆ! -krzyknęłam.
Otworzył drzwi klatki schodowej i pociągnął mnie do niej.
-Ja muszę... - wycedziłam roztrzęsiona, cała w łzach.
Objął mnie szybko i mocno, tak, bym nie wyrwała się i nie wybiegła tam ponownie.
-Ja... oni...
-Nie byłaś w gestapo? - spytał w końcu, jakby to pytanie nurtowało go od dłuższego czasu.
-Uciekłam... cudem... Miłosz... on.. to on nas wydał... Musicie przerwać wszystkie akcje... I chroń Izę... proszę... Nie spuszczaj z niej oka...
-A ty? Gdzie idziesz?
Odsunęłam się od niego.
-Adam... Mój braciszek... Nie stoi tam z nimi. - doszło do mnie coś nowego.
Mój brat... albo został od razu postrzelony... albo gdzieś zabrany... albo... uciekł. Zawsze uczyłam go, że cokolwiek by się nie działo, ma myśleć o sobie i ukryć się gdzieś, uciec przy pierwszej okazji. Nie dać się złapać...
-Ja muszę iść...
-Gdzie, zaraz... Zosia...!
-Pilnuj Izy... Powiedz jej, że nic mi nie jest.
Wręczyłam jedynie Jankowi zdjęcie Adama.
-Gdy spotkasz tego chłopca... wiedz, że to mój braciszek. Skontaktujesz się ze mną w razie gdybyś go spotkał... on może być wszędzie.
Wyszłam szybko i ruszyłam przed siebie. Gdy z każdym krokiem zaczęło do mnie dochodzić to, że mój braciszek jest sam w Warszawie, która jest pełna szkopów bezwzględnych do tego stopnia, że mogą zrobić z niego sito... zapłakana nawet nie wiedziałam gdzie szukać.
Gdy usłyszałam ciąg strzałów, upadłam na kolana i zacisnęłam pięści. Coś we mnie po raz kolejny pękło. Straciłam kolejną cząstkę siebie. Ból był tak silny, że straciłam rozsądek. Poszłam w stronę gestapo, na pewną śmierć. Dopiero pod samym budynkiem, gdy szkop wycelował we mnie, usłyszałam znajomy głos.
-Stop, Hanz!
Stanęłam, jak na żądanie szkopa za mną.
-To ona... Ona uciekła.
-I jesteście tak beznadziejni, że daliście się jakiejś młodej polskiej dziewusze?
-Ona... Znaczy... I ten z ruchu oporu... zastrzelił dwóch, uciekł.
-Że co? - warknął zły.
Odwróciłam się do nich. Celował do jakiegoś szkopa, który informował go o tym co zrobiłam wraz z Miłoszem.
-Jesteś nic nie wart... - westchnął opuszczając broń.
I gdy tamten westchnął z ulgą, że go nie zabił... ten szybko podniósł broń i postrzelił szkopa. Z zaskoczenia, bez mrugnięcia okiem.
Ja tylko podskoczyłam i spuściłam wzrok.
-Hanz, jak to się stało, że ta dziewucha uciekła z celi? - spytał jak gdyby nigdy nic ten, zdaje się wyższy rangą.
-Ona... podobno... uwiodła jednego z...
Parsknął, ten, który stał obok.
-Michael! - krzyknął jakiś niemiec wysiadający z auta za nami. - Co to do cholery ma znaczyć i co to za polska s...
-Właśnie się nią zajmuję wuju.
-I czemu on - wskazał na leżącego martwego szkopa - jest martwy do cholery?
Michael uśmiechnął się tylko pod nosem.
-Każdy płaci za swoje błędy najwyższą ceną. - spojrzał na mnie znacząco.
Serce mi stanęło. Nie wiem, czy chciał mnie zastraszyć, czy mówił prawdę... ale teraz to bez znaczenia.
-Potem się rozliczysz z tym polskim nic nie wartym śmieciem. - prawie na mnie splunął, co nie zrobiło na mnie wrażenia. Jednak nadal spuszczałam wzrok na wybrukowaną drogę. - Weźcie ją do celi. Tylko tym razem nikt jej nie pilnuje... i nikt nawet nie przechodzi obok. Nie rozmawiać z nią! - krzyknął wściekły do Hanza.
-Potem się nią zajmę, więc nie ma potrzeby jej szczególnie mieć na oku. - dodał Michael.
On bez słowa zabrał mnie do celi. Wolałabym umrzeć... moi rodzice... oni... nie żyją... Miłosz uciekł... jeśli nie zabili go gdzieś po drodze... a mój brat? Pewnie też nie żyje...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz