poniedziałek, 13 lutego 2017

Od Izy

Nikt nie wie co mówi nazywając wojnę koszmarem zanim sam jej nie przeżyje na własnej skórze.
Ostatnie dwa dni były zapowiedzią koszmaru jaki mnie czeka a na jaki nie byłam gotowa.
Nikt nigdy nie był i nie będzie gotowy na to wszystko.
Leżałam pod ścianą zakrwawiona nie mając siły nawet oddychać. Kiedy o tym wszystkim myślałam, widziałam, byłam pewna że jeśli Zosia przechodziła przez to wszystko co ja teraz, to po takim czasie na pewno już nie ma jej na tym świecie. Bo kto, jaki zwykły i normalny człowiek dałby temu radę???
-Nic z niej nie wyciągniemy-usłyszałam głos jednego z oprawców.-Johan w twoim interesie jest pozbyć się tego..
Wiedziałam że "to" odnosiło się do mnie. Nie miałam siły otworzyć oczu a co dopiero wstać więc musieli mnie wynieść.
Każdy ich dotyk sprawiał ogromny ból mojemu na wpół żywemu ciału.
Domyślałam się że przewiozą mnie gdzieś gdzie ktoś opatrzy moje rany żebym nie umarła za szybko albo w drugiej opcji, po prostu mnie zabiją.
Położono mnie na czymś, kiedy uchyliłam jedno oko zobaczyłam że są to nosze. Obok mnie stało dwóch Niemców ubranych w jakieś dziwne ubrania.
-Zabrać ją, opatrzyć a potem do getta.-odparł Johan spoglądając na mnie z pogardą.
Dwóch dziwnych Niemców podniosło nosze i wyprowadzili mnie z budynku.
Miałam ochotę odetchnąć ten ostatni raz a potem odejść.
Przez niedomknięte powieki widziałam błękit nieba. Nieśli mnie do samochodu, busa, gdzie była reszta Żydów którzy mieli trafić do getta.
-Iza!!!-usłyszałam w oddali.
Nie byłam pewna czy to omamy, halucynacje ale dopiero kiedy otworzyłam oczy i spojrzałam za bramę zobaczyłam sylwetki Kamila który wyrywał się do mnie i Kuby którzy, ku mojej wdzięczności trzymał Kamila tak aby ten nie przybiegł do mnie skazując się na śmierć. Uśmiechnęłam się, a przynajmniej miałam taką nadzieje po czym zamknęłam oczy a moja ręka bezwładnie osunęła się z noszy zwisając z nich.

***

Pamiętam jak przez mgłę białe ściany i jakiegoś lekarza. Czułam delikatne ukucia igieł kiedy zszywał moje rany.
-Odpoczywaj-wyszeptał po polsku.
Kiedy uchyliłam jedno oko zobaczyłam starszego mężczyznę który smutno się uśmiechał a jego oczy były pełne bólu i cierpienia.
-Odpoczywaj kochana-wyszeptał jeszcze a ja odpłynęłam w błogą krainę pozbawioną bólu i cierpienia.

Śnił mi się Janek i nasz spacer po drogach Warszawy. Wszystko było takie realne, tak jakby to znowu się działo.
Uśmiechałam się, byłam szczęśliwa.
W kolejnej części mojego snu widziałam Zosię.
Byłyśmy nad Wisłą.
-Nie odchodź-wyszeptała ze łzami w oczach
-Spokojnie Zosia. Tam będzie mi lepiej. Obiecuję że będę tam czekać na ciebie. Obym musiała długo czekać-odparłam po czym spojrzałam w stronę lasu.
Widziałam tam rodziców. Stali obok siebie. Tata obejmował mamę. Uśmiechali się do mnie i wyciągali do mnie ręce.
-Iza zostań jeszcze.-odparła Zosia łapiąc mnie za rękę.
-Nie mogę. Już czas na mnie.
Wstałam i skierowałam się w stronę rodziców.
W połowie drogi odwróciłam się w stronę Zosi.
Teraz zobaczyłam tam nie tylko swoją przyjaciółkę ale też babcię, Kamila, Kubę i Janka. Uśmiechali się do mnie.
Zatrzymałam się a po chwili spojrzałam na rodziców.
Nie wyciągali już do mnie dłoni.
-Poczekamy jeszcze Bello.-odparła mama.
-Wracaj do przyjaciół kochanie-powiedział tata po czym odeszli w las a wokół mnie zapanował mrok.
Tylko w oddali widziałam zmartwione twarze przyjaciół..

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz